Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka kolekcja komiksów marvela. Pokaż wszystkie posty

#160 Epitafium. Recenzja komiksu Poległy Syn: Śmierć Kapitana Ameryki.

Śmierć bohaterów w różnego rodzaju opowieściach jest zjawiskiem tak powszechnym, że często nie robi ona na nas żadnego wrażenia. Czasem tylko zapłaczemy nad naszym ulubieńcem lub wyskoczymy z radości w górę ciesząc się, że "ten drań" jest wreszcie martwy. Jednak jeżeli chcemy, aby śmierć obiegła świat, a nie tylko zainteresowała nasz skromny komiksowy półświatek, musimy pochować kogoś wielkiego.

Tę recenzję zacznę dość nietypowo, bo od omówienia dodatków. Na początku 42 tomu WKKM znajdziemy, jak zwykle w przypadku komiksów wchodzących w skład kolekcji, kilka słów napisanych przez redaktora Panini, Marco M. Lupoiego, który standardowo już wychwala wybraną przez siebie historię. Na sąsiedniej stronie zapoznamy się z kolejnymi "Echami z przeszłości" w których starano się streścić całą wojenną historię Kapitana oraz niedawne wydarzenia będące konsekwencją wprowadzenia w życie Ustawy o rejestracji superludzi. Dalej znajdziemy coś co mnie osobiście najbardziej zaskoczyło czyli 25 zeszyt Kapitana Ameryki opisujący przyczyny śmierci przywódcy Avengers. Został on wydany w kwietniu 2007 roku, czyli trzy miesiące po zakończeniu miniserii Wojna Domowa, której jest oficjalnym zwieńczeniem. Dalej znajdziemy kolejne zeszyty miniserii Poległy Syn.

Seria ta jest podzielona na pięć części. Każda z nich odpowiada kolejnemu etapowi żałoby: zaprzeczeniu, gniewowi, negocjacjom, depresji i akceptacji, które są pokazane z perspektywy różnych herosów, odpowiednio Wolverine'a, Avengers, Kapitana Ameryki, Spider-Mana i Iron Mana. Niestety mimo, że są one pisane przez jednego autora ich poziom jest skrajnie różny. Najgorzej wypada ten poświęcony grupie najpotężniejszych bohaterów na Ziemi. Prowadzony jest on z dwóch perspektyw. Pierwsza skupia się na grupie Mighty Avengers złożonej z zarejestrowanych herosów, druga zaś na ukrywającej się przed prawem New Avengers. Każda z nich próbuje poradzić sobie ze śmiercią Kapitana inaczej. Ci pierwsi walczą z Tiger Sharkiem, drudzy poświęcają się pokerowi i tak naprawdę tylko u nich widać gniew. Co chwilę się prowokują i skaczą sobie do oczu. W końcu ręce zajmują czymś innymi niż trzymaniem kart. Walczący z morskimi potworami Mighty Avengers, po prostu wykonują swoją pracę przez co nie czuje się w nich gniewu. Napiszę szczerze, że gdyby nie kwestia wypowiedziana przez Namora do Ms. Marvel nigdy nie połapałbym się, że jest ona wściekła.

Przy tej okazji wychodzi inna kwestia, akcja komiksu nie zawsze jest adekwatna do jego tytułu. Paradoksalnie widać to również w najlepiej narysowanym zeszycie, czyli w Depresji. Opowiada ona o Spidey'im, który stojąc nad grobem wujka Bena wspomina największego z bohaterów. Pewnie każdy się ze mną zgodzi, że Człowiek Pająk, który przeżył tyle tragedii jest najodpowiedniejszym do bycia bohaterem tego typu opowieści. Niestety Jeph Loeb uznał, że jak się pisze opowieść o superherosach to w każdym zeszycie musi być jakaś potyczka, nawet jeżeli ta, tak jak tutaj jest tylko pretekstem do snucia wspomnień. Jakby śmierć Kapitana nie była wystarczająco dobrym powodem.

No dobra, swoją normę marudzenia wyrobiłem, napiszę więc trochę o plusach miniserii. Graficznie Poległy Syn prezentuje się nieźle. Najlepiej spisał się tu David Finch we wspomnianej już przeze mnie Depresji. Nie chce wiedzieć ile ten człowiek musiał poświęcić czasu na wykonanie poszczególnych kadrów, ale napiszę, że należy mu się szacunek za tak ciężką pracę. Tak szczegółowo wykonanych rysunków nie widuje się w komiksach superbohaterskich, czy w ogóle w komiksach, często. Nie zazdroszczę Danny'emu Mikiemu, który musiał to poprawiać tuszem. Całość graficznej uczty dopełniają kolory nałożone przez Franka D'Armata. Szczególnie żółto-zielone niebo rozciągające się nad cmentarzem. które buduje niepowtarzalny klimat. Do gustu przypadły mi też stylizowane na malarskie projekty Stevena Eptinga w Kapitanie Ameryce oraz te wykonane przez Leinila Yu w Zaprzeczeniu. Podziurawiony Wolverine z okładki to prawdziwe dzieło sztuki. W tym zeszycie zastanowiło mnie tylko jedno. Dlaczego przebywający w areszcie Crossbones ma na twarzy maskę, skoro podarł ją podczas wcześniejszego starcia z Zimowym Żołnierzem? Czyżby S.H.I.E.L.D. pod wodzą Starka tak dobrze dbało o swoich więźniów?

Ten wpis zacząłem od opisu dodatków i tak samo go zakończę. Śmierć Kapitana Ameryki, była najgłośniejszym wydarzeniem od śmierci Supermana w 1992 roku (w Polsce zeszyt z tym wydarzeniem został wydany trzy lata później) nic więc dziwnego, że odbiła się ona szerokim echem w światowych mediach. Pisał o niej New York Daily News, kilka minut poświęciły jej CNN i CBS News, a nawet polska Panorama. W Marvelu nic jednak nie trwa wiecznie. Steve Rogers powrócił do żywych w lipcu 2009 roku w sześciozeszytowej miniserii Captain America: Reborn. Fabuła tego komiksu jest obszernie streszczona na końcu polskiego wydania Poległego Syna. Historii, która dla mnie jest niestety tylko średniakiem w którym niezłe rysunki nie ratują momentami chaotycznej fabuły. Kapitan Ameryka zasłużył na więcej.



#158 Pierwszy taki event. Recenzja komiksu Superbohaterowie Marvela: Tajne Wojny.

(Recenzja obejmuje 26 i 40 tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Wielu komiksiarzy z łezką w oku wspomina czasy kiedy to z kioskowych witryny spoglądali na nich prężący muskuły trykociarze. Mimo ich mnogości fani przy każdej nadarzającej się okazji żądali coraz więcej i więcej. Niestety, jedno wydawnictwo nie miało dość sił, aby wszystkim dogodzić. Sytuacja ta spowodowała, że wiele tytułów zyskało miano świętego Graala. Komiksów które być może TM-Semic kiedyś wyda. Nadzieje czytelników zniknęły jednak w momencie, gdy wydawnictwo upadło. Zapewne właśnie wtedy wielu z nich pogodziło się z myślą, że owe przesławne komiksy nigdy już na ich półce nie zagoszczą. Stało się jednak inaczej. 



Opracowana przez Marvela koncepcja jednego uniwersum w którym żyją wszyscy wymyśleni przez to wydawnictwo bohaterowie, dała jego twórcom możliwość "wymieniania się" postaciami pomiędzy seriami. Zjawisko to nasiliło się w latach '60 i '70 XX wieku, kiedy to Stan Lee zasiedlił Nowy York całą hordą nowych superherosów i ich przeciwników. Nic więc dziwnego, że włodarze Domu Pomysłów wpadli (wreszcie) na pomysł stworzenia superprzygody ze wszystkimi superherosami i superłotrami. Decyzja ta splotła się z propozycją firmy Mattel, która chciała wyprodukować serię figurek z bohaterami Marvela. Postawiła jednak pewien warunek. Wszystkie postaci, występujące w nowej historii muszą przejść w niej jakąś spektakularną przemianę tak, aby ich popularność maksymalnie wzrosła. Wszystko to zadziałało jak woda na młyn wyobraźni Jima Shootera ówczesnego redaktora naczelnego Marvela, który stworzył jeden z pierwszych komiksowych eventów. 

Akcja Tajnych Wojen rozpoczyna się w momencie, gdy grupa 19 superbohaterów (i jeden smok) została przetransportowana w nieznany rejon wszechświata. Sprawcą całego tego zamieszania okazała się być istota z innego wymiaru, nazwana przez Galactusa, Beyonderem. Beyondera zainteresowała tocząca się na Ziemi nieustająca walka dobra ze złem i postanowił zbadać jej naturę. W tym celu stworzył on nową planetę na którą oprócz herosów sprowadził 13 superłotów oraz Magneto (który został zaliczony do dobrych). Zwycięzca tego ostatecznego starcia miał prawo do dowolnego życzenia, które miał spełnić Beyonder, a należy tu nadmienić, że mógł on wszystko. 

Wydawać by się mogło, że tak duża ilość postaci może stanowić dla twórców dość istotny problem. Nic bardziej mylnego. Każdy z bohaterów dostał swoje pięć minut. Oczywiście tylko części z nich przypadły w udziale role główne. Część musiała zadowolić się rolami drugo-, a nawet trzecioplanowymi. Najgorsza rola przypadła jednak X-Men. Przez pierwszą część komiksu miałem wrażenie, że wyzwanie Beyondera przerosło mutantów. Miotali się oni, nie wiedząc po której ze stron się opowiedzieć. Czy trzymać z dobrymi, czy z Magneto, a może stać się trzecią, niezależną siłą będącą przeciwwagą dla homo sapiens. Najśmieszniejsze jest to, że czytelnik i tak nie odczuje, że obecność homo superior może przechylić szalę zwycięstwa na którąś ze stron, bo pomimo przewagi liczebnej przegrywali oni kolejne starcia z teoretycznie słabszymi przeciwnikami (np. z Wasp). W ogóle komiks obfituje w pojedynki. Nic dziwnego w końcu opowiada on o wojnie. Autorzy zapomnieli jednak, że polega ona nie tylko na walce, ale przede wszystkim na planowaniu. Zamiast tego bohaterowie niczym dziesięciolatki grające w WoWa co chwilę robią rajdy na bazę przeciwnika. Tak naprawdę jedynie Galactus i Doom przemyśleli to w jaki sposób chcą zwyciężyć w grze Beyondera.

Graficznie Tajne Wojny to kawał dobrej roboty. Bitewny Świat wygląda dostatecznie obco. Każdy rejon, który jest częścią jednej ze zniszczonych przez Beyondera planet diametralnie różni się od pozostałych. Także pozostawione przez obce rasy technologie oraz miasta nie przypominają niczego co widzieliśmy na Ziemi. Najwięcej trudności nastręczała jednak rysownikom Mike'owi Zeck'owi i Bobowi Laytonowi różnorodność występujących postaci. Każda z nich jest inna (no może poza członkami grupy rozbiórkowej), przez co należało nauczyć się rysowania każdej z nich. Niby to oczywiste, jednak wielu ten fakt umyka. Dodam jeszcze, że w komiksie pojawia się kilka postaci, dla których był to debiut w marvelowskim uniwersum.

Ocenianie starych komiksów (ale nie tylko) zawsze jest trudne. Coś co było dobre trzydzieści lat temu nie musi być dobre dziś. Tajne Wojny nie są w tej materii wyjątkiem. Występujący w nich superbohaterowie są wręcz do obrzydzenia honorowi, czego przykładem jest scena z ósmego zeszytu w której Kapitan Marvel przeprasza za to, że założyła nelsona rannemu Molecule Manowi. Problemem jest też długość serii, która jest po brzegi wypełniona nic nie wnoszącymi dialogami i potyczkami. Jak pisałem wcześniej podczas trwania wojny w życiu każdej z występujących postaci miały nastąpić jakieś spektakularne zmiany. Niestety często były one na tyle krótkotrwałe, że zdążyły się zdezaktualizować zanim czytelnik poznał ich źródło (akcja serii komiksowych wydawanych równolegle z Tajnymi Wojnami działa się po wydarzeniach, w niej opisanych). Mimo tych wszystkich wad fani Marvela komiks ten znać powinni, bo jest on pierwowzorem wszystkich późniejszych komiksowych eventów. Pozostali mogą go przeczytać jeżeli chcą się trochę pośmiać, gdyż seria ta dziś już raczej śmieszy niż wzrusza.


#155 Ostatni taki event. Recenzja komiksu Wojna Domowa

Seriale mają to do siebie, że po pewnej, skończonej liczbie odcinków ich popularność zamiast ciągle iść w górę, zaczyna gwałtownie opadać. Zjawisko to zachodzi najczęściej w momencie, gdy odbiorcy zaczynają dochodzić do wniosku, że istnieją lepsze sposoby na spędzenie wolnego czasu niż śledzenie po raz n-ty tych samych wydarzeń. Jest to też zwykle ten moment gdy twórcy muszą zdecydować, czy zamknąć produkcję, czy też zasiąść przy stole i wymyślić (wreszcie) coś nowego. W przypadku komiksowych uniwersów oznacza to zwykle stworzenie historii "po której nic nie będzie takie jak przedtem".


Droga do, chyba najlepiej rozpoznawalnego komiksu Marvela XXI wieku, rozpoczęła się na początku 2004 roku, kiedy to wydano pierwszy zeszyt miniserii Tajna Wojna. Zamieszanie jakie wywołał w niej Nick Fury spowodowało, że status superbohaterów na Ziemi-616 zaczął się gwałtownie zmieniać. Społeczeństwo amerykańskie, które do tej pory łaskawym okiem spoglądało na beztroskie niszczenie przez trykociarzy mienia publicznego, zaczęło dostrzegać, że pod zawalonymi, betonowymi blokami leżały również ciała mimowolnych świadków ich starć. Rząd postanowił więc zareagować. Zaproponowano wprowadzanie ustawy regulującej działalność superbohaterów. Spotkało się to jednak z ostrym sprzeciwem samych zainteresowanych, co doprowadziło do wstrzymania prac nad ustawą. Mimo to, Iron Man, Mr. Fantastic i czterech innych herosów postanowiło zaprowadzić porządek na własną rękę, powołując do życia grupę zwaną Illuminati. Początkowo odnosiła ona sukcesy, potrafiąc szybko reagować na wybryki Wolverine'a (Wróg publiczny), Hulka (Planeta Hulka) i Scarlet Witch (Upadek Avengers, Ród M), mimo to opinia publiczna nie ustępowała. Czarę goryczy przelała grupa New Warriors, której nalot na kryjówkę czterech uciekinierów z Raft zakończył się śmiercią ponad 600 cywili, rozpoczynając tym samym wojnę w której na przeciw siebie stanęli najpotężniejsi ziemscy superbohaterowie.

Jak widzicie, aby móc w pełni zrozumieć to co dzieje się w Wojnie domowej czytelnik musi znać całą masę wcześniejszych opowieści. Wyczerpujący opis tego co napisałem powyżej (i jeszcze paru innych istotnych zdarzeń które pominąłem) zająłby pewnie z tuzin stron Ech z przeszłości i jakością przypominałoby streszczenie Mody na sukces. Na szczęście wydawcy WKKM nie musieli iść tą drogą, bo polski czytelnik wiele z tych historii już poznał. Problemem jest natomiast wiedza o historiach dziejących się równolegle. Podczas trwania wojny, na Ziemi-616 działała ponad setka superbohaterów i niemal każdy z nich wziął w niej udział (a i kilku superłotrów sympatyzowało z każdą ze stron). Nic więc dziwnego, że historia ta objęła prawie czterdzieści serii wydawanych w tamtym okresie przez Marvela (z czego prawie połowa to miniserie z Civil War w tytule). Wydawać by się więc mogło, że jest to wystarczające odciążenie scenarzysty głównego wątku, który może skupić się militarnym aspekcie eventu. Pokazaniu w jaki sposób grupy prowadzone przez Kapitana Amerykę i Iron Mana planują swoje kolejne działania, jak wpadają w pułapki i w jaki sposób się z nich uwalniają oraz jakie ponoszą przy tym straty. Wątki przedstawione w innych seriach można było ograniczyć do wspomnienia w dialogach lub do kilku sprytnie wplecionych kadrów. Ja jednak odniosłem wrażanie, że Millar chciał, aby to w jego historii pojawiły się wszystkie najistotniejsze wątki wchodzące w skład eventu. Spowodowało to, że tempo akcji komiksu jest nie równe, co najmocniej odbiło się to na kreacjach głównych bohaterów.

Najważniejszymi postaciami Wojny domowej są Iron Man i Mr. Fantastic, którzy Ustawę o Rejestracji Superludzi poparli oraz Kapitan Ameryka, który wierzy, że żadne regulacje nie są superbohaterom potrzebne. Najgorzej została poprowadzona postać tego ostatniego. Zachowanie Steve Rogersa (który jest jedną z moich ulubionych postaci w uniwersum Marvela) przez większość komiksu przypomina działania tępego muła, który idzie na przód nie bacząc na konsekwencje. Zupełnie jak młody żołnierz, który po raz pierwszy dostał do rąk karabin z ostrą amunicją, a nie jak zaprawiony w bojach weteran. Do tego jego decyzja o nie poparciu ustawy w mojej opinii nie została wiarygodnie uzasadniona. Bardziej podobała mi się kreacja Steve'a w wydanym w Polsce przez Muchę New Avengers: Wojna Domowa. Kolejną dziwnie poprowadzoną postacią była Miriam Sharpe. Matka jednej z ofiar nieudanej akcji New Warriors i kobieta, która była inspiracją dla poparcia przez Iron Mana i spółki nowych regulacji. W komiksie widzimy jak jej pozycja stopniowo rośnie. Potrafi ona przekonać Amerykanów do swoich racji i nagle... znika. Szkoda, że Millar nie zdecydował się na większe upolitycznienie konfliktu. Miriam mogłaby wtedy być głównym rozgrywającym na politycznej scenie USA i postacią będącą przeciwwagą dla działającego z ukrycia Nicka Fury'ego. Niestety zaraz po wojnie Marvel z niej zrezygnował (istotną rolę odegrała jeszcze tylko w Fear Itself: The Home Front). 


Oczywiście w serii można znaleźć też postaci nieźle wykreowane. Najbardziej podobał mi się konflikt wewnątrz Fantastycznej Czwórki. Reed Richards, który staje się prawą ręką Tony'ego Starka, tak bardzo oddaje się badaniom nad wpływem superludzi na społeczeństwo, że całkowicie odseparowuje się od reszty grupy. Porzuca przy tym Johnny'ego, który staje się jedną z pierwszych ofiar wojny oraz Sue, co w istotny sposób wpływa na ich małżeństwo. Warto również zwrócić uwagę, że im dłużej trwa konflikt, tym dzieci Richardsów są bardziej zaniedbywane przez rodziców. Drugą świetnie wykreowaną postacią jest Punisher, który nie akceptuje wprowadzenia ustawy, ale też sam, ze względu na swoje działania, nie może być zaakceptowany w grupie Kapitana.

Za rysunki w Wojnie Domowej odpowiada Steve McNiven, znany polakom, ze wspomnianego już przeze mnie w tym artykule New Avengers (drugi tom). Tu poszło mu raczej średnio. Cała masa kadrów wygląda jakby była robiona w pośpiechu. Zdarza się też, że postaci stoją w dziwnych pozach, a ich twarze zastygają w nienaturalnych grymasach. Zupełnie jakby nad McNivenem stał z batem redaktor naczelny i ciągle go poganiał.

Gdy Mucha zapowiedziała, że wyda ten Wojnę Domową w Polsce, szybko znalazła się ona na szczycie mojej listy "muszę to mieć". Niestety z różnych względów musiałem zakup ten odłożyć w czasie. Później okazało się, że zostanie ona wydana w ramach WKKM, a jej cena ma być o połowę niższa. Postanowiłem więc poczekać. Nie żałuję tej decyzji. Wojnę Domową trzeba znać, gdyż bez tego ciężko będzie zrozumieć niektóre wątki w historiach po niej wydanych (np.: dlaczego w Pięciu koszmarach Thor tak jawnie gardzi Iron Manem). Warto jednak zaopatrzyć się w nią jak najmniejszym kosztem.


- Copyright © 2010-2014 Półka pełna komiksów - Ore no Imouto - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -