Archive for 2013

# 141 Minirecenzja #3- Pet Shop of Horrors #2

UWAGA! SPOJLER!

Witaj Drogi Kliencie! Szukasz czegoś konkretnego, czy tylko z ciekawości zajrzałeś do mojego sklepu? Czujesz się odrzucony? Nie martw się. Właśnie przyszła nowa dostawa i myślę, że znajdzie się coś dla ciebie. Zobacz, przekartkuj. Czujesz ten zapach świeżego druku? Gwarantuję ci, że fabuła też cię zaskoczy. Zanim jednak zabierzesz go ze sobą, musisz podpisać umowę. Pamiętaj jednak, że sklep nie bierze odpowiedzialności za konsekwencje wynikające z jej nieprzestrzegania.

W drugim tomie Pet Shop of Horrors poznajemy kolejne mistyczne zwierzaki ze sklepu hrabiego D. Tym razem osamotnieni mieszkańcy Los Angeles zaopatrzą się w nim m.in. w koty i smoki. Swoje pięć minut będzie miał również tygrys szablastozębny. Tak jak w poprzednim tomie część z nich będzie miała swoje ludzkie wcielenia, które będą widzieć wyłącznie ich właściciele. Ci z kolei, będą musieli się zdrowo namęczyć, aby dotrzymać warunków umowy kupna-sprzedaży zwierzęcia. Jednak to nie wszystko. Śledztwo prowadzone przez detektywa Ortona w sprawie serii morderstw w okolicach Chinatown, będzie wymagało od niego częstych wizyt w tamtejszym sklepie zoologicznym. Spowoduje to, że część fabuły niniejszego tomu skupi się na wzajemnej relacji obu bohaterów. Części z czytelników może się to jednak nie spodobać, gdyż D jest zdecydowanie zbyt mało męski. Maluje on usta i w ogóle zachowuje się tak trochę ą, ę. Dotąd nie mogę zrozumieć dlaczego autorka, pani Akino Matsuki, nie zdecydowała się na zmianę jego płci, albo chociaż stylu bycia. Gdyby zdecydowała się na to pierwsze, moglibyśmy mieć do czynienia z ciekawym wątkiem romantyczny, w którym podejrzanego i śledczego zaczyna coś łączyć. W drugim, moglibyśmy dostać prawdziwą męską przyjaźń znaną z seriali z lat '80. Zamiast tego otrzymujemy coś po środku, co nie jest dobre.

#140 Pierwsze wrażenia #16- Over eyes

Przyznam szczerze, że sięgając po dzieła polskich autorów zawsze mam mieszane uczucia. Z jednej strony naprawdę cieszę się, że w naszej kulturze coś drga i, że są ludzie gotowi tworzyć i rozjaśniać nam szarą codzienność. Niestety często okazuje się, że twory te są kopią (i to marną) tego co stworzyli inni. Oczywiście przy takiej ilości utworów, wtórność jest nieunikniona, ale kiedy ostatnio spotkaliście się z naprawdę oryginalnym polskim utworem, nie będącym manifestem narodowościowców. Żeby była jasność tytuły takie w naszej kulturze funkcjonują, niestety Over Eyes do nich nie należy.

Po takim ponurym wstępie wypadałoby zacząć od jakiegoś pozytywu, abyście nie nabrali Drodzy Czytelnicy mylnego pojęcia o najnowszym komiksie Moniki Sąsiadek, a jest nim całkiem zgrabna fabuła. Zaczyna się ona w momencie gdy Kenta Sugisaki zostaje wysłany przez swoją siostrę San, po wodę do podlania ogródka. Nad pobliskim strumykiem znajduje on nagiego jegomościa obgryzanego przez czerwie. Niewiele się zastanawiając nasz bohater zabiera rannego do domu, aby opatrzyć mu rany. Niestety w ślad za nim podążyły również robaki, które mimo gabarytów osiemnastokołowej ciężarówki i tak miały być najlepszym co się miało rodzeństwu Sugisaki przydarzyć.

# 139 Minirecenzja #2- The Breaker #3

UWAGA! SPOJLER!

Czytając kolejny, trzeci już tom serii The Breaker, odniosłem wrażenie, że autorzy wreszcie zdecydowali się w jakim kierunku ma ona iść. Wątki zaczynają się wreszcie rozwijać, a tajemnice odsłaniać. 

Po zażyciu panaceum Il-wol w ciele Shi-woo, zaczynają zachodzić rewolucyjne zmiany. I nie chodzi tu o taką rewolucję jaką ma się po zjedzeniu nieświeżej ryby, czy kalarepy. Temperatura ciała naszego bohatera powoli, lecz nieustannie wzrasta. Do tego jago ki zaczyna szaleć. W opanowaniu tego stanu nie pomagają mu tabuny pięknych kobiet przechadzających się po korytarzach Szkoły Dziewięciu Smoków. Nie pomaga to również jego mistrzowi, który po ostatniej walce nie ma dość mocy, aby pomóc młodemu adeptowi.

Fabuła w trzecim tomie The Breaker wreszcie się zdecydowała i zaczęła zmierzać w jakimś konkretnym kierunku. Okazuje się, że wydarzenia z ostatniego tomu komiksu nie były jedynie nic nie znaczącym epizodem w życiu bohaterów, ale czymś co miało zainicjować dość istotnie wydarzenia. Kradzież panaceum i zabicie jednego z członków Murim, spowodowały, że palce tej organizacji coraz mocniej zaciskają się wokół szyj naszych bohaterów. Wzrosła również rola seksownej higienistki, która przestała być jedynie obiektem "cyckowych" żartów autorów tej opowieści. Okazuje się, że ma ona swoje własne plany, a jej zbliżenie się do Dziewięciogłowego Smoka, miało jej tylko ułatwić ich realizację.

# 138 Baśnie po raz wtóry. Recenzja komiksu Grimms Manga.

Na przełomie XVIII i XIX wieku bracia Wilhelm i Jacob Grimm rozpoczęli szeroko zakrojone badania mające na celu spisanie ludowych bajań, które miały uczyć małe dzieci moralności. Zaowocowały one powstaniem dwutomowego zbioru, zawierającego ponad dwieście opowiadań. Po raz pierwszy został on wydany w 1812 (tom pierwszy) i 1815 (tom drugi) roku. Kolejne wydanie pojawiło się już cztery lata później, a do śmierci  młodszego z braci w 1863 zrobiono to jeszcze pięciokrotnie. Od tego czasu Baśnie... zinterpretowano w literaturze, filmie i komiksie na tysiące różnych sposobów . W 2007 roku postanowiła ta zrobić również Kei Ishiyama.

Z Grimms Manga wiąże się pewien problem. Mianowicie nie do końca wiem, czy można go nazywać "pełnoprawną mangą". Z jednej strony autorka Kei Ishiyama urodziła się w Japonii, z drugiej komiks ten został pierwotnie wydany przez niemiecki oddział Tokyopop'u. Nie mniej jednak zbiór ten ma w tytule manga, a nie został wydany w Japonii pewnie jedynie dlatego, że Baśnie... w Kraju Kwitnącej Wiśni są po prostu nieznane. Co więcej, autorzy oryginału byli przecież Niemcami, więc gdzie, jak nie w ojczyźnie Goethego, tytuł ten powinien najlepiej się sprzedać. Dla mnie osobiście nie ma to jednak większego znaczenia, bo nie jestem zwolennikiem "teorii stylu mangowego", dlatego w tym miejscu zakończę te dywagacje i przejdę do konkretów. 

# 137 Pierwsze wrażenia #15- Savage Garden

(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Temat zmiany płci jest obecny w azjatyckim komiksie już od czasów Osamu Tezuki. Nic więc dziwnego, że problem ten jest już dość mocno wyeksploatowany. Nie mniej jednak, jest on mało znany przez polskich otaku. Być może właśnie dlatego Yumegari postanowiło zaryzykować i wydać jedną z tego typu manhw u nas. 

W szkole dla młodych angielskich arystokratów zwanej Savage Garden pojawił się nowy uczeń, Jeremy. Na pierwszy rzut oka nie różni się on niczym od innych chłopców którzy do niej uczęszczają. Różnice tkwią jednak w szczegółach. Jeremy wydaje się nieco wrażliwszy od innych. Nie lubi również przebierać się w obecności kolegów. Co więcej, szybko okazuje się, że jego pobyt w tej elitarnej placówce jest opłacany przez tajemniczego darczyńcę. Nic więc dziwnego, że po szkole szybko rozniosła się plotka, że może on być w jakiś sposób związany z królewskim rodem, albo innymi arystokratami wśród arystokracji. Domysły te są jednak mocno nietrafione, bo Jaremy ma tak naprawdę na imię Gabriela i jest stuprocentową kobietą. Momentami jednak wydaje się ona dużo bardziej męska niż większość jej kolegów ze szkoły.


# 136 Pierwsze wrażenia #14- Walkin' Butterfly

(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Kupując komiks z gołą babą na okładce, konsument ma wobec niego określone wymagania. Spodziewa się mianowicie, że w środku znajdzie kilka kolejnych, jej podobnych. No, ewentualnie może też znaleźć się tam jakiś chłop, co by je ogrzał, bo to się już nieco zimno za oknem robi. Jakież jest jego zdziwienie (konsumenta nie chłopa), gdy po kilku stronach lektury okazuje się, że główną bohaterką jest kobieta, której ostatnim zmartwieniem jest to z kim pójdzie dziś do łóżka. 



#135 Pierwsze wrażenia #13- Pet Shop of Horrors

(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Czy Wy też Drodzy Czytelnicy macie wrażenie, że w ostatnim czasie biurokracja rozrosła się do poziomu wręcz absurdalnego? Ostatnio nawet w sklepach wymagają od nas zapoznania się z całą masą dokumentacji. Nic więc dziwnego, że wielu z nas, aby zaoszczędzić nieco czasu, po prostu kartkuje wszystkie te papierzyska i składa podpis. W większości przypadków obędzie się to bez żadnych konsekwencji. Jednak jak wszystkie, również i ta reguła, posiada potwierdzający ją wyjątek.

Każde z dużych miast rozsianych po naszym globie posiada dzielnicę ciszącą się złą sławą. W Los Angeles takim miejscem jest Chinatown. To właśnie tam znajduje się tytułowy sklep zoologiczny. Prowadzi go młody mężczyzna, który każe nazywać siebie D i który, wbrew napisowi na szyldzie, nie jest hrabią. Tytuł szlachecki należy do jego dziadka, który nieustannie przemierza dalekie kraje w celu odnalezienia rzadkich okazów, które będzie można później z zyskiem sprzedać. Wiele z tych zwierząt jest tak niespotykane, że nie znajdziemy ich w żadnym spisie gatunków zagrożonych. Jednak nie to zainteresowało Leona Orcot'a, detektywa miejskiej policji. Od kilku lat w okolicy Chinatown dochodzi do serii tajemniczych zgonów. Większość z nich w toku śledztwa okazała się być wypadkiem lub śmiercią w wyniku nagłej choroby. Jest jednak coś co wiąże te sprawy. Wszystkie ofiary przed śmiercią odwiedziły sklep D i kupiły tam egzotyczne zwierze.

#134 Zakoloruj się w Marvelu. Recenzja komiksu Marvels.

(recenzja obejmuje trzynasty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Liczba trzynaście większości ludzi kojarzy się pechowo. Może właśnie dlatego na przekór tym insynuacjom wydawnictwo Hachette zdecydowało, że to właśnie oznaczony tym numerem tom Wielkiej Kolekcji, będzie zawierał najlepszą opowieść w całym dorobku Domu Pomysłów. 

Muszę się Wam przyznać Drodzy Czytelnicy, że zabierając się do tej recenzji stanąłem przed nie lada dylematem. Z jednej strony obiecałem sobie, że zrecenzuję wszystkie tomy Wielkiej Kolekcji... . Z drugiej zaś, część z tych historii została już w Polsce wydana i w rezultacie opisana przeze mnie już wcześniej, a nie bardzo mam ochotę oceniać drugi raz tego samego. Na szczęście w przypadku Marvels, problem ten rozwiązał się niejako sam z racji dużej ilości dodatków dodanych do tego wydania. Dlatego też zamiast standardowej recenzji skupię się tylko i wyłącznie na tej części komiksu. Jeżeli jednak mimo wszystko Drogi Czytelniku chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej o tej niesamowitej historii klikaj tutaj.

Zanim rysownik postawi pierwszą kreskę, która stanie się częścią składową wiekopomnego dzieła musi on najpierw zebrać odpowiednią ilość materiałów. W przypadku Marvels scenarzysta Kurt Busiek i rysownik Alex Ross musieli przekopać całą masę archiwalnych zeszytów o przygodach Marvel'owskich trykociarzy i znaleźć sieć powiązań między nimi. Wbrew pozorom nie było to, aż takie trudne, bo uniwersum Domu Pomysłów z założenia jest wewnętrznie spójne. Nie mniej jednak zdarzają się w nim pewne nieścisłości. O tym jak poradzili sobie z tym twórcy przeczytacie w ich komentarzach znajdujących się pomiędzy kolejnymi rozdziałami komiksu. Jednak nie tylko oni postanowili napisać coś od siebie odnośnie tego dzieła. Prócz nich dokonali tego również Stan Lee, człowiek który w dużej mierze odpowiada za sukcesy wydawnictwa w srebrnej erze komiksu oraz John Romita, przez wielu uważany za najlepszego rysownika, przygód Spider-Mana w historii. Wszystkie te materiały zawierają całą masę przemyśleń na temat serii i pozwalają dojrzeć więcej na kolejnych kadrach komiksu.

#133 Boska interwencja. Recenzja komiksu Avengers: Impas.

(Recenzja obejmuje dwunasty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

I nastał czas kiedy to bóg zstąpił na Ziemię. Przemierzał on martwe pola lodowej pustyni w poszukiwaniu herosa z dawnych czasów. Nie był jednak sam. Towarzyszyli mu nowi bohaterowie tej planety. Wśród nich był człowiek o słabym ciele, który, aby móc walczyć z silniejszymi od siebie przywdział szkarłatno-złotą zbroję. Był on dla boga wikingów sprzymierzeńcem, jak również bliskim przyjacielem. Obaj wiedzieli jednak, że nic nie trwa wiecznie i przyjaźń dwóch tak różnych istot musi w końcu zostać wystawiona na próbę.

Potężny Odyn nie żyje. Jego wielowiekowe rządy zakończył cios Surtura, ognistego giganta, odwiecznego wroga Asów. Wydarzenie to spowodowało, że na tronie zasiadł nowy Wszechojciec, Thor. Jedną z jego pierwszych decyzji było przeniesienie Asgardu do Midgardu, aby unosił się on nad najwspanialszym miastem ludzi, Nowym Yorkiem. Decyzja ta wynikała z potrzeby ponownego zbliżenia się bogów do ludzi. Cel ten został osiągnięty, bo liczba wyznawców Thora zaczęła szybko rosnąć. Tymczasem na Ziemi rada ONZ wydała rezolucję na mocy której grupa Avengers stała się światowym mocarstwem, niezależnym od jakiegokolwiek państwa. Posiadłość drużyny stała się Ambasadą wszystkich zamaskowanych herosów prowadzących swoją działalność na Ziemi. Niestety nawet to nie poprawiło sytuacji wewnątrz drużyny. Ant-Man i Walet Kier nadal kroczą wojenną ścieżką. Co gorsza każdy z nich boryka się z trudnymi problemami osobistymi. Pierwszy z nich walczy o prawo opieki nad swoją córką. Drugi nie może się pogodzić z faktem, że jego ciało stało się niestabilną bombą atomową, która bez długotrwałego leczenia może w każdej chwili wybuchnąć.

#132 Nigdy nie siej kwiatków w piwnicy. Recenzja komiksu Basement.

Pamiętam, że jak byłem mały to lubiłem jeździć do moich dziadków. Nie, nie mieszkali oni na wsi, ani nawet na przedmieściach. Oni mieszkali w centrum miasta . Nie mniej jednak ich dom posiadał ogromną piwnicę składającą się z kilku pomieszczeń. W jednym z nich były konfitury, w innym mały warsztat dziadka, a w kolejnym zwykła graciarnia. Było także jedno pomieszczenie w którym dziadek trzymał sadzonki, które potem przesadzał do ogródka. Dobrze robił, bo zaniedbana roślina potrafi być naprawdę groźna.

Każdy komiksiarz miał w swoim życiu taki okres kiedy marzył, że sam zacznie tworzyć. Narysuje parę kadrów i niczym Stan Lee stanie się wzorem dla młodych twórców. Szybko jednak okazuje się, że nie jest to takie łatwe jak się początkowo wydaje. Po pierwsze trzeba znaleźć kogoś komu spodoba się to co stworzymy i w konsekwencji nas wyda. Po drugie trzeba znaleźć też kogoś kto będzie chciał tą naszą historię czytać. Najłatwiejszym sposobem na spełnienie obu tych warunków, wydaje się być znalezienie wydawcy, który ma już ugruntowaną pozycję na rynku. Wydawcy którego logo na naszym dziele będzie tylko zachęcać potencjalnych czytelników. W PRL-u taką rolę pełniły czasopisma np.: Świat Młodych. Dziś publikuje się swoje rysowane opowieści na Deviantarcie, czy na innych tego typu portalach, jednak ich duża popularność sprawia, że nasze prace giną gdzieś w gąszczu bylejakości. Na całe szczęście w naszym kraju ciągle są wydawnictwa, które nie boją się ryzykować i wydają kolejnych "młodych-zdolnych". Ostatnio do ich grona dołączyło poznańskie Yumegari.

#131 Pałacowe romanse. Recenzja mangi Strażniczka Orelianu.

Pałacowe korytarze niezależnie od miejsca i czasu zawsze skrywały niezliczone ilości tajemnic. Czasem były to rzeczy błahe jak na przykład przepis na popisową jajecznicę jednej z kucharek trzeciej córki króla, czy też spór pomiędzy dwoma mniej ważnymi szlachcicami, o którym i tak wszyscy wiedzieli. Zdarzały się jednak sprawy o których wiedzieli jedynie nieliczni, sprawy o których bezpieczniej było nie wiedzieć.

Aira Welban różni się od większości swoich rówieśniczek. Jej nie kręcą piękne stroje i wielkie bale, ona woli walczyć mieczem. Opowieści o jej niezwykłych umiejętnościach i czystym sercu dotarły, aż do pałacu królewskiego. Nic więc dziwnego, że pewnego dnia do jej rodzinnej posiadłości przybył posłaniec z wiadomością od samego księcia Rudilisa, który zaproponował naszej wojowniczce stanowisko jego osobistego ochroniarza. Aria nie wiele się zastanawiając przyjęła propozycję, bo jakby nie patrzeć jest to stanowisko niezwykle prestiżowe, nawet jeżeli książę ma przypiętą łatkę kobieciarza. Niestety, wszystkie nieprzychylne plotki o następcy tronu znalazły swoje potwierdzenie już na kilka chwil po oficjalnym objęciu przez Arię stanowiska, kiedy to młody następca tronu obdarzył dziewczynę gorącym pocałunkiem. 

#130 Manga nad Wisłą #18

Wakacje!!! Wreszcie nastał czas na plażę albo góry lub też na góry na plaży, o ile wiecie co mam na myśli. Ale zaraz, wygląda na to, że śliczna pogoda, również wzięła sobie wolne i póki co jest "tylko zimno i pada". Prawdziwego komiksiarza jednak, nie powinno to zrazić, gdyż tak naprawdę to dopiero teraz ma on czas na to, aby to wszystko przeczytać, a brzydka pogoda powinna mu w tym tylko sprzyjać. Tym bardziej szkoda, że większość wydawnictw również wybiera się na wakacje, ale czy na pewno...?

Akira Toriyama powraca! W listopadzie JPF wyda długo oczekiwany 26 tom Dr. Slumpa. Ale zaraz, jak to, przecież seria ta zamknęła się w Japonii w 18 tomach. Cóż, po prostu każdy tom polskiego wydania to 50% oryginału oznacza to, że nad Wisłą Aralka zagości, aż 36 razy. Wydarzenie to wiąże się również z promocją. Otóż, wszystkie wydane już w naszym kraju tomy tego komiksu można kupić w sklepie wydawcy za jedyne 5,50, wyjątkiem jest tom 25, który można zakupić za 8,90. Teraz czekamy już tylko na wznowienie Oh! My Goddess. Toriyama wraca jednak nie tylko w Polsce, ale i w Japonii. Już za dwa tygodnie, czyli 13 lipca w Weekly Shonen Jumpie wystartuje Ginga Patrol Jako (Galaktyczny Patrol Jako). Mam nadzieję, że oznacza to, że kończy się któryś z popularnych dżampowych tasiemców najlepiej Naruto, które powoli już zjada własny ogon. 

#129 Minirecenzja #1- The Breaker #2

(Recenzja obejmuje drugi tom komiksu) 

Muszę przyznać Wam Drodzy Czytelnicy, że gdy zakładałem tego bloga to nie przypuszczałem, że będę recenzował jakąkolwiek serię tom, po tomie. Mimo to cieszę się, że coś takiego się stało. Tym bardziej, że padło na serię która bardzo mi się spodobała, przez co zadanie którego się podjąłem stało się nie przykrym obowiązkiem, ale przede wszystkim dobrą zabawą. 

Pierwszy tom The Breaker zakończył się w momencie kiedy to na dachu Szkoły Dziewięciu Smoków rozpoczął się pojedynek pomiędzy, odstającym nieco od koreańskich standardów nauczycielem języka angielskiego, Han'em Chun-woon'em, a tajemniczą czarnowłosą pięknością. Przyznam szczerze, że spodziewałem się, jeżeli nie silnej wymiany ciosów, to choćby kilku ostrych zdań, nic takiego się jednak stało. Fakt ten zdziwił nie tylko mnie, ale również mimowolnego świadka tych wydarzeń, czyli młodego Lee Shi-woon'a, który gdy przyglądał się tej scenie, miał podobny do mojego wyraz twarzy. Co ważne jednak, wydarzenia te wprowadziły do serii nową postać: śliczną Lee Si-ho, pełniącą w szkolę rolę higienistki. 

Przyznam szczerze, że do dziś nie wiem czemu Yumegari zdecydowało się na tą nazwę pełnionego przez nią zawodu, zamiast użyć potocznej, ale wydawało by się bardziej stosownej w tym miejscu "pielęgniarki". Zostawmy to jednak, bo pani higienistka z miejsca stała się moją ulubioną postacią w serii. Genialnie narysowane zmysłowe kształty bohaterki powodowały, że zdarzało mi się na dłużej zatrzymywać wzrok na kadrach z jej udziałem. Jednak nie tylko to zadecydowało o mojej sympatii do niej. Si-ho mimo, że jest postacią bardzo otwartą, to szybko okazuje się, że ma ona jakąś tajemnicę, co tylko czyni tę postać ciekawszą. Jedyną wadą scen z udziałem pięknej Si-ho może być duża ilość "cyckowego" humoru, który może odrzucić część potencjalnych czytelników. W mojej ocenie jednak wszystkie te sceny są autentycznie śmieszne, a ponętna pani która je aranżuje, tylko podnosi ich wartość. 

#128 Gdzie są moje gacie? Recenzja filmu Człowiek ze Stali.

Ostatnimi czasy dziesiąta muza, niczym panna na wydaniu, coraz śmielej nęci nas komiksiarzy swoimi wdziękami. Początkowo szło jej nie najlepiej, kolejne odsłony skrawków jej cia..., to jest, kultowych dzieł światowego komiksu, zamiast przyciągać do niej śliniących się kawalerów skutecznie ich od niej odpędzały. Doszła więc do wniosku, że widocznie nie eksponowała tego co powinna. Zwolniła więc dotychczasowych wizażystów, czy innych scenarzystów i po dokładnych oględzinach jej walorów zaczęli od Początku. Strategia okazała się na skuteczna, bo dziś nawet i ja, mimo, iż do niedawna stroniłem od aktorskich wersji moich ulubionych opowieści, chętnie wpadam do Dziesiątej pooglądać to co ma mi do zaoferowania. Tym razem mój wzrok padł na Człowieka ze stali.


Mało kto dziś wie, że pierwsza filmowa adaptacja komiksu superbohaterskiego weszła na ekrany amerykańskich kin ponad sześćdziesiąt lat temu. Dokładnie miało to miejsce w 1951 roku, a filmem tym był Superman and the Mole Men w reżyserii Lee Sholem'a. Na kolejną ekranizację przygód Kal-El'a fani komiksu musieli czekać, aż do roku 1978, kiedy to w rolę człowieka ze stali wcielił się genialny Christopher Reeve, który odegrał tę postać, aż czterokrotnie, przez co wielu do dziś to właśnie z jego twarzą kojarzy Supermana. Po raz kolejny tego superbohatera mogliśmy oglądać na wielkim ekranie nie tak dawno temu, bo w 2006 roku przy okazji bardzo słabo odebranego Powrotu Supermana. Dziś historia zatocza koło i, podobnie jak to miało miejsce sześćdziesiąt dwa lata temu, znowu możemy oglądać przygody najpotężniejszego z superbohaterów na wielkim ekranie.

#127 Pierwsze wrażenia #12- 6000

(Recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Woda, twór pokrywający ponad 70% naszej planety z którego miliony lat temu na ląd wypełzło życie. Bardzo mu się tu spodobało dlatego też zaczęło ono systematycznie opanowywać nowe rejony, powoli zapominając o swojej wilgotnej kolebce. Sytuacja ta zaczęła się jednak zmieniać, w momencie gdy ta sucha kraina oddała swoim nowym panom już wszystko co miała im do zaoferowania. To właśnie wtedy w głowach niegdysiejszych dzieci oceanów narodził się pomysł, aby powrócić do głębin. Niestety w swojej pysze zapomnieli oni, że życie nigdy nie opuściło podmorskich toni. Co więcej, nie wzięli oni pod uwagę faktu, że władcy głębin mogą sobie nie życzyć odwiedzin swoich wysuszonych kuzynów. 

Ostatnie wydarzenia na naszym rodzimym rynku mangowym pozwalają wysnuć teorię, że Polacy lubią się bać. Wydawane od niedawna rysowane horrory spadły na podatny grunt i cieszą się w naszym kraju coraz większym wzięciem. Nic więc dziwnego, że kolejni wydawcy próbują swoich sił na tym polu. Jednym z nich jest poznańskie Yumegari, które niedawno wypuściło pierwszy tom mangi 6000, autorstwa Nokuto Koike. Tytuł komiksu może wydawać się nieco dziwaczny, jednak, wbrew pozorom nie jest on przypadkowy, gdyż akcja komiksu dzieje się właśnie na takiej głębokości. W tym momencie można zadać sobie pytanie: "skąd tyle japońskich opowieść grozy koncentrujących się na zagrożeniu pochodzącym z morskich otchłani?", bo przecież nieobcy jest polskiemu czytelnikowi inny horror którego akcja jest blisko związana z morzem, czyli Gyo, Junji Ito. Otóż należy pamiętać, że Japończycy to przede wszystkim wyspiarze, dlatego właśnie na otaczających ich wodach opierają swoją stabilność ekonomiczną oraz bezpieczeństwo. Wyraźnie było to odczuwalne w latach 1636-1854, gdy to dość skutecznie odizolowali się oni od Europejczyków i Amerykanów. Nic więc dziwnego, że Japończycy dobrze rozumieją jakie zagrożenia może nieść ze sobą ten, słabo przecież poznany przez człowieka żywioł. Dodajmy do tego jeszcze talent potomków samurajów do wymyślania najbardziej wykręconych stworów i mamy gotowy przepis na horror.

#126 Manga nad Wisłą #17

Rynek mangowy w Polsce powoli zwalnia, a to bezsprzecznie oznacza, że zbliża się lato. Okres w którym wydawcy odpoczywają oraz rewidują swoje plany na drugą połowę roku, a czytelnicy mają okazję na dokarmienie swoich portfeli, które skutecznie odchudziła lawina nowości z początku roku. Oczywiście można pójść w inną stronę i wreszcie zakupić coś, co przez kilka miesięcy znajdowało się jedynie w sferze naszych marzeń. Zanim jednak do tego dojdzie przyjrzyjmy się jak przez ten ostatni miesiąc zmienił się nasz rynek.

Na początek uzupełnienie poprzedniej Mangi nad Wisłą. Otóż z przykrością donoszę, że w zeszłym miesiącu zapomniałem poinformować Was, Drodzy Czytelnicy o nowym wydawnictwie, które próbuje sił na naszym rynku. Na to wołające o pomstę do Nieba przeoczenie zwrócił mi uwagę w komentarzach amsterdream, za co chciałbym mu teraz serdecznie podziękować. Tak więc śpieszę was poinformować, że 14 kwietnia swoją działalność rozpoczęło wydawnictwo Taiga. Nazwa to oznacza Tygrysa o czym dość dobitnie informowało nas stare logo wydawnictwa. Tak, stare, ponieważ to które widzicie z boku to nowa wersja logotypu. W mojej opinii, dużo lepsza od poprzedniej. Na dzień dzisiejszy Taiga zapowiedziała trzy serie komiksowe. Pierwsza z nich, Strażniczka Orelianu autorstwa Rin Kouduki,  swoją premierę ma mieć już 5 czerwca. Ta jednotomowa historia koncentruje się na postaci Airy, której zostaje powierzone stanowisko osobistego rycerza jego wysokości księcia Rudeiris'a. Służba ta rozpoczyna się dość niezwykle, gdyż książę ofiarowuje swojemu ochroniarzowi gorący pocałunek. Tych którzy spodziewają się, że młody następca tronu przejdzie po tym do rzeczy, muszę zmartwić, bo Strażniczka... jest romansem. Przykładowe plansze z tej serii znajdziecie na taigowym facebooku.

#125 Dzisiaj już nie wraca się z piekła. Recenzja komiksu Ostatnie dni Stefana Zweiga.

Niemcy, naród który skazał Europę na najbardziej krwawą z wojen. Naród, który oddał władzę w ręce potwora. Wreszcie, naród, który doprowadził lud mojżeszowy do granicy zagłady. Jednak, czy wszyscy Niemcy popierali politykę swojego wodza? Oczywiście, nie. Jednak walka z nim była z góry skazana na porażkę, zwłaszcza jeśli równocześnie było się Żydem. Dlatego też wielu  z nich zdecydowało się na wieloletnią tułaczkę po świecie i opuszczenie kraju swoich ojców. Jedną z takich osób był, mało dziś znany w Polsce, austriacki pisarz i dramaturg, Stefan Zweig, którego historia w 2012 roku została przypomniana francuzom. Dziś, dzięki Wydawnictwu Komiksowemu, również i my możemy poznać historię tego wybitnego, żydowskiego humanisty.  

Stefan Zweig urodził się 28 listopada 1881 roku w Wiedniu w domu Moritz Zweig, włoszki, której rodzina zarządzała żydowskimi bankami nad Tybrem. Głównym zainteresowaniem młodego Austriaka, były nauki humanistyczne, dlatego podjął on naukę na Uniwersytecie Wiedeńskim, na którym w 1904 roku obronił doktorat z filozofii. Dwadzieścia lat później był już jednym z najbardziej rozpoznawalnych austriackich pisarzy, który zasłynął miedzy innymi pacyfistyczną sztuką Jeremiasz, która powstała jako sprzeciw przeciwko I Wojnie Światowej. Zweig wyemigrował do Anglii w 1934 roku, gdy spostrzegł, że objęcie władzy przez Hitlera jest już jedynie kwestią czasu. Sześć lat później napięta sytuacja w Europie zmusiła go najpierw do ucieczki do Stanów Zjednoczonych, skąd kilka miesięcy później udał się do Brazylii, gdzie osiedlił się wraz ze swoją wieloletnią asystentką, a teraz również żoną, Lotte. Właśnie w tym momencie rozpoczyna się akcja komiksu stworzonego przez duet: Guillame Sorel (rysunki), Laurente Seksik (scenariusz).

#124 Groza symetrii. Recenzja komiksu Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena.

(recenzja obejmuje dziesiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Każdy z nas dąży do osiągnięcia doskonałości w tym co robi. Poeta pieści każdą napisaną przez siebie strofę tak długo, dopóki nie skruszy ona nawet najtwardszych serc. Kucharz doskonali swój popisowy strucel dopóty, dopóki każdy kto go skosztuje nie będzie chciał jeść już niczego innego. Ja również staram się doskonalić swoje teksty, tak aby "zatruły" one twoją duszę, drogi czytelniku i abyś z wypiekami na twarzy oczekiwał kolejnej notki. Także myśliwi dążą do doskonałości, chcąc udowodnić sobie i światu, że to właśnie oni są najdoskonalszą z bestii.

Widać który z superbohaterów Marvela najlepiej się sprzedaje. Dziesiąty tom Wielkiej Kolekcji... i już trzeci  w całości poświęcony Spider-Man'owi, a przecież pojawił się on również gościnnie w Upadku Avengers. Tym razem jednak dostajemy historię niezwykłą. Przez wielu uważaną za najlepszą opowieść o Pająku w historii i, jak przyznaje we wstępie do polskiego wydania dyrektor Panini, Marco M. Lupoi, jedną z niewielu opowieści w stu procentach spełniającą wszystkie założenia mrocznej ery komiksu, która trwała przez ostanie dwie dekady XX wieku. Opowieść ta na pewno zadowoli również fanów tradycyjnych kryminałów i powieści noir, które koncentrują się głównie na przewodnim wątku fabularnym, maksymalnie marginalizując te które są zbędne dla całościowego ogarnięcia sytuacji. Siergiej Krawinow, figurujący w policyjnych aktach jako Kraven Łowca, umiera. Czuje on na swoich plecach oddech śmierci, ale nie chce jeszcze się z nią spotykać. Nie kiedy, wciąż nie zrealizował on swojego ostatecznego celu, upolowania najpotężniejszej z żyjących bestii. Jej głowa zawiśnie wkrótce na honorowym miejscu patrząc z góry na inne drapieżniki, zawstydzając je oraz ich słabość. Niestety Spider-Man nadal żyje, czym kpi sobie z talentów najbardziej utalentowanego myśliwego jakiego kiedykolwiek nosiła ta ziemia.

#123 Wystarczy jeden zły dzień. Recenzja komiksu Avengers: Upadek Avengers.

(recenzja obejmuje dziewiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Każdy z nas miewa takie chwile kiedy wydaje mu się, że wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko niemu. Rano samochód nie odpala, a autobus który w zamyśle miał być dla niego alternatywą spóźnił się. Szef w pracy wydał srogą reprymendę za coś czego nie zrobiliśmy, kochanka nie przyszła, a żona przypaliła obiad. Lepiej było nie wstawać z łóżka, prawda? Cóż, część z was zapewne odpowie "prawda", inni zaś powiedzą, że zawsze mogło być gorzej i również będą mieli rację. Zawsze mogliśmy się urodzić superbohaterami, ich ciężkie dni są sto razy gorsze od naszych.

Na początku XXI wieku Marvel przeżywał ciężkie chwile. Ilość czytelników systematycznie spadała, a firma znalazła się na krawędzi bankructwa. Misję zmiany tego stanu rzeczy otrzymał nowy redaktor naczelny Joe Queseda, który w 2000 roku zastąpił na tym stanowisku Bob'a Harras'a. Pomysł nowego szefa był prosty, wprowadzić do firmy jak najwięcej nowych twórców z nowymi pomysłami, którzy gruntownie przebudują nieco już skostniałe uniwersum. Jednak żeby coś zbudować trzeba najpierw coś zepsuć, a jeszcze lepiej wypalić do gołej ziemi. Dobrym pretekstem do tego może być jubileuszowy, pięćsetny numer jednej z najlepiej rozpoznawalnych serii komiksowych. Historia przedstawiona w Upadku Avengers rozpoczyna się w momencie gdy na terenie rezydencji Mścicieli pojawia się niedawno zmarły Jack Heart znany bardziej jako Walet Kier (ang. Jack of Hearts). Na spotkanie z nim wychodzi Scott Lang (Ant-Man), który czuje się winny śmierci przyjaciela, gdyż ten poświęcił życie dla ratowania jego córki. Rozmowa pomiędzy niegdysiejszymi przyjaciółmi jest krótka, Jack wypowiada tylko jedno słowo "Przepraszam" i wybucha Scott'owi w twarz zabierając go ze sobą przed oblicze niedoszłej kochanki Thanos'a. Na nieszczęście dla Avengers jest to dopiero początek całej serii dziwnych zdarzeń, które dla wielu będą odpowiedzią na pytanie: "Czy warto nadal to ciągnąć?".

#122 Bohater jest w środku. Recenzja filmu Iron Man 3.

Wyobraźcie sobie sytuację w której jesteście superbohaterami. Nadludzkimi istotami o niemal nieograniczonych mocach walczących z hordą przeciwników. Wyobraźcie sobie, że gdy zdejmujecie swój kolorowy kostium przebieracie się w najwytworniejsze stroje i idziecie na bal. Taki prawdziwy, na którym błyszczycie jak najdoskonalszy diament, który przyciąga wzrok przedstawicieli płci przeciwnej, u pozostałych budząc zazdrość. Wyobraźcie sobie wreszcie, że posiadacie niemal nieograniczony budżet, nie musicie dla nikogo pracować, a to co zbudujecie jest wyłącznie wasze? Co czujecie? Dumę? Odpowiedzialność? Potrzebę utrzymania status quo, a może wszystko po trochu? Tony Stark ma to wszystko, a jedyne co czuje to strach.

Bitwa o Nowy York ostatecznie udowodniła, że nie jesteśmy w kosmosie sami. Prócz nas we wszechświecie egzystują również inne istoty. Kosmici oraz bogowie. Niektórzy z nich tylko obserwują, inni zbroją się do walki i prędzej czy później nas zaatakują. Na całe szczęście mamy po swojej stronie garstkę ludzi mogących stawić im czoło. Jednym z nich jest Iron Man, który nie tak dawno zadał decydujący cios flotylli obcych. Dziś świat wraca powoli do normalności. W wiadomościach coraz mniej kosmitów, a coraz więcej "swojskich" mudżahedinów wygrażających kałasznikami amerykańskiemu prezydentowi i jego świcie. W tym roku przewodzi im człowiek nazywający siebie Mandarynem. Ma on na swoim koncie, już kilka udanych zamachów bombowych o tyle tajemniczych, że nigdzie nie znaleziono szczątków ładunków wybuchowych. To jest jednak nieważne, bo po piętach już depcze mu Iron Patriot (przemalowany War Machine), który pewnie niebawem go złapie. Co z Tony'm Stark'iem, zapytacie? Otóż rzadko pojawia się on publicznie. Jego firmą zarządza obecnie jego wieloletnia asystentka Pepper Potts, a on sam podobno ciągle udoskonala swoją zbroję, aby mogła znów nas ochronić w chwili prawdziwego zagrożenia.

#121 W poszukiwaniu własnego dziedzictwa. Recenzja komiksu Thor: Odrodzenie.

(recenzja obejmuje ósmy tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Człowiek już taki jest, że chce wiedzieć skąd pochodzi. Teorie na ten temat zaczęliśmy snuć już na kilka chwil po tym jak zeszliśmy z drzew. Wiele z nich, na skutek małej ilości zwolenników, zaginęło w mrokach dziejów. Te zaś, które wydawały się dla większości z nas wiarygodne, zaczęły urastać do rangi mitów. Z czasem ludzkość stworzyła niezliczone panteony różnorakich bóstw. Na skutek naturalnej selekcji wiele z nich zostało bezpowrotnie utraconych. Inne zaś, są dziś ponownie odkrywane. Taki los spotkał m.in. bogów nordyckich, którzy, za sprawą dzisiejszych pop-twórców, ponownie skupiają wokół siebie rzesze wyznawców.

Okładka Thor #10
Nie zamieszonego w albumie,
ale bardzo mi się spodobała dlatego tu jest
To musiało w końcu nadejść. Łodzie pełne olbrzymów dobiły do brzegów Asgardu, rozpoczynając przepowiadany od wieków Ragnarok, ostateczną bitwę, w której mieli zginąć wszyscy bogowie. Tak też się stało. W wojennym ogniu polegli Odyn i Heimdall, poległ Loki oraz Sif, poległ wreszcie Thor, syn Odyna, a prywatnie członek sławetnej grupy amerykańskich superbohaterów, Avengers. Wśród ofiar nie znalazł się jednak, Donald Blake, alter-ego boga grzmotów, który teraz nieustannie zakłóca spokój martwego bóstwa. Jak łatwo się domyślić Thor w końcu ulega namowom człowieka i decyduje się powrócić, aby odbudować dawne królestwo swojego ojca. Swoją nową siedzibę postanawia założyć on w... Oklahomie. Niestety świat podczas jego nieobecności zmienił się. Układ sił wśród superbohaterów został zmieniony. Wszystko za sprawą niedawnej Wojny Domowej, która doprowadziła do obsadzenia Tony'ego Stark'a na stanowisku naczelnika SHIELD. Bóg gromów ma jednak własne zmartwienia. Dusze poległych podczas Ragnaroku bogów zagnieździły się ciałach zamieszkujących Ziemię ludzi. Thor nie jest jednak tak wspaniałomyślny jak mogłoby się wydawać. Nie ma on w planach przebudzenia wszystkich dawnych mieszkańców Asgardu, ponieważ chce on uniknąć konfrontacji z przeciwnikami swoich nowych idei. Gromowładny musi się jednak spieszyć, bo nie jest do końca pewny, czy nagła śmierć nosiciela, nie zniszczy przypadkiem duszy zamieszkałego w nim bóstwa.

#120 Manga nad Wisłą #16

W mijającym miesiącu, większość polskich wydawców mang, przystopowało nieco z zapowiedziami na ten rok. Nareszcie statystyczny fan będzie mógł przysiąść nad tabelą rachunkową i w spokoju rozplanować swoje wydatki na najbliższych kilka lat. Powiem szczerze, że ja osobiście mam mieszane uczucia, co do tej lawiny nowości. Z jednej strony dostajemy całą masę tytułów mających wielu fanów na całym świecie, a z drugiej ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Ambitne tytuły wydają u nas jedynie JPF i Hanami. Co niestety, nie wyszło na dobre temu ostatniemu. Cóż, tak to już jest, że większość z nas widzi w komiksie przede wszystkim rozrywkę, przez co nie opłaca się wydawać na nasz rynek mang pokroju Berserka, czy 20th Century Boys. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas się to zmieni.

No dobra, koniec smęcenia, przejdźmy do konkretów. W miesiącu kwietniu najaktywniejszym wydawnictwem na naszym rynku było warszawskie Studio JG, które jakby korzystając z faktu, że najwięksi zapowiedzieli już raczej wszystko co planują na ten rok, postanowiło wypełnić po nich lukę. Na przełomie czerwca i lipca swoją premierę ma mieć pierwszy tom Prophecy autorstwa Tetsuya Tsutsui (Duds Hund). Jest to stosunkowo nowa seria, gdyż wystartowała ona w 2011 roku w magazynie Jump X. Do tej pory wydano w Japonii dwa tomy tej mangi i na pewno będą kolejne, gdyż jest ona nadal rysowana. Policja w Tokio została postawiona w stan najwyższej gotowości. Wszystko za sprawą tajemniczego mężczyzny noszącego na twarzy maskę z gazet. Od kilku dni informuje on świat o wszelkiej maści przestępstwach: pożarach, morderstwach, gwałtach, które mają się wydarzyć w najniższym czasie. Początkowo nikt nie traktuje tych informacji poważnie, jednak szybko okazuje się, że przepowiednie zamaskowanego człowieka spełniają się co do joty. Stróże miejskiego porządku muszą się spieszyć, bo internetowe filmiki niedomorosłego proroka cieszą się coraz większą popularnością, a ich autor, powoli przestaje być postrzegany jako przestępca. Drogie Studio właśnie dobrałoś się do mojego portfela i to już po raz drugi w tym roku. Kolejna nowość od tego warszawskiego wydawnictwa pojawi się na empikowych półkach na przełomie lipca i sierpnia. Mangą tą będzie Kokoro Connect autorstwa Sadanatsu Andy (scenariusz)Cuteg'a (rysunki). Jak to często w Japonii bywa jest to adaptacja powieści, jednak najbardziej znane jest anime z 2012 roku, będące adaptacją komiksu. Manga opowiada historię piątki licealistów, skupionych wokół Klubu Badaczy Kultury. Pewnego dnia każde z nich budzi się w innym ciele, co dziwniejsze co kilka, kilkanaście minut dochodzi do kolejnej zamiany ciał. Odpowiedzialnym za ten cały bałagan jest istota zwana Fuusenkazura (imię to nawiązuje do nazwy tropikalnego pnącza, które botanikom znane jest bardziej jako Cardiospermum (zlepek greckich słów: cardio, czyli serce i spermum, nasiono)), której jedynym celem jest dostarczenie sobie rozrywki. W tym celu będzie ono w różny sposób uprzykrzać życie naszym bohaterom. Ten pobieżny opis kojarzy się wam zapewne z komedią, nic bardziej mylnego, gdyż w tej serii wszystko jest pisane na serio. Seria na dziś dzień liczy trzy tomy, a w planach, są kolejne.

#119 Gdy szare staje się zielonym (i odwrotnie). Recenzja komiksu Hulk: Niemy Krzyk.

(Recenzja obejmuje siódmy tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Przyznam szczerze, że osobiście nigdy nie czułem głębszej potrzeby zapoznawania się z komiksową historią Hulka. Pal licho, że koncepcja człowieka-demolki, w mojej opinii, nie dawała zbyt dużego pola do popisu scenarzystom. Dla mnie, była to postać w dużej mierze zahaczająca o plagiat, przez co długo nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że przy jej tworzeniu, Stan Lee poszedł na łatwiznę. Koncepcja wątłego naukowca zamieniającego się w "złego" pierwotnie wyszła spod pióra szkockiego pisarza Roberta Louis'a Stevenson'a w 1886 roku. To właśnie wtedy swoją premierę miała nowela Doktor Jekyll i pan Hyde. Różnica między tym utworem, a Hulk'iem polegała głównie na tym, że w Marvelowskiej wersji alter-ego doktora, był w gruncie rzeczy miłym gościem (jak powstały w 1818 roku tytułowy bohater Frankenstein'a). Czy tak bliskie podobieństwo do klasyków horroru może sprawić, że Hulk się od nich odetnie? Do czasu przeczytania Niemego Krzyku byłem pewny, że odpowiedź na tak postawione pytanie, może być tylko jedna. Dziś jednak wiem jak bardzo się myliłem.

Historia przedstawiona w siódmym tomie Wielkiej Kolekcji... rozpoczyna się w momencie, gdy, po rezygnacji z posady żołnierza jednej z organizacji przestępczych w Vegas, Hulk (działający teraz pod pseudonimem Joe Fixit) poszukuje żony Bruce'a Bunner'a, Betty. Niestety po raz kolejny coś go rozprasza. Tym razem jest to dziwna feria barw dobiegająca z okien jednego z nowojorskich budynków. Nasz bohater, gnany ciekawością, postanawia znów nadłożyć drogi i zajrzeć do owego mieszkania. Odnajduje w nim swojego dawnego kumpla, mistrza magii dr Strange'a walczącego właśnie z jedną z istot mających chrapkę na nasz wymiar. Obecność giganta na chwilę rozprasza uwagę maga, co niestety wystarcza, aby został on wciągnięty do obcego wymiaru. Niewiele myśląc, Hulk wskakuje za doktorem, w celu podania mu pomocnej dłoni (albo dwóch) oraz zrehabilitowania się za swoją lekkomyślność. Niestety, duża gęstość świata, do którego wkroczyli nasi bohaterowie utrudnia im poruszanie się oraz orientację na tym obcym terenie. Kto wie jak zakończyłaby się ta cała afera, gdyby swoich trzech groszy (i silnych ramion) nie wtrącił ostatni z członków oryginalnego składu Defenders, a prywatnie również książę mitycznej Atlantydy, Namor the Sub-Marriner. 

#118 Dziecko światła i ciemności. Recenzja Uncanny X-men: Mroczna Phoenix.

(Recenzja obejmuje szósty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Wczoraj obchodziliśmy światowy dzień książki. Jak zwykle przy tej tej okazji "uświadamiano" nam, jacy to jesteśmy ułomni jeżeli chodzi o czytanie. Ponad 60% naszych rodaków deklaruje, że nie czyta nic, a przecież na początku wieku zakładano, że za dziesięć lat każdy gimnazjalista, będzie czytał powieści obrazkowe. Tak się niestety nie stało. Statystyk dotyczących czytania samych komiksów, nikt nie prowadzi, jednak powszechnie uważa się, że tylko około 10.000 naszych rodaków regularnie kupuje komiksy. Oznacza to, że czytelnictwo kolorowych zeszytów w Polsce wynosi mniej więcej 0,03%. Czy w takim kraju jest w ogóle możliwe ponowne wydanie tego samego tytułu? Okazuje się, że tak i to dwa razy.

Historia X-men, jako komiksu jest dość burzliwa. Jego pomysłodawcami były dwie legendy Marvela: Stan Lee i Jack Kirby. Ich kolejne dziecko zadebiutowało we wrześniu 1963. Tytuł ten się jednak nie przyjął i po siedmiu latach i sześćdziesięciu sześciu zeszytach serię zawieszono. Jednak z racji tego, że za jej powstanie odpowiadał Stan Lee, włodarze Domu Pomysłów nie bardzo chcieli go usuwać z listy publikacji. Tak więc wymyślili, że najlepiej będzie wydawać serię od początku. Doprowadziło to do tego, że zeszyty z numerami od 67 do 93 były jedynie przedrukami. Sytuacja ta zmieniła się w 1975 roku, kiedy to na łamach nowego miesięcznika Giant-size X-men zadebiutowała nowa grupa mutantów, która miała w swoim składzie między innymi Wolverine'a i Storm. Jednak prawdziwa rewolucja przyszła nieco później wraz z przejęciem głównego tytułu przez Chris'a Clermont'a. Człowiek ten, jako pierwszy zrezygnował z epizodyczności prowadzonej przez siebie serii. Od teraz dana przygoda miała trwać nawet po trzydzieści zeszytów. W tamtych czasach nikt tego nie próbował. Nawet dziś pojedyncze przygody (nie licząc mini serii i eventów) trwają maksymalnie pięć zeszytów. Pomysł jednak zaskoczył. Co więcej, spowodował prawdziwy wysyp serii z mutantami w roli głównej powodując, że dziś przygody X-men możemy śledzić, aż w dziesięciu tytułach. Co robi z nich najbardziej zapracowanych superbohaterów w historii.

#117 Mój wróg. Recenzja komiksu The Amazing Spider-man: Narodziny Venoma.

(Recenzja obejmuje piąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Każdy z komiksowych superherosów, podczas trwania swojej kariery, musi zmierzyć się z niezliczoną ilością superłotrów. Niektórzy uprzykrzają życie superbohatera średnio co pięć zeszytów, inni pojawiają się tylko raz i wszelki słuch po nich ginie. Jednak tylko jeden z nich, zapisuje się w umyśle fanów jako ten najgroźniejszy, ten który jest mrocznym odbiciem naszego ulubieńca. Dla Batmana, kimś takim jest Joker, dla Thora, Loki, a dla Ironmana, Mandaryn. Jednak żaden z nich nie miał tyle szczęścia, aby dorobić się, aż dwóch "głównych" wrogów. Udało się to tylko wielokrotnemu pogromcy Green Goblin'a.

Niewielu superłotrów w historii doczekało się takiej rzeszy fanów jak Eddy Brock, czyli Venom. Niewielu superherosów jest tak rozpoznawalnych jak Spiderman. Nic więc dziwnego, że wieść o wydaniu w naszym kraju opowieści, która zapoczątkowała "znajomość" tych dwóch jegomości, zelektryzowała polski fandom. Fakt, że zostanie on wydany już jako piąty z kolei tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, tylko podsycał apetyty. Co więcej, bardziej zorientowani fani ostrzyli sobie również ząbki na artystyczny powrót jednego z najlepszych rysowników w historii Marvela, twórcy postaci Spawna, czyli Todd'a McFarlane'a. Komiks rozpoczyna się na kilka minut po zakończeniu Tajnych Wojen. Pierwszego eventu Marvel'a, który zebrał w jednym miejscu wszystkich najważniejszych bohaterów i antybohaterów tego wydawnictwa. Miejsce w którym zniknęli najwięksi herosi Ameryki staje się celem pielgrzymek. Wszyscy zadają sobie pytanie, czy kiedykolwiek znowu zobaczą swoich idoli. Nagle ogrodzona polana w Central Parku wybucha oślepiającym światłem. Tłum wstrzymuje oddech. Ze światła wynurza się czarna postać taszcząca jakiegoś nieboraka na swoich plecach. Wszyscy są zdezorientowani. Wrażenie to pogłębia się gdy tajemnicza postać oznajmia, że jest Spiderman'em. Obecni na miejscu policjanci nie dają w to wiary, przecież Pająk ma niebiesko-czerwony kostium, a ta postać paraduje w czarnym. Otwarcie ognia jednak nie następuje, gdyż ze światła wyłaniają się kolejni herosi.

#116 Śmierdzi rybą... . Recenzja mangi Gyo: Odór Śmierci.

Jak co wieczór zasiadłem do kolacji wraz z moim ulubionym prezenterem wiadomości. Jak zwykle był on ubrany w nienagannie skrojony garnitur, na nosie zaś miał charakterystyczne dla niego okulary. Siedział on w improwizowanym studio, umieszczonym na plaży w Gdańsku. Nie zdziwiło mnie to, bo od kilku dni chaos wywołany wychodzącymi, w różnych miejscach na świecie, na stały ląd rybami, przybiera na sile. Na całe szczęście, póki co, omijają one nasz kraj. Zapewne dzieje się tak dzięki pospolitemu ruszeniu w naszym narodzie, który niemal nieustannie modli się, o to, aby plaga ta, podobnie jak Czarna Śmierć w średniowieczu, ominęła Polskę. Ja sam do kościoła chodzę wyłącznie w Boże Narodzenie, jednak teraz, sam czuję potrzebę odwiedzenia tego bożego przybytku. Dlatego od niemal dwóch dni, codziennie, jestem na Mszy za ojczyznę. Nagle moją uwagę zwraca cień rzucony na prezentera. Tuż za nim, z morza wynurzył się olbrzymi kształt. To już koniec, pomyślałem, dziennikarskiej kariery mojego idola. 

Mistrz japońskiego horroru powraca. Tym razem nie musieliśmy czekać na niego kolejne cztery lata, ale jedynie niecały rok od wydania Spirali. Wygląda na to, że sprzedaż Uzumaki'ego w Polsce zadowoliła Japończyków na tyle, że dali oni zielone światło na wydanie kolejnego komiksu grozy stworzonego przez Junji Ito.  Co więcej JPF, zapowiedział premiery kolejnych dwóch mang tego autora. Dziś jednak chciałbym się skupić na trzecim już tytule wydanym przez JPF w ramach cyklu Mega Manga. Gyo, bo o nim mowa opowiada historię dwójki młodych ludzi Tadashi'ego i Kaori, którzy postanowili spędzić swój wolny czas na plaży na Onikawie. Niestety, dziewczyna posiada niezwykle silny zmysł powonienia i zapach morza oraz pobliskiego targu rybnego sprawiają, że wycieczka coraz bardziej ją męczy i chce już wracać do domu. Postawa ta irytuje chłopaka, gdyż Kaori sama chciała wybrać się w ten rejon Japonii. Jak łatwo się domyślić szybko okazuje się, że Romuald Czystaw nie miał racji i czasem opłaca się wierzyć kobiecie. Intensywne zapachy znad morza nasilają się, teraz zaczynają przypominać odór gnijących zwłok. Dziewczyna nie jest już w stanie wytrzymać intensywnych zapachów i wysyła Tadashi'ego po odświeżacz powietrza. Gdy ten wraca, odnajduje nieprzytomną Kaori, jednak w domu jest coś jeszcze. Niezwykle szybka ryba z dziwacznymi odnóżami, która okazuje się być źródłem tego potwornego smrodu.

#115 Manga nad Wisłą #15

Ubiegły miesiąc, poza białymi świętami, zgotował nam całą serię zapowiedzi na bieżący i jedną na kolejny rok. Trzeba oddać, że niemal wszystkie wydawnictwa stawiają na pozycję znane i lubiane przez co potencjalni czytelnicy będą musieli złapać się za portfele i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie "jedzenie czy komiksy". Na całe szczęście, czasu do namysłu jest jeszcze sporo, bo zapowiadane dziś nowości wyjdą najwcześniej w wakacje. Mnie zastanawia inna kwestia: jaką strategię wybiorą polscy wydawcy na II połowę tego roku? Zasypią nas zapowiedziami na 2014 rok, czy może skupią się jedynie na promocji swoich nowości?

Pierwsze w tym miesiącu było Studio JG i to od niego rozpocznę to wydanie Mangi nad Wisłą. 1 marca to warszawskie wydawnictwo zapowiedziało, że wyda w Polsce jednotomową mangę pt.: Bokura ni Matsuwaru Etc. autorstwa Kyuugou. Jest to zbiór sześciu, niezwiązanych ze sobą, opowiadań z gatunku shonen-ai. Traktujący o miłości męsko-męskiej, ograniczonej jednak (lub na szczęście) wyłącznie do sfery uczuciowej, a nie intymnej. Komiks ten ma mieć swoją premierę na przełomie maja i czerwca. Wydawca reklamuje ten zbiór jako "lekką mangę w sam raz do przeczytania na poprawę humoru". Ja chyba jednak spasuję, gdyż mam zamiar zaopatrzyć się w inny tytuł od tego wydawnictwa, który również został zapowiedziany w marcu, a mianowicie...  

... Otoyomegatari. Tytuł ten przez wielu uważany jest za najlepiej narysowaną mangę w historii świata. Nie ma w tym krzty przesady, gdyż autorka tego dzieła, pani Kaoru Mori stworzyła coś naprawdę niezwykłego i nie nie ma najmniejszych oporów przed chwaleniem się swoimi umiejętnościami (ten obrazek z boku podobnie jak cała reszta komiksu został stworzony całkowicie bez pomocy komputera). Cała historia również jest ciekawa, gdyż wraz z kolejnymi rozdziałami zaznajamia nas z konfliktem zwanym Wielką Grą. Wydarzenie to miło miejsce w XIX wieku i było angielsko-rosyjską walką o wpływy w dzisiejszym... Pakistanie, Afganistanie i Iranie. Tak drodzy państwo, Studio JG zaproponowało nam komiks rodem z Japonii który zbiera nas w sam środek walki o jedwabny szlak. Incydent ten będziemy śledzić oczami młodego tureckiego małżeństwa dwudziestoletniej Amiry Hergal i dwunastoletniego (to nie błąd) Karluka Ayhana. Obrońców moralności informuję, że w tamtych czasach to ona była za stara, a nie on za młody, na małżeństwo. Na dzień dzisiejszy manga liczy pięć tomów i nadal  jest wydawana. Polska premiera pierwszego tomu zapowiadana jest na czerwiec tego roku i jako pierwszy komiks od tego wydawnictwa zostanie on wydany w formacie deluxe. Oznacza to, że w cenie 29,99 zł otrzymamy komiks w formacie A5, przyobleczony w twardą okładkę z obwolutą. Ja osobiście nie mam żadnych wątpliwości i na pewno tę mangę kupię.

#114 Polski Comic-Con (?) cz.2. Fotorelacja z konwentu Pyrkon 2013.

Od kilku dni na tym blogu możecie przeczytać obszerną relację z niedawno zakończonego konwentu Pyrkon 2013. Zdaję sobie jednak sprawę, że internet nie koniecznie jest dobrym miejscem do publikowania tak długich artykułów i wielu z was, jeżeli w ogóle zdecydowało się na jego przeczytanie zrobiło to pobieżnie lub zapoznało się jedynie z częścią tekstu. Stąd nowy pomysł, który narodził się w mojej głowie, czyli fotorelacja z konwentu. 

Zanim przejdziemy do samych zdjęć parę słów wyjaśnienia. Z racji, że jest to pierwsze tego typu przedsięwzięcie na tym blogu dlatego też jest to pewien kompromis pomiędzy tym jak miało być, a jak jest. Tak naprawdę, sam do końca nie wiedziałem, czy będąc kompletnym fotograficznym laikiem, dam radę podołać postawionemu przed sobą wyzwaniu. Na całe szczęści na konwent wybrał się ze mną mój kolega Radek Włoczewski, który wspomógł mnie i dzięki niemu ma to wszystko ręce i nogi. Radku, wielkie dzięki! Postanowiłem, również wesprzeć się nieco materiałami od organizatorów imprezy, które otrzymałem z racji tego, że wybrałem się na imprezę jako dziennikarz Anime Games World. Wszystkie zdjęcia zrobione przez kogoś innego niż ja będą podpisane. Miłego oglądania.

Miejsce imprezy:

Pyrkon, podobnie jak w zeszłych latach, odbył się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. W zeszłym roku grupa fantastów na trzy dni zajęła hale o numerach  7, 8a, 14 i 1. W tym roku zrezygnowano z jedynki i ósemki, a zamiast tego ulokowano nas dodatkowo w halach 7a, 6a i 5a. Ta ostatnia, wraz z II LO pełniła rolę sleep room'u.

Plan Targów z zaznaczonymi na nim halami przeznaczonymi pod konwent. Jak widać na grafice jest jeden błąd, a mianowicie usytuowanie noclegów, które ulokowano w hali 5a.
[Pyrkon]

#113 Polski Comic-Con (?). Relacja z konwentu Pyrkon 2013.

Pamiętam, że dawno temu, gdy w polskim fandomie zaczęła ugruntowywać się pozycja konwentu, jako świetnego sposobu na spędzenie wolnego czasu, pojawiła się też idea organizowania takiego zlotu w formie targów. Ostatecznie, mimo wielu prób, nigdy się to nie udało. Powodów takiego stanu rzeczy było wiele. Od zmian w prawie, które ukróciły handel nielegalnymi kopiami kaset z anime, aż do małej ilości firm zajmujących się sprzedażą gadżetów dla fanów, których wtedy, wcale nie było, aż tak wielu. Najlepiej, do tej pory, w tej sferze radziły sobie konwenty mangowe z całą masą stoisk, które niestety oferują głównie to samo, co inne. Czas jednak płynie i fani wychowani na imprezach z lat '90 dorośli i dziś zakładają profesjonalne firmy zajmujące się produkcją i/lub dystrybucją różnego rodzaju dóbr dla fanów. Ci ostatni też, są zamożniejsi, niż ich koledzy uczestniczący w pierwszych polskich konwentach i chętniej wydają krwawicę rodziców na różnego rodzaju gadżety. Czy to jednak wystarczy, aby powrócić do idei konwentu jako targów i co więcej, czy pomysł ten uda się wreszcie zrealizować? 

Do Poznania przybyliśmy w piątek (22 marca) około godziny 13.30 i od razu obraliśmy kurs na hale Międzynarodowych Targów, aby ustawić się w kolejce po akredytacje. Oczywiście już niemal tradycyjnie ominęliśmy, naprawdę długi ogonek do kas i skierowaliśmy się do tej przeznaczonej dla mediów. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że również i ta kolejka jest niewiarygodnie długa, nawet pomimo tego, że media były obsługiwane nie przez jedną, ale przez dwie kasy. Na domiar złego nie ominęła nas awaria serwera, który nie wytrzymał naporu konwentowiczów i konsekwentnie, po obsłużeniu około pięciu osób przy jednej kasie, czyli około czterdziestu potencjalnych uczestników, zawieszał się ponownie. W konsekwencji, będąc na siódmym miejscu w kolejce, na teren imprezy dostaliśmy się po godzinie czekania. Na całe szczęście, większości oczekujących nie opuszczał dobry humor. Przypominało to trochę wydarzenia z krajowych stadionów, gdyż oczekujący co i rusz robili meksykańskie fale i śpiewali przyśpiewki w stylu "jeszcze jeden" mając nadzieję, że zostaną obsłużeni przed kolejną awarią. Także panie z kas starały się urozmaicić czekającym wolny czas np.: grając z nimi w kółko i krzyżyk (osobiście byłem świadkiem takiego "procederu"). Oczywiście tak zabawnie nie było na zewnątrz, gdzie również sięgały kolejki, bo mróz tej wiosny jest naprawdę niesamowity (wg TVN 24, temperatura przy gruncie w Poznaniu w niedzielę wynosiła -23 stopnie). Nieco lepiej sytuacja wyglądał przy kasach od strony ulicy Roosvelta (myśmy weszli od strony ulicy Śniadeckich), gdzie kolejki miały możliwość tak się powykręcać, aby wszyscy chętni zmieścili się w hali, a nie koczowali na zewnątrz. 

#112 Krótka opowieść o mężczyźnie. Recenzja komiksu Wolverine.

(Recenzja obejmuje czwarty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Do tej pory w skład Wielkiej Kolekcji wchodziły komiksy stosunkowo nowe. Taka decyzja nie jest zaskakująca, gdyż większość dzisiejszych zjadaczy komiksów, zwłaszcza tych młodszych, kręci nosem, gdy widzi kreskę choć trochę odbiegającą od dzisiejszych standardów, w ogóle nie zawracając sobie głowy ich treścią. Wydawcy zaś zależało na pozyskaniu jak największego grona czytelników. Na skład kolekcji jednak, zgodnie z zapowiedziami Hachette, wchodzić miały, najlepsze historie wydane przez Marvela, na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat. Tak więc, czy się to komuś podoba, czy też nie, prędzej czy później, musieliśmy dostać coś utrzymanego w stylistyce z dawnych lat. Na pierwszy ogień trafił komiks z 1982, czyli Wolverine, Claremont'a i Miller'a.

W ostatnim czasie na polskim rynku dominują komiksy opowiadające o ostatnich dniach działalności  superbohaterów. Takie historie mogliśmy śledzić m.in. w All-star: Superman, Batman: Powrót mrocznego rycerza, czy Avengers: Upadek Avengers. Tendencja ta, na szczęście, powoli się zmienia, bo ile można oglądać zakończeń, zwłaszcza wtedy, gdy nie zna się początków tych karier. Na całe szczęście tym razem Hachette zaproponowało nam coś kompletnie odwrotnego, opowieść, która zdefiniowała bohatera. Historię, która sprawiła, że przestał on już być płaski i zyskał, tak lubiany ostatnio przez filmowców, trzeci wymiar. Wszytko zaczęło się od ilustracji narysowanej przez nieżyjącego już Dave'a Cockrum'a, która jako pierwsza przedstawiała, najbardziej chyba rozpoznawalnego dziś członka X-men, bez maski. Można było na niej zobaczyć dobrze dziś znaną wszystkim twarz z charakterystycznymi bokobrodami oraz grymasem niezadowolenia na twarzy. Gdy po raz pierwszy został on pokazany włodarzom Marvela, ci nie mogli pozbyć się uczucia szoku. Spowodowane to było tym, że do tej pory większość z nich wyobrażała sobie Rosomaka jako dwudziestokilkulatka. Na całe szczęście pomysł zaskoczył i naczelni zaaprobowali ten pomysł. Jednak jedna ilustracja to za mało. Potrzeba było czegoś więcej. Historii, która pomogłaby ugruntować pozycję bohatera w uniwersum i uzyskać ostateczną odpowiedź na pytanie "czy ta postać spodoba się czytelnikom". Dziś nie wyobrażamy sobie uniwersum Marvel'a bez Wolverine'a, a to, że tak jest, zawdzięczamy właśnie temu tytułowi.

#111 Gdy człowiek staje się bronią. Recenzja komiksu Iron Man: Extremis.

(Recenzja obejmuje trzeci tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Superbohaterem, który w ostatnim czasie, zyskały największą liczbę fanów jest, bez wątpienia, Ironman. Stało się tak głównie za sprawą wspaniałej kreacji Roberta Downey'a jr, który świetnie odegrał tę postać na wielkim ekranie. Można śmiało zaryzykować tezę, że na potrzeby filmowej części uniwersum Marvela wykreowano postać, która może się podobać zarówno przedstawicielom płci pięknej (dzięki Tony'emu Stark'owi) jak i płci brzydkiej (dzięki Ironman'owi). Nie należy jednak przy tym zapominać, że takie podejście do tej postaci ma swoje źródło w komiksie. Dziś nareszcie, dzięki Hachette możemy się z tą inspiracją zapoznać. 

Kto tak naprawdę zabija, człowiek, czy broń? Odpowiedź na to pytanie tylko pozornie jest łatwa. Oczywiście wszyscy zgadzamy się z tezą, że pistolet pozostawiony w zamkniętej szufladzie, sam z siebie, nigdy, nikogo nie zabije. Jednak już sama obecność broni pod ręką połączona z różnicą zdań między rozmówcami, może doprowadzić do tego, że możemy zapragnąć zrobić coś więcej, niż tylko zrugać oponenta. Zgadzam się, że zabić można praktycznie wszystkim, ba tak naprawdę nie potrzebujemy do tego żadnej broni. Jednak zgodzicie się, że łopata nie kojarzy się nam jednoznacznie z zabijaniem, a pistolet już tak. Innym problemem ze współczesną bronią jest fakt, że zabijanie jeszcze nigdy w historii nie było tak łatwe. W średniowieczu na przykład, trzeba było się naprawdę sporo namachać, żeby wreszcie wybić oponentowi z głowy, że wzięcie kolejnego oddechu, nie jest wcale takim dobrym pomysłem. Nawet użycie kuszy, najbardziej śmiercionośnej broni tamtych czasów, nie gwarantowało w stu procentach sukcesu, bo w razie pudła przeciwnik miał sporo czasu, aby do ciebie doskoczyć i wybić ci broń z ręki (lub z ręką). Dziś zaś wystarczy jedynie nacisnąć spust, aby wpakować komuś w bebechy całą serię kulek i wysłać go do krainy wiecznych łowów. Jedyną niedogodnością jest odrzut, ale i z tym ludzkość sobie poradzi.

#110 X-men reaktywacja, znowu. Recenzja komiksu Astonishing X-Men: Obdarowani.

(Recenzja obejmuje drugi tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Benetechu, instytucie badań nad innowacyjnymi lekami już od dawna nikogo nie ma. Wszyscy poszli do domów, zmęczeni kolejnym dniem niekończącej się walki o ludzkie życia. Ich życie również jest ważne, o czym nie dawali im zapomnieć ich współmałżonkowie. Trudno jest być Prometeuszem naszych czasów. Jednak z wnętrza jednego z laboratoriów cięgle dobiega słabe światło. Słychać słaby odgłos uderzających o siebie probówek i cichy, kobiecy oddech. To ta Hinduska, która po fiasku badań nad szczepionką przeciwko wirusowi Dziedzictwa, postawiła sobie nowy cel. Nagle, ciemność nocy rozrywa krzyk. Każdy obywatel tego kraju dobrze zna ten okrzyk. To okrzyk zwycięstwa. 

Zmutowany gen jest niczym więcej jak tylko chorobą. Zakłóceniem zwyczajnej aktywności komórkowej. Ale teraz nareszcie... Odkryliśmy na to lekarstwo.
dr Kavita Rao

Gdy tworzy się grupę super bohaterów problem jest zawsze ten sam. Należy wymyślić dla niej odpowiedniego przeciwnika. Niemal na wstępnie eliminuje się pojedynczego superłotra, bo musiałby on być naprawdę mocno napakowany (a przez to bardziej nierealny, niż dopuszczają to superbohaterskie normy) i, jeżeli ma się do czynienia z uniwersum zamieszkałym przez wielu bohaterów, należy wymyślić dobry powód dlaczego nie wpada on też innych. Najlepszym pomysłem, więc byłoby postawienie przeciwko grupie innej grupy, to jednak wydaje się zbyt banalne. To może skonfrontować ich z całą rasą, najlepiej taką pozaziemską? To brzmi już nico lepiej, ale wydaje mi się, że idziemy w złym kierunku. Może, więc skonfrontować ich z czymś małym? Tak małym jak wirus? To co piszę może się wam wydawać sprzeczne z tym co napisałem we wstępnie. Jednak, aby dobrze odnaleźć się w kolejnym tomie Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, należy wyjść od wydarzeń poprzedzających te z Obdarowanych. Pomysł na wirusa narodził się w 1993 roku i był ciągnięty przez Marvela przez niemal 8 lat. Jego pierwsza wersja została rozpylona przez terrorystę z przyszłości, Stryfe'a. Wirus ten działał wyłącznie na mutantów, nie powodując żadnych zmian w ciałach nie-mutantów, dzięki czemu była to idealna broń w walce z odmieńcami. Po ośmiu latach badań dr McCoy "Bestia" korzystając z wiedzy zamordowanej dr McTaggert opracował szczepionkę na wirusa, jednak, aby była ona skuteczna, potrzebny był niedawno zmarły od wirusa mutant. Nie chcąc czekać na kolejne postępy w badaniach jeden z X-men, Colossus postanowił poświęcić swoje życie w celu ocalenia pozostałych przedstawicieli gatunku. Jego śmierć nie była nadaremna, gdyż pozwoliła ona na opracowanie skutecznego lekarstwa. Wydarzenia te spowodowały jednak, że pojawiła się idea leczenia mutacji w sposób farmakologiczny, bo należy nadmienić, że nie wszyscy mieszkańcy Ziemi byli zadowoleni z tego, że są odmieńcami. Kolejne lata nie były bynajmniej dla X-men łatwe. Z życia publicznego wycofał się profesor Xavier i po raz kolejny zginęła Jean Gray (Feniks). Mimo to jednak, idea grupy była wciąż żywa i niegdysiejszy przyjaciele, postanowili znów się zjednoczyć, tym razem wokół szkoły Xaviera.

#109 Manga nad Wisłą #14

Co zrobić jeżeli już w 2012 roku zdradziło się już wszystkie zapowiedzi na rok 2013, a z przyczyn marketingowych należy nieustannie o czymś informować potencjalnego klienta (a zapowiedź  n-tego tomu, ciągnącego się jak "Moda na sukces", tasiemca niewielu już interesuje)? Tak, macie rację. Podać zapowiedzi na 2014 rok. Właśnie tą drogą poszedł JPF, który zapowiedział już jedną nowość (najprawdopodobniej) na przyszły rok. Drugiej zapowiedzi spodziewamy się po zakończeniu kolejnej z ankiet wydawnictwa.

Otóż, Drodzy Czytelnicy tytułem, który zastąpi Naruto, będzie Fairy Tail, który, w facebookowej ankiecie JPF-u, zdobył największą ilość głosów fanów, wyprzedzając kolejno Gintamę, Katekyo Hitman Reborn'a, Shaman King'a i D.Gray-man'a. Tytuł ten ma wystartować zaraz po tym jak polskie wydanie Naruto dogoni to japońskie. Najpewniej wydarzy się to w drugiej połowie 2014 roku i wydaje się, że do wyrównania dojdzie gdzieś w okolicach 68 tomu ninja-tasiemca. Ciężko o podanie dokładniejszej daty, bo tomiki w Japonii wydawane są nieregularnie, od czterech do pięciu w roku. Tytułowy "Wróżkowy Ogon" to nazwa jednej z wielu gildii magów, która świadczy swe usługi w krainie Fiore. Niby jest ona zaliczana do tych najlepszych, jednak sposób działania jej przedstawicieli czyni zwykle nie mniejsze spustoszenie niż problem któremu mieli przeciwdziałać. Za większość zniszczeń odpowiada najsilniejszy czarodziej w organizacji, czyli Natsu Dragneel. Serii często zrzuca się zbyt duże czerpanie z dokonań innych twórców (np.: kreska do złudzenia przypominająca tą z One Piece), czego autor Hiro Mashima specjalnie się nie wypiera. Historia ta liczy na dzień dzisiejszy 35 tomów i zapewne czeka nas co najmniej drugie tyle, bo tytuł nie znika z top 10 japońskiego manga officu. O następnej nowości Anno Domini 2014, zadecyduje kolejna, tegoroczna facebookowa ankieta JPF-u, która dotyczy następnej Mega Mangi. Jak pisałem ostatnio, lista tytułów które wejdą w skład cyklu, w tym roku, jest już zamknięta. Jednak są jeszcze przecież kolejne lata. Pierwszą Mega Mangą w 2014 roku, będzie najprawdopodobniej coś dla dziewcząt (jap. shojo). Mierzyńskie wydawnictwo planuje wydać 3 takie tytuły, dlatego zapytało, który z nich ma być pierwszy. W szranki stanęły Terra e o którym pisałem tutaj, They Were Eleven (tutaj) oraz Oniisama e o którym jeszcze nie pisałem. Tak więc napiszę o niej teraz. Historia ta została napisana w 1975 roku przez panią Ryoko Ikedę (Aż do Nieba, Lady Oscar). Seria ta ze względu na tematykę (narkomania, choroby psychiczne, homoseksualizm), została dość mocno pocięta w wielu krajach (np.: Francuzi wycieli z niej ponad 30% materiału). Manga skupia się na postaci Nanako Misonoo, która rozpoczyna naukę w jednym z najbardziej prestiżowych japońskich liceów. Dziwnym trafem jej los splata się z trzema najpopularniejszymi dziewczynami w szkole: Fukiko Ichinomi, Rei Asac'ą oraz Kaoru Oriharz,ą, co z tego wyniknie dowiecie się z lektury komiksu. Na chwilę obecną najwięcej głosów zebrała Terra e

#108 Pierwsze wrażenia #11- The Breaker

(Recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Liceum. Miejsce, które przez wielu z nas jest wspominane jako najlepsze co mogło się wydarzyć w naszym życiu. Koleżanki w krótkich spódniczkach, wycieczki na których w jednych krzakach pili uczniowie, a w drugich nauczyciele, a oficjalnie nie pił nikt. Pierwsze miłości oraz przyjaźnie na całe życie. No i oczywiście fajne laski w obcisłych dżinsach. Są jednak nieliczni, którzy mają kompletnie inne zdanie na temat szkół średnich. Dla nich ogólniak to niekończące się pasmo nieszczęść i upokorzeń. Miejsce, które najchętniej wymazaliby ze swoich wspomnień. Nie mogą jednak tego uczynić, gdyż odwiedzają je noc w noc, podczas powtarzających się koszmarów. Jednym z takich dzieciaków jest Shi-woon.

Historia komiksu koreańskiego w Polsce jest krótka, ale przy tym niezwykle burzliwa. Wszystko zaczęło się w czerwcu 2004 roku, kiedy to w piątym numerze Mangazynu ukazała się krótka recenzja komiksu Island, autorstwa Youn In-Wan'a (scenariusz) i Yang Kyung-Il'a (rysunki), wydanego w Polsce przez wydawnictwo Kasen Comics, w którym sklasyfikowano ten tytuł jako mangę. Ta jedna, jedyna nieścisłość, doprowadziła do tego, że redakcja została wręcz zasypana całą masą listów do fan(atyk)ów żądających głowy autora tekstu. Nie pomogły tłumaczenia, że słowo "manga" zostało użyte w artykule w znaczeniu "komiks azjatycki", a nie "komiks japoński", czytelnicy byli nieugięci. W celu szybkiego zażegnania sporu, redakcja postanowiła zaszczepić na polską ziemię dwa nowe terminy: manhwa, będąca określeniem komiksu z tej dobrej Korei oraz manhua, odnosząca się do komiksu z Chin (wprowadzono go tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś w przyszłość, wpadł na genialny pomysł wydania w Polsce czegoś z kraju środka). Wydawnictwo Kasen zakończyło swoją działalność w 2008 roku wydając nad Wisłą siedem, całkiem niezłych tytułów rodem z Korei. Od tego czasu w temacie koreańszczyzny nastąpiła w naszym kraju totalna posucha, aż do 2013 roku, kiedy to wydawnictwo Yumegari postanowiło wydać u nas The Breaker

#107 Manga nad Wisłą #13

Ostatnimi czasy na moim blogu zauważyłem pewną niepokojącą tendencję. Otóż, od, bez mała, dwóch miesięcy, publikuję tutaj niemal wyłącznie posty podsumowujące (ostatnich 5 na 6 notek to  podsumowanie czegoś-tam). Osobom, którym taki stan rzeczy nie odpowiada (w tym sobie), obiecuję, że następny artykuł, niemal na pewno, będzie jakąś recenzją. Być może będzie to jakaś nowość od wydawnictwa Yumegari z którym niedawno zawiązałem współpracę recenzencką. Tak, Moi Drodzy, logo tegoż wydawnictwa, nie przypadkiem pojawiło się w panelu bocznym mojego bloga. Jednak nie jest też wykluczone, że będzie to opis jakiegoś komiksu ze stajni Marvela, niekoniecznie wydanego w Polsce. Zanim jednak do tego dojdzie przejdźmy do kolejnego (ech...) podsumowania.   

Wraz z początkiem roku, dokładnie połowa wydawnictw specjalizujących się w wydawaniu mangi w naszym kraju, postawiła na zapowiedzi. Niektórzy z nich postanowili wprost opowiedzieć o tym czego możemy się po nich, w 2013 roku, spodziewać. Inni postawili na tajemniczość (głównie dlatego, że nadal trwają rozmowy z Azjatami), podając do ogólnej wiadomości, jedynie, jakich gatunkowo komiksów, możemy się spodziewać. Najmniej enigmatyczne było Yumegari, które ogłosiło, że w nadchodzącym roku planuje wydać ponad 10 publikacji. Na pewno wśród nich będą dwie książki. Pierwsza z nich trafi do sprzedaży jutro i będzie to Antologia Białej Lilii w której, na 280 stronach, zebrano 9 konkursowych opowiadań w klimatach yuri (romans damsko-damski). Dodatkowo, jako bonus, w zbiorze znajdziemy galerię prac polskiej rysowniczki Anny Marii "Vanitachi" Sutkowskiej. Druga, zapowiedziana na marzec książka, to Pedagog, Karoliny Wiechowicz. Prócz tego Yumegari podało przybliżone daty wydania pięciu nowości komiksowych, w tym dwóch tytułów napisanych/narysowanych przez polskie autorki. Pierwszy do sprzedaży detalicznej trafi The Breaker (15 luty) o którym pisałem tutaj. Na kwiecień powiedziano 6000 autorstwa Nokuto Koike. Głównym bohaterem tej serii jest Kadokura Kengo chiński specjalista, który zostaje wysłany do podwodnego kompleksu, w celu jego ponownego uruchomienia. Już na samym początku prac, jego przyjaciel, Danzaki zostaje dotkliwie okaleczony. Zespół specjalistów nie wie jeszcze, że nie jest to pierwszy taki wypadek jaki wydarzył się w tym miejscu. Ostatni miał miejsce trzy lata temu, tuż przed tym jak wstrzymano wcześniejszą produkcję. Nic dziwnego, że Japończycy tak tanio go sprzedali. Seria ta, na dzień dzisiejszy, liczy 4 tomy i jest nadal kontynuowana, co więcej dotąd nie została ona wydana poza Azją. Wygląda na to, że pojawił się silny konkurent dla horrorów Junji Ito od JPF-u. W maju możemy liczyć na pierwszy komiks grupy Yumemori, która została stworzona przez Yumegari w celu promocji polskich twórców komiksów inspirujących się mangą. Tym tytułem będzie Basement autorstwa Doroty Kuśnierz, Emilii Oset, Karoliny Kaźmierkiewicz, Martyny Janik (rysunki) oraz Magdaleny Lach (scenariusz). Główną bohaterką piwnicy, jest Christina Hamilton, która jako jedyna przeżyła masakrę, którą zgotował jej rodzinie, rodzony ojciec. Od tego dnia mija 15 lat. Podczas jednej z rozmów z przyjaciółmi, Krysia podejmuje wyzwanie spędzenia godziny w piwnicy opuszczonej rezydencji Hamiltonów. Po zejściu w ciemność okazuje się jednak, że w mroku czai się coś jeszcze. Basement, tak po prawdzie, to największa niewiadoma z zapowiedzi Yumegari, tak naprawdę nie spotkałem jeszcze nikogo, kto z wypiekami na twarzy oczekiwałby tej pozycji. Cóż, komiksy "polskich mangaków" póki co nie wciskały w fotel. Jak będzie tym razem? Czas pokaże. Pod koniec I połowy 2013 roku Yumegari ma wydać jeszcze jeden komiks polskiej autorki. Będzie to Over Eyes (normalnie Rej się w grobie przewraca, przez te anglojęzyczne tytuły), Moniki Sąsiadek. Na dzień dzisiejszy nie wiemy nic o fabule tego tytułu. Ostatnią znaną zapowiedzią Yumegari jest Feng Yu Jiu Tian o którym pisałem tutaj. Na dzień dzisiejszy jest on jeszcze tłumaczony. Dokładna data jego wydania będzie znana dopiero po zakończeniu tego etapu prac.

#106 Trzecie urodziny

Minął rok.

Przełomy kolejnych lat, tradycyjnie już, przebiegają pod znakiem całej masy wszelkiego rodzaju posumowań i plebiscytów na najlepszego "cosia" mijającego roku. Bardzo ładnie w to wszystko wpisuje się mój blog, który wystartował własnie w tym okresie. Dzięki czemu mam pretekst do stworzenia swego rodzaju rachunku sumienia i pochwalenia się tym co przez ostatni rok osiągnąłem. Oczywiście nie spijam jedynie śmietanki, ale również dokopuje się do tej przysłowiowej łyżki dziegciu i posypuję głowę popiołem, a w tym roku mam, niestety, za co przepraszać.  

Najbardziej chciałbym przeprosić za tak małą liczbę postów w mijającym roku. Tylko dwadzieścia sześć postów, co wygląda naprawdę blado, przy tych trzydziestu dziewięciu, w 2010, i czterdziestu, postach w 2011 roku. Oczywiście powodów takiego stanu rzeczy było bez liku, praca, szkoła (inżynierka) i, coś co przytrafiło mi się po raz pierwszy, odkąd zacząłem redagować bloga, czyli niemal kompletne "wypalenie zawodowe". Mniej więcej w czerwcu moja chęć do kontynuowania kariery blogera była naprawdę nikła i dość poważnie zacząłem rozważać zawieszenie bloga. Zawieszenie, bo nigdy tak naprawdę nie pomyślałem o jego całkowitym zamknięciu. Porządnego kopa w tyłek dostałem od jednego z czytelników (który, niestety, określił się jako "anonimowy"), który pod postem (D)Oda do komiksu #4 zapytał, kiedy napiszę kolejny artykuł z cyklu Manga nad Wisłą (w którym podsumowuję i komentuję ostatnie wydarzenia z polskiego ryku mangi). Przyznam szczerze, że gdyby nie ten wpis, cykl mógłby nigdy się nie odrodzić, bo podobnie jak to było z "podsumowaniami miesiąca", zatraciłem wiarę w sens jego kontynuowania. Na dzień dzisiejszy mogę jednak napisać, że cykl ten na pewno będzie kontynuowany. Jak już przy artykułach cyklicznych jesteśmy. W 2012 roku napisałem pięć postów z cyklu Pierwsze wrażenia, w którym opisuję serie dopiero co rozpoczęte. Opisałem w nich trzy startujące serie komiksowe, jeden serial animowany i jeden słodycz (kto nie wierzy niech kliknie tutaj). Dodałem również kolejną garść piosenek (być może) inspirowanych komiksem w czwartej części wspomnianej już (D)Ody do komiksu. W zeszłym roku zacząłem, również uczestniczyć w konwentach. W 2012 zaszczyciłem cztery, a zrelacjonowałem dwa. Pisałem jednak nie tylko na blogu. Moje recenzje można znaleźć również na portalu a-g-w.info. Próbowałem również napisać coś dla magazynu Otaku, jak na razie jednak z mizernym skutkiem. 

- Copyright © 2010-2014 Półka pełna komiksów - Ore no Imouto - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -