#150 Wielka moc, wielka odpowiedzialność i wielka miłość. Recenzja komiksu Spider-Man: Niebieski.
Od prawie pięćdziesięciu lat, każdej walentynkowej nocy, na jednym z pylonów Mostu Brooklińskiego pojawia się tajemnicza postać. Z jego szczytu, spogląda ona na zakochanych, którzy tego dnia, w niezmierzonych ilościach przechadzają się ulicami Nowego Yorku. Niektórzy widzą w tym zjawisku omen, bo po każdej takiej wizycie do East River spadają róże.
Spider-Man jest postacią z wielu powodów niezwykłą. Jako pierwszy z superbohaterów rozpoczął on swoją działalność już w wieku -nastu lat. Wcześniej twórcy komiksów uważali, że heros musi być osobą, która dorosła do roli do której aspiruje. Młokos mógł co najwyżej zbierać doświadczenie jako asystent którejś ze starszych postaci. Mimo to Stan Lee postanowił zaryzykować i obsadzić jako głównego bohatera swojej nowej serii supergołowąsa. Pomysł chwycił. Czytelnicy bardzo szybko polubili postać z którą z mogli się identyfikować, bo Ścianołaz w przeciwieństwie do wielu swoich ówczesnych kolegów po fachu, zmagał się z problemami, bliskimi potencjalnemu odbiorcy jego przygód. Zdawał on na studia, stawiał pierwsze kroki w życiu zawodowym oraz poszukiwał prawdziwej miłości. Wielu twierdzi, że był to dla Petera Parkera najlepszy okres. Nic więc dziwnego, że to właśnie on został wybrany przez Jepha Loeba jako jedna z części jego "kolorowej" trylogii (lub tetralogii, patrz Czy wiesz, że... na końcu posta).
Akcja komiksu Spider-Man: Niebieski rozpoczyna się od jednej z najważniejszych historii w pajęczej sadze, a mianowicie od starcia Pająka z Green Goblinem. Był to debiut John'a Romity Sr., jako rysownika The Amazing Spider-Man (dziś przez wielu uważanego za tego który zdefiniował styl graficzny serii). Stawką tego pojedynku było zachowanie tajemnicy o tym kto kryje się pod pajęczą maską. W ostatecznym rozrachunku Spidey nie uśmiercił swojego arcywroga, ba z różnych powodów nie posłał go nawet za kratki. Konsekwencje tej decyzji miały okazać się katastrofalne, gdyż miały doprowadzić do jednej z najtragiczniejszych opowieści w pajęczym uniwersum. Nie na tym jednak skupia się akcja tego komiksu.
Akcja komiksu Spider-Man: Niebieski rozpoczyna się od jednej z najważniejszych historii w pajęczej sadze, a mianowicie od starcia Pająka z Green Goblinem. Był to debiut John'a Romity Sr., jako rysownika The Amazing Spider-Man (dziś przez wielu uważanego za tego który zdefiniował styl graficzny serii). Stawką tego pojedynku było zachowanie tajemnicy o tym kto kryje się pod pajęczą maską. W ostatecznym rozrachunku Spidey nie uśmiercił swojego arcywroga, ba z różnych powodów nie posłał go nawet za kratki. Konsekwencje tej decyzji miały okazać się katastrofalne, gdyż miały doprowadzić do jednej z najtragiczniejszych opowieści w pajęczym uniwersum. Nie na tym jednak skupia się akcja tego komiksu.
Los Peter'a znów postanowił z niego zakpić i jak na złość zaczął mu sprzyjać. Z nielubianego przez nikogo (poza ciocią May i wiernymi czytelnikami) mola książkowego zaczął się on przeobrażać w prawdziwą gwiazdę kampusu. Gwiazda taka potrzebowała jednak towarzyszki, która wspierałaby jej blask. Tu znowu pojawiły się schody, bo los postawił przed nim nieliche zadanie. Mianowicie musiał on wybrać pomiędzy, ognistą pięknością Mary Jane Watson, a miss uniwersytetu Gwen Stacy. Jak trudne to zadanie najlepiej obrazuje moja ulubiona scena w komiksie, a mianowicie ta w której obie panie przejmują na siebie rolę osobistych pielęgniarek Parkera. Zapewne, tak właśnie zapewne wygląda raj.
Mimo, iż ten komiks to tak naprawdę romans, nie brakuje w nim również całej plejady superłotrów wprowadzanych w myśl starej zasady: jeden zeszyt, jeden przeciwnik. Jednak różnica pomiędzy Niebieskim, a pierwowzorem z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia polega na tym, że starcia te są ze sobą powiązane. Nie jest to jednak jedyna zmiana wprowadzona przez Loeba. W wielu miejscach pozmieniał on nieco starą historię w celu zachowania wewnętrznej spójności miniserii oraz dostosowując ją do współczesnych realiów (np.: wygląd sprzedawcy motocykli). Zresztą polski fan pajęczaka powinien część z tych zmian dość łatwo wychwycić, a to za sprawą drugiego tomu Essential Spider-Mana wydanego u nas jakiś czas temu przez Mandragorę.
Mimo, iż ten komiks to tak naprawdę romans, nie brakuje w nim również całej plejady superłotrów wprowadzanych w myśl starej zasady: jeden zeszyt, jeden przeciwnik. Jednak różnica pomiędzy Niebieskim, a pierwowzorem z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia polega na tym, że starcia te są ze sobą powiązane. Nie jest to jednak jedyna zmiana wprowadzona przez Loeba. W wielu miejscach pozmieniał on nieco starą historię w celu zachowania wewnętrznej spójności miniserii oraz dostosowując ją do współczesnych realiów (np.: wygląd sprzedawcy motocykli). Zresztą polski fan pajęczaka powinien część z tych zmian dość łatwo wychwycić, a to za sprawą drugiego tomu Essential Spider-Mana wydanego u nas jakiś czas temu przez Mandragorę.
Graficznie cud-miód. Tim Sale świetnie oddał realia minionej epoki posługując się przy tym stylem bardziej pasującym do plakatu, niż do komiksu. Widać to szczególnie po okładkach poszczególnych zeszytów serii. Nie mniej całość wygląda świetnie. Ciocia May ma na twarzy sieć zmarszczek, gęstszą niż warszawskie metro, Harry Osborn nie wygląda jak emo, a za M.J. i Gwen każdy z męskich czytelników oddałby duszę. Co więcej dziewczyny różnią się nie tylko charakterem, ale i stylem. Obie jednak wyglądają w swoich kreacjach naprawdę wystrzałowo. Na koniec wspomnę jeszcze, że w komiksie można znaleźć kadry będące cytatami z oryginalnych zeszytów i to nie tylko z tych na których opiera się ta miniseria.
Czytając niebieskiego Spider-Mana miałem wrażenie, że jego autor się ze mną bawi, ponieważ przedstawia mi historię, której zakończenie znam i jednocześnie nie znam. Znam, bo wiem jak zakończył się romans Petera z Gwen. Nie znam, gdyż opowieść ta zmierza w zupełnie innym kierunku. Poczucie tego rozdwojenia potęguje wyszczerzona w złowieszczym uśmiechu twarz Green Goblina, kończąca każdy rozdział komiksu. Osobiście uważam, że ostatni (najprawdopodobniej) tom przygód Pajęczaka wydany u nas w ramach WKKM powinien przeczytać każdy. Nie zależnie od tego, czy zna on oryginalną opowieść czy nie, bo jest to jeden z niewielu (jeżeli nie jedyny) komiks od Hachette, który autentycznie wzrusza i który pozostawia czytelnika sam na sam z pytaniem "Dlaczego?".
#149 Półka pełna komiksów 2.0
W tym roku 11 stycznia Półka pełna komiksów wyjątkowo NIE obchodziła kolejnych (czwartych już) urodzin. Stało się tak nie dlatego, że o nich zapomniałem, ale dlatego, że postanowiłem przestać już pisać o tym co mam zamiar zrobić, a zacząć wreszcie działać.
To co najbardziej rzuca się w oczy to zupełnie nowa główna grafika. Dostawałem sporo maili które sugerowały mi jej zmianę, głównie dlatego, że była ona za duża, co znacznie wydłużało czas ładowania strony. Ponownie pojawia się na niej postać muzy komisu- Comix. Jej ubiór nawiązuje swoimi elementami do pięciu rudowłosych piękności znanych z kadrów różnych serii. Jednej japońskiej i czterech amerykańskich. Dywanik w kształcie pokeball'a nawiązuje do szóstego dziewczęcia, które zadebiutowało w grze na Game Boy'a. Pojawiła się ona jednak m.in. w wydanej w Polsce mandze Pokemon Adventures. Za plecami Comix umieściłem (wreszcie) półkę pełną komiksów. Większość z ustawionych tam woluminów może być czymkolwiek, jednak wprawione oko komiksiarza szybko zlokalizuje grzbiety nawiązujące do ośmiu znanych tytułów czy też serii komiksowych.Ostatnią nowością w tej części bloga są wtyczki serwisów społecznościowych.
Pod grafiką pojawiło się menu mające na celu łatwiejszą nawigację po stronie. Kliknięcie w jakikolwiek z jego elementów odeśle was na odpowiednią podstronę. Nie będę ukrywał, że przez cztery lata w niektórych kategoriach nagromadziło się wiele tytułów, dlatego radzę korzystać ze skrótu ctrl+f.
Mam nadzieję, że zmieni się również częstotliwość wpisów. Manga nad Wisłą będzie się teraz pojawiać zawsze gdy w polskim, mangowym półświatku zostanie ogłoszone coś wartego przytoczenia. Głównie będą to informacje o zapowiedziach i premierach nowych tytułów. Chciałbym również, aby nowe posty pojawiały w najgorszym wypadku co tydzień.
W tym roku nie będę snuł jakichś wielkich planów na 2014 rok. Jedyny cel jaki sobie stawiam do dotarcie do jak największego grona odbiorców. Mam nadzieję, że również dzięki waszej pomocy mi się to uda.
Serdeczne podziękowania dla Johanes'a Djogan'a za szablon na bazie którego zbudowałem nową stronę oraz dla Arka "SilverRat'a" R. który pomógł mi ten szablon przerabiać.
#148 Siła polskiego fandomu cz.2. Foto- i videorelacja z Pyrkonu 2014.
Wzorem lat poprzednich, również w tym roku wybrałem się na Pyrkon z aparatem. Niestety, ogarnięcie tak dużej imprezy okazało się dla mnie zadaniem wręcz karkołomnym. Na całe szczęście nie wybrałem się do Poznania sam. Towarzyszyli mi przyjaciele, którzy wsparli mnie swoją wiedzą, doświadczeniem i dużo nowocześniejszym sprzętem. Zrobili też coś czego absolutnie się nie spodziewałem, a mianowicie jeden z nich zmajstrował video z pyrkonowiczami w roli głównej.
A teraz drodzy widzowie usiądźcie, wygodnie w fotelu, nastawcie film na ful HD i podziwiajcie. Na koniec zaś nie zapomnijcie zaklaskać i dać łapki w górę.
#147 Siła polskiego fandomu jest wielka. Relacja z konwentu Pyrkon 2014.
Odkąd zacząłem regularnie jeździć na konwenty za początek wiosny zacząłem przyjmować przedostatni piątek marca. Tego właśnie dnia rok, rocznie startuje jeden z największych polskich konwentów. Choć po tym co wydarzyło się w tym roku powinienem napisać: na NAJWIĘKSZYM polskim konwencie.
Do Poznania przyjechałem w piątek ok. godziny 14.30 i od razu skierowałem swoje kroki w stronę Międzynarodowych Targów Poznańskich. Przed wejściem kolejek nie było, co mnie szczerze ucieszyło, gdyż oznaczało to, że uproszczenie sposobu odprawy uczestników przyniosło zamierzony efekt. Podszedłem, więc do pierwszej wolnej kasy, wręczyłem miłej pani swoje pieniążki, a ona w zamian dała mi identyfikator. Trochę mnie to zdziwiło, bo za tę cenę liczyłem na więcej. Wprawdzie spodziewałem się, że nie zostanę zaobrączkowany, co tak na marginesie zawsze uważałem za bezcelowe, powinienem jednak dostać jeszcze całą torbę dóbr. Na całe szczęście, szybko zostałem poinformowany, że otrzymam ją tuż przy bramkach. W torbie znalazłem, prócz standardowego informatora i skrótu programu, kod na 100 czaszek do jednej z gier na komórkę i limitowaną kostkę k6 z pyrkonowym motywem.
# 146 Ludzkie oblicze superherosa. Recenzja komiksu Iron Man: Demon w butelce.
(recenzja obejmuje dwudziesty dziewiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Ciężko jest być superbohaterem. Co i rusz musisz się odrywać od swoich obowiązków i tracić kupę czasu na ciągłe przebieranie się, tylko po to aby złoić skórę komuś, kto postawił sobie za cel uprzykrzenie tego dnia innym. Pół biedy jeżeli tym kimś jest Galactus, czy inny Ultron, którego pobicie przyniesie (krótką) chwałę i zdjęcie na pierwszej stronie Daily Bugle. Gorzej, gdy tym kimś jest jakiś frajer z podrzędną mocą i zerowym wyczuciem mody. Wtedy choćbyś nie wiem jak się starał czeka cię tylko krew, pot, łzy i wierna butelka Jack'a Powers'a.
Stare amerykańskie komiksy, zawłaszcza te wydawane w srebrnej erze, mają swój niepowtarzalny klimat. Szczególnie ujmuje mnie w nich kreska wolna od mangowych naleciałości i nieudolnie nałożonych, za pomocą jednego z popularnych programów komputerowych, kolorów. Tak narysowani mężczyźni byli prawdziwymi twardzielami, a kobiety wolne od botoksu i sylikonu zniewalały ich swoją naturalną urodą. Nic więc dziwnego, że ucieszyłem się gdy doszła mnie wieść, że w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela zostanie wydany w Polsce komiks Demon w butelce, będący milowym krokiem, jeżeli nie w dziedzinie komiksu suprbohaterskiego, to na na pewno w życiu Tony'ego Stark'a.
#145 Minirecenzja #6- Walkin' Butterfly #2
UWAGA! SPOJLER!
Kwitną różne kwiaty.
Komiks Walkin' Butterfly to w mojej opinii największe objawienie 2013 roku. Co ciekawe, gdyby nie zawiązanie przeze mnie współpracy z wydawnictwem Taiga, nigdy bym do niego nie zajrzał, dochodząc do wniosku, że manga o świecie mody nie jest tym co kreci dużych chłopców. Jakiż błąd bym popełnił.
W najnowszym tomie, Michiko wreszcie podejmuje decyzję, aby postawić swoje pierwsze kroki jako modelka. Dosłownie kroki, bo naukę zacznie ona od próby opanowania chodu po wybiegu. Oczywiście nie oznacza to, że od razu będzie jej wszystko wychodziło. Na jej drodze staną wybuchowy charakterek oraz apodyktyczna menadżerka Tago, której jedynym hobby wydają się być dręczenie Michiko oraz alkoholizm. Nie mniej zawsze może ona liczyć na wsparcie kolegów i matki, nawet jeżeli ta robi to tak nieumiejętnie.
To co najbardziej spodobało mi się w drugim tomie Walkin' Butterfly to rozwinięcie wątku projektanta Mihary. W pierwszym tomie wydawał się on być głównym rozgrywającym w japońskim, modelingowym półświatku. Okazuje się jednak, że jest on jedynie rezerwowym. Firma Mihary popadła w kłopoty finansowe. Czy oznacza to, że nie dojdzie już do ponownej konfrontacji jego z Michiko? O tym dowiecie się tylko jeżeli sięgniecie po ten komiks.
# 144 Minirecenzja #5- 6000 #2
UWAGA! SPOJLER!
Ludzie od wieków zastanawiali się co skrywają podmorskie głębiny. Ci inspirowani twórczością Platona twierdzili, że wykształciła się w nich podwodna rasa Atlantów. Silna i dumna ze swych osiągnięć. Inni, tacy jak H.P. Lovecraft uważali, że podmorskie głębiny skrywają swoje plugawe tajemnice. Tak okropne, że aż niepojęte dla ludzkiego umysłu. Obie te teorie w równym stopniu wpływały na twórczość autorów komiksów, a Nokuto Koike wybrał, tą najbardziej makabryczną.
W jednym z opuszczonych magazynów z żywnością nasz bohater, Kadokura Kengo wraz z panią inżynier Kusakabe Miwą odnajdują żywego człowieka. Okazuje się, że jest on jedynym członkiem załogi, który przeżył rzekomy pożar sprzed trzech lat. Może on więc być kluczem do rozwiązania zagadki serii tajemniczych wypadków na Cofdeece, które sukcesywnie zmniejszają morale załogi i przyczyniają się do ciągłego spadku zaufania do kolegów. Ponadto Kengo liczy, że tajemniczy mężczyzna powie mu coś więcej na temat makabrycznych wizji, które były udziałem jego i części załogi.
W najnowszym tomie serii 6000 fabuła skręca w dość nieoczekiwanym kierunku. Skupia się ona głównie na wydarzeniach, które doprowadziły do sprowadzenia demonów 6000 metrów pod powierzchnię morza. Powoduje to, że w tym tomie mamy mniej konfrontacji z plugastwami i co za tym idzie komiks mniej straszy. W poprzednim tomie mieliśmy dużo scen w których z ciemności wyłaniały się tajemnicze, nieokreślone kształty. W tym, autor postanowił pokazać jak gęstnieje atmosfera wśród załogi. Odniosłem jednak wrażenie, że chciał on pokazać zbyt wiele, na zbyt małej ilości kadrów, przez co w komiksie mamy całą masę niedopowiedzeń. Oczywiście taki zabieg jest wskazany w horrorach, tutaj jednak jest ich zbyt wiele, przez co czytelnik może się pogubić i zacząć odbierać historię jako papkę z pozszywanych, niepasujących do siebie elementów. Na całe szczęście końcówka nie zawodzi. Autor wraca w niej do schematów z pierwszego tomu. Trup ściele się gęsto, a atmosfera grozy narasta.
Osoby lubiące horrory raczej się na tej serii nie przejadą i mogą ją w ciemno kupować. Ja jednak jestem nieco zawiedziony, na całe szczęście końcówka mangi przekonała mnie do siebie i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Yumegari za udostępnienie komiksu do recenzji!
Grafika zamieszczona w artykule pochodzi ze strony wydawcy.
# 143 Minirecenzja #4- The Breaker #4
UWAGA! SPOJLER!
Głównym problemem wielu miast na świecie jest wysoki wskaźnik przestępczości. Przyczyniają się do tego głównie gangi znudzonej młodzieży nie mogącej znaleźć w życiu żadnego celu. Co ciekawe społeczeństwo nic z tym nie robi mimo, iż to ono jest za taki stan rzeczy odpowiedzialne, twierdząc, że tak po prostu musi być. Na całe szczęście raz na jakiś czas pojawiają się w naszym społeczeństwie jednostki, które chcą coś zmienić.
Przyznam Wam, szczerze Drodzy Czytelnicy, że czwarty tom manhwy The Breaker jest (wreszcie) tym na co czekałem. Rozpoczyna się on w momencie, gdy pościg gangu Rebels of the Storm dościga naszych bohaterów na moście Seohae. Jak łatwo się domyślić doprowadza to do całej serii pojedynków i (wreszcie) do uwolnienia mocy przez Shi-woon'a. To zaś skutkuje tym, że nasz bohater (wreszcie) przestaje być płaksą i zaczyna przeobrażać się w prawdziwego mężczyznę, którym żywi się kowadłami oraz krwią pokonanych wrogów. Trochę przesadzam, ale wiecie o co mi chodzi. W tym tomie rozpoczyna się również (wreszcie) jego porządny trening. Fajne też, że dochodzi (wreszcie) do zbliżenia naszych bohaterów do organizacji Murim, która przestała być Daenerys tej serii.
W czwartym tomie Łamacza wyraźnie widać poprawę komiksu pod względem graficznym. Pan Park Jin-Hwan zaserwował nam kilka kadrów w których wyraźnie chciał się pochwalić swoimi umiejętnościami w stosowaniu ujęć z różnych, nietypowych dla komiksu perspektyw. Szczególnie jest to widoczne w "pojedynku" Si-ho z jej niedawnym pracodawcą. Pani higienistka jest niezwykle hojnie obdarzona przez naturę, a scena ta, te atuty tylko uwypukla.
Jeżeli ktoś jeszcze nie sięgnął po The Breaker niech się wstydzi i zakopie pod ziemią, a najlepiej niech w końcu stamtąd wyjdzie i pokieruje swoje kroki do najbliższej księgarni. Bo to wstyd nie znać tego komiksu.
Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Yumegari za udostępnienie komiksu do recenzji!
# 142 Rok dmuchania rysowanych balonów, czyli subiektywne podsumowanie tego co działo się w 2013 roku na polskim ryku mangi
Nasz skromy ryneczek rozpędza się niczym polska Luxtorpeda w latach '30 ubiegłego stulecia. Liczba mang jakie możemy kupić w lokalnych empikach już dawno przerosła najśmielsze oczekiwania ojców założycieli znanych z łamów Kawaii, czy Animegaido, a kolejny rok ma być jeszcze lepszy. Co oznacza tylko tyle, że żaden z nas, ani ja, ani ty Drogi Czytelniku nie kupi w 2014 roku wszystkiego czego by chciał. Skupmy się jednak na roku 2013 i na spokojnie go podsumujmy.
Zeszły rok obrodził w azjatyckie komiksy jak gmina Wilków w truskawki. W roku 2012 na nasz rynek wydano siedemnaście nowości, co uważałem za rekord nie do podbicia. Amaterasu, jakiż ja byłem naiwny. W 2013 roku mieliśmy, aż dwadzieścia siedem premierowych mang, trzy manhwy (komiksy rodem z tej dobrej Korei), dwa polskie komiksy stylizowane na dzieło Japończyków i jedną manhuę (komiks chiński). Daje nam to zawrotną liczbę trzydziestu trzech (lub trzydziestu jeden, jeżeli wyłączymy polskie produkcje) premier. Oznacza to, że średnio co półtora tygodnia wydawano w Polsce nowy, nie znany jeszcze nikomu (ta, jasne) tytuł, rodem z Azji lub jej okolic. Najlepszy pod tym względem był lipiec, w którym, do tej pory, rok rocznie, działo się niewiele, a tu siedem premier. Najgorszy był kwiecień, czyli jedyny miesiąc w 2013 roku w którym nic nowego u nas nie wydano.
# 141 Minirecenzja #3- Pet Shop of Horrors #2
UWAGA! SPOJLER!
Witaj Drogi Kliencie! Szukasz czegoś konkretnego, czy tylko z ciekawości zajrzałeś do mojego sklepu? Czujesz się odrzucony? Nie martw się. Właśnie przyszła nowa dostawa i myślę, że znajdzie się coś dla ciebie. Zobacz, przekartkuj. Czujesz ten zapach świeżego druku? Gwarantuję ci, że fabuła też cię zaskoczy. Zanim jednak zabierzesz go ze sobą, musisz podpisać umowę. Pamiętaj jednak, że sklep nie bierze odpowiedzialności za konsekwencje wynikające z jej nieprzestrzegania.
W drugim tomie Pet Shop of Horrors poznajemy kolejne mistyczne zwierzaki ze sklepu hrabiego D. Tym razem osamotnieni mieszkańcy Los Angeles zaopatrzą się w nim m.in. w koty i smoki. Swoje pięć minut będzie miał również tygrys szablastozębny. Tak jak w poprzednim tomie część z nich będzie miała swoje ludzkie wcielenia, które będą widzieć wyłącznie ich właściciele. Ci z kolei, będą musieli się zdrowo namęczyć, aby dotrzymać warunków umowy kupna-sprzedaży zwierzęcia. Jednak to nie wszystko. Śledztwo prowadzone przez detektywa Ortona w sprawie serii morderstw w okolicach Chinatown, będzie wymagało od niego częstych wizyt w tamtejszym sklepie zoologicznym. Spowoduje to, że część fabuły niniejszego tomu skupi się na wzajemnej relacji obu bohaterów. Części z czytelników może się to jednak nie spodobać, gdyż D jest zdecydowanie zbyt mało męski. Maluje on usta i w ogóle zachowuje się tak trochę ą, ę. Dotąd nie mogę zrozumieć dlaczego autorka, pani Akino Matsuki, nie zdecydowała się na zmianę jego płci, albo chociaż stylu bycia. Gdyby zdecydowała się na to pierwsze, moglibyśmy mieć do czynienia z ciekawym wątkiem romantyczny, w którym podejrzanego i śledczego zaczyna coś łączyć. W drugim, moglibyśmy dostać prawdziwą męską przyjaźń znaną z seriali z lat '80. Zamiast tego otrzymujemy coś po środku, co nie jest dobre.
#140 Pierwsze wrażenia #16- Over eyes
Przyznam szczerze, że sięgając po dzieła polskich autorów zawsze mam mieszane uczucia. Z jednej strony naprawdę cieszę się, że w naszej kulturze coś drga i, że są ludzie gotowi tworzyć i rozjaśniać nam szarą codzienność. Niestety często okazuje się, że twory te są kopią (i to marną) tego co stworzyli inni. Oczywiście przy takiej ilości utworów, wtórność jest nieunikniona, ale kiedy ostatnio spotkaliście się z naprawdę oryginalnym polskim utworem, nie będącym manifestem narodowościowców. Żeby była jasność tytuły takie w naszej kulturze funkcjonują, niestety Over Eyes do nich nie należy.
Po takim ponurym wstępie wypadałoby zacząć od jakiegoś pozytywu, abyście nie nabrali Drodzy Czytelnicy mylnego pojęcia o najnowszym komiksie Moniki Sąsiadek, a jest nim całkiem zgrabna fabuła. Zaczyna się ona w momencie gdy Kenta Sugisaki zostaje wysłany przez swoją siostrę San, po wodę do podlania ogródka. Nad pobliskim strumykiem znajduje on nagiego jegomościa obgryzanego przez czerwie. Niewiele się zastanawiając nasz bohater zabiera rannego do domu, aby opatrzyć mu rany. Niestety w ślad za nim podążyły również robaki, które mimo gabarytów osiemnastokołowej ciężarówki i tak miały być najlepszym co się miało rodzeństwu Sugisaki przydarzyć.
# 139 Minirecenzja #2- The Breaker #3
UWAGA! SPOJLER!
Czytając kolejny, trzeci już tom serii The Breaker, odniosłem wrażenie, że autorzy wreszcie zdecydowali się w jakim kierunku ma ona iść. Wątki zaczynają się wreszcie rozwijać, a tajemnice odsłaniać.
Po zażyciu panaceum Il-wol w ciele Shi-woo, zaczynają zachodzić rewolucyjne zmiany. I nie chodzi tu o taką rewolucję jaką ma się po zjedzeniu nieświeżej ryby, czy kalarepy. Temperatura ciała naszego bohatera powoli, lecz nieustannie wzrasta. Do tego jago ki zaczyna szaleć. W opanowaniu tego stanu nie pomagają mu tabuny pięknych kobiet przechadzających się po korytarzach Szkoły Dziewięciu Smoków. Nie pomaga to również jego mistrzowi, który po ostatniej walce nie ma dość mocy, aby pomóc młodemu adeptowi.
Fabuła w trzecim tomie The Breaker wreszcie się zdecydowała i zaczęła zmierzać w jakimś konkretnym kierunku. Okazuje się, że wydarzenia z ostatniego tomu komiksu nie były jedynie nic nie znaczącym epizodem w życiu bohaterów, ale czymś co miało zainicjować dość istotnie wydarzenia. Kradzież panaceum i zabicie jednego z członków Murim, spowodowały, że palce tej organizacji coraz mocniej zaciskają się wokół szyj naszych bohaterów. Wzrosła również rola seksownej higienistki, która przestała być jedynie obiektem "cyckowych" żartów autorów tej opowieści. Okazuje się, że ma ona swoje własne plany, a jej zbliżenie się do Dziewięciogłowego Smoka, miało jej tylko ułatwić ich realizację.
# 138 Baśnie po raz wtóry. Recenzja komiksu Grimms Manga.
Na przełomie XVIII i XIX wieku bracia Wilhelm i Jacob Grimm rozpoczęli szeroko zakrojone badania mające na celu spisanie ludowych bajań, które miały uczyć małe dzieci moralności. Zaowocowały one powstaniem dwutomowego zbioru, zawierającego ponad dwieście opowiadań. Po raz pierwszy został on wydany w 1812 (tom pierwszy) i 1815 (tom drugi) roku. Kolejne wydanie pojawiło się już cztery lata później, a do śmierci młodszego z braci w 1863 zrobiono to jeszcze pięciokrotnie. Od tego czasu Baśnie... zinterpretowano w literaturze, filmie i komiksie na tysiące różnych sposobów . W 2007 roku postanowiła ta zrobić również Kei Ishiyama.
Z Grimms Manga wiąże się pewien problem. Mianowicie nie do końca wiem, czy można go nazywać "pełnoprawną mangą". Z jednej strony autorka Kei Ishiyama urodziła się w Japonii, z drugiej komiks ten został pierwotnie wydany przez niemiecki oddział Tokyopop'u. Nie mniej jednak zbiór ten ma w tytule manga, a nie został wydany w Japonii pewnie jedynie dlatego, że Baśnie... w Kraju Kwitnącej Wiśni są po prostu nieznane. Co więcej, autorzy oryginału byli przecież Niemcami, więc gdzie, jak nie w ojczyźnie Goethego, tytuł ten powinien najlepiej się sprzedać. Dla mnie osobiście nie ma to jednak większego znaczenia, bo nie jestem zwolennikiem "teorii stylu mangowego", dlatego w tym miejscu zakończę te dywagacje i przejdę do konkretów.
# 137 Pierwsze wrażenia #15- Savage Garden
(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Temat zmiany płci jest obecny w azjatyckim komiksie już od czasów Osamu Tezuki. Nic więc dziwnego, że problem ten jest już dość mocno wyeksploatowany. Nie mniej jednak, jest on mało znany przez polskich otaku. Być może właśnie dlatego Yumegari postanowiło zaryzykować i wydać jedną z tego typu manhw u nas.
W szkole dla młodych angielskich arystokratów zwanej Savage Garden pojawił się nowy uczeń, Jeremy. Na pierwszy rzut oka nie różni się on niczym od innych chłopców którzy do niej uczęszczają. Różnice tkwią jednak w szczegółach. Jeremy wydaje się nieco wrażliwszy od innych. Nie lubi również przebierać się w obecności kolegów. Co więcej, szybko okazuje się, że jego pobyt w tej elitarnej placówce jest opłacany przez tajemniczego darczyńcę. Nic więc dziwnego, że po szkole szybko rozniosła się plotka, że może on być w jakiś sposób związany z królewskim rodem, albo innymi arystokratami wśród arystokracji. Domysły te są jednak mocno nietrafione, bo Jaremy ma tak naprawdę na imię Gabriela i jest stuprocentową kobietą. Momentami jednak wydaje się ona dużo bardziej męska niż większość jej kolegów ze szkoły.
# 136 Pierwsze wrażenia #14- Walkin' Butterfly
(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Kupując komiks z gołą babą na okładce, konsument ma wobec niego określone wymagania. Spodziewa się mianowicie, że w środku znajdzie kilka kolejnych, jej podobnych. No, ewentualnie może też znaleźć się tam jakiś chłop, co by je ogrzał, bo to się już nieco zimno za oknem robi. Jakież jest jego zdziwienie (konsumenta nie chłopa), gdy po kilku stronach lektury okazuje się, że główną bohaterką jest kobieta, której ostatnim zmartwieniem jest to z kim pójdzie dziś do łóżka.
#135 Pierwsze wrażenia #13- Pet Shop of Horrors
(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Czy Wy też Drodzy Czytelnicy macie wrażenie, że w ostatnim czasie biurokracja rozrosła się do poziomu wręcz absurdalnego? Ostatnio nawet w sklepach wymagają od nas zapoznania się z całą masą dokumentacji. Nic więc dziwnego, że wielu z nas, aby zaoszczędzić nieco czasu, po prostu kartkuje wszystkie te papierzyska i składa podpis. W większości przypadków obędzie się to bez żadnych konsekwencji. Jednak jak wszystkie, również i ta reguła, posiada potwierdzający ją wyjątek.
#134 Zakoloruj się w Marvelu. Recenzja komiksu Marvels.
(recenzja obejmuje trzynasty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Liczba trzynaście większości ludzi kojarzy się pechowo. Może właśnie dlatego na przekór tym insynuacjom wydawnictwo Hachette zdecydowało, że to właśnie oznaczony tym numerem tom Wielkiej Kolekcji, będzie zawierał najlepszą opowieść w całym dorobku Domu Pomysłów.
Muszę się Wam przyznać Drodzy Czytelnicy, że zabierając się do tej recenzji stanąłem przed nie lada dylematem. Z jednej strony obiecałem sobie, że zrecenzuję wszystkie tomy Wielkiej Kolekcji... . Z drugiej zaś, część z tych historii została już w Polsce wydana i w rezultacie opisana przeze mnie już wcześniej, a nie bardzo mam ochotę oceniać drugi raz tego samego. Na szczęście w przypadku Marvels, problem ten rozwiązał się niejako sam z racji dużej ilości dodatków dodanych do tego wydania. Dlatego też zamiast standardowej recenzji skupię się tylko i wyłącznie na tej części komiksu. Jeżeli jednak mimo wszystko Drogi Czytelniku chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej o tej niesamowitej historii klikaj tutaj.
Zanim rysownik postawi pierwszą kreskę, która stanie się częścią składową wiekopomnego dzieła musi on najpierw zebrać odpowiednią ilość materiałów. W przypadku Marvels scenarzysta Kurt Busiek i rysownik Alex Ross musieli przekopać całą masę archiwalnych zeszytów o przygodach Marvel'owskich trykociarzy i znaleźć sieć powiązań między nimi. Wbrew pozorom nie było to, aż takie trudne, bo uniwersum Domu Pomysłów z założenia jest wewnętrznie spójne. Nie mniej jednak zdarzają się w nim pewne nieścisłości. O tym jak poradzili sobie z tym twórcy przeczytacie w ich komentarzach znajdujących się pomiędzy kolejnymi rozdziałami komiksu. Jednak nie tylko oni postanowili napisać coś od siebie odnośnie tego dzieła. Prócz nich dokonali tego również Stan Lee, człowiek który w dużej mierze odpowiada za sukcesy wydawnictwa w srebrnej erze komiksu oraz John Romita, przez wielu uważany za najlepszego rysownika, przygód Spider-Mana w historii. Wszystkie te materiały zawierają całą masę przemyśleń na temat serii i pozwalają dojrzeć więcej na kolejnych kadrach komiksu.
#133 Boska interwencja. Recenzja komiksu Avengers: Impas.
(Recenzja obejmuje dwunasty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
I nastał czas kiedy to bóg zstąpił na Ziemię. Przemierzał on martwe pola lodowej pustyni w poszukiwaniu herosa z dawnych czasów. Nie był jednak sam. Towarzyszyli mu nowi bohaterowie tej planety. Wśród nich był człowiek o słabym ciele, który, aby móc walczyć z silniejszymi od siebie przywdział szkarłatno-złotą zbroję. Był on dla boga wikingów sprzymierzeńcem, jak również bliskim przyjacielem. Obaj wiedzieli jednak, że nic nie trwa wiecznie i przyjaźń dwóch tak różnych istot musi w końcu zostać wystawiona na próbę.
Potężny Odyn nie żyje. Jego wielowiekowe rządy zakończył cios Surtura, ognistego giganta, odwiecznego wroga Asów. Wydarzenie to spowodowało, że na tronie zasiadł nowy Wszechojciec, Thor. Jedną z jego pierwszych decyzji było przeniesienie Asgardu do Midgardu, aby unosił się on nad najwspanialszym miastem ludzi, Nowym Yorkiem. Decyzja ta wynikała z potrzeby ponownego zbliżenia się bogów do ludzi. Cel ten został osiągnięty, bo liczba wyznawców Thora zaczęła szybko rosnąć. Tymczasem na Ziemi rada ONZ wydała rezolucję na mocy której grupa Avengers stała się światowym mocarstwem, niezależnym od jakiegokolwiek państwa. Posiadłość drużyny stała się Ambasadą wszystkich zamaskowanych herosów prowadzących swoją działalność na Ziemi. Niestety nawet to nie poprawiło sytuacji wewnątrz drużyny. Ant-Man i Walet Kier nadal kroczą wojenną ścieżką. Co gorsza każdy z nich boryka się z trudnymi problemami osobistymi. Pierwszy z nich walczy o prawo opieki nad swoją córką. Drugi nie może się pogodzić z faktem, że jego ciało stało się niestabilną bombą atomową, która bez długotrwałego leczenia może w każdej chwili wybuchnąć.
#132 Nigdy nie siej kwiatków w piwnicy. Recenzja komiksu Basement.
Pamiętam, że jak byłem mały to lubiłem jeździć do moich dziadków. Nie, nie mieszkali oni na wsi, ani nawet na przedmieściach. Oni mieszkali w centrum miasta . Nie mniej jednak ich dom posiadał ogromną piwnicę składającą się z kilku pomieszczeń. W jednym z nich były konfitury, w innym mały warsztat dziadka, a w kolejnym zwykła graciarnia. Było także jedno pomieszczenie w którym dziadek trzymał sadzonki, które potem przesadzał do ogródka. Dobrze robił, bo zaniedbana roślina potrafi być naprawdę groźna.
Każdy komiksiarz miał w swoim życiu taki okres kiedy marzył, że sam zacznie tworzyć. Narysuje parę kadrów i niczym Stan Lee stanie się wzorem dla młodych twórców. Szybko jednak okazuje się, że nie jest to takie łatwe jak się początkowo wydaje. Po pierwsze trzeba znaleźć kogoś komu spodoba się to co stworzymy i w konsekwencji nas wyda. Po drugie trzeba znaleźć też kogoś kto będzie chciał tą naszą historię czytać. Najłatwiejszym sposobem na spełnienie obu tych warunków, wydaje się być znalezienie wydawcy, który ma już ugruntowaną pozycję na rynku. Wydawcy którego logo na naszym dziele będzie tylko zachęcać potencjalnych czytelników. W PRL-u taką rolę pełniły czasopisma np.: Świat Młodych. Dziś publikuje się swoje rysowane opowieści na Deviantarcie, czy na innych tego typu portalach, jednak ich duża popularność sprawia, że nasze prace giną gdzieś w gąszczu bylejakości. Na całe szczęście w naszym kraju ciągle są wydawnictwa, które nie boją się ryzykować i wydają kolejnych "młodych-zdolnych". Ostatnio do ich grona dołączyło poznańskie Yumegari.
#131 Pałacowe romanse. Recenzja mangi Strażniczka Orelianu.
Pałacowe korytarze niezależnie od miejsca i czasu zawsze skrywały niezliczone ilości tajemnic. Czasem były to rzeczy błahe jak na przykład przepis na popisową jajecznicę jednej z kucharek trzeciej córki króla, czy też spór pomiędzy dwoma mniej ważnymi szlachcicami, o którym i tak wszyscy wiedzieli. Zdarzały się jednak sprawy o których wiedzieli jedynie nieliczni, sprawy o których bezpieczniej było nie wiedzieć.
Aira Welban różni się od większości swoich rówieśniczek. Jej nie kręcą piękne stroje i wielkie bale, ona woli walczyć mieczem. Opowieści o jej niezwykłych umiejętnościach i czystym sercu dotarły, aż do pałacu królewskiego. Nic więc dziwnego, że pewnego dnia do jej rodzinnej posiadłości przybył posłaniec z wiadomością od samego księcia Rudilisa, który zaproponował naszej wojowniczce stanowisko jego osobistego ochroniarza. Aria nie wiele się zastanawiając przyjęła propozycję, bo jakby nie patrzeć jest to stanowisko niezwykle prestiżowe, nawet jeżeli książę ma przypiętą łatkę kobieciarza. Niestety, wszystkie nieprzychylne plotki o następcy tronu znalazły swoje potwierdzenie już na kilka chwil po oficjalnym objęciu przez Arię stanowiska, kiedy to młody następca tronu obdarzył dziewczynę gorącym pocałunkiem.
#130 Manga nad Wisłą #18
Wakacje!!! Wreszcie nastał czas na plażę albo góry lub też na góry na plaży, o ile wiecie co mam na myśli. Ale zaraz, wygląda na to, że śliczna pogoda, również wzięła sobie wolne i póki co jest "tylko zimno i pada". Prawdziwego komiksiarza jednak, nie powinno to zrazić, gdyż tak naprawdę to dopiero teraz ma on czas na to, aby to wszystko przeczytać, a brzydka pogoda powinna mu w tym tylko sprzyjać. Tym bardziej szkoda, że większość wydawnictw również wybiera się na wakacje, ale czy na pewno...?
Akira Toriyama powraca! W listopadzie JPF wyda długo oczekiwany 26 tom Dr. Slumpa. Ale zaraz, jak to, przecież seria ta zamknęła się w Japonii w 18 tomach. Cóż, po prostu każdy tom polskiego wydania to 50% oryginału oznacza to, że nad Wisłą Aralka zagości, aż 36 razy. Wydarzenie to wiąże się również z promocją. Otóż, wszystkie wydane już w naszym kraju tomy tego komiksu można kupić w sklepie wydawcy za jedyne 5,50, wyjątkiem jest tom 25, który można zakupić za 8,90. Teraz czekamy już tylko na wznowienie Oh! My Goddess. Toriyama wraca jednak nie tylko w Polsce, ale i w Japonii. Już za dwa tygodnie, czyli 13 lipca w Weekly Shonen Jumpie wystartuje Ginga Patrol Jako (Galaktyczny Patrol Jako). Mam nadzieję, że oznacza to, że kończy się któryś z popularnych dżampowych tasiemców najlepiej Naruto, które powoli już zjada własny ogon.
#129 Minirecenzja #1- The Breaker #2
(Recenzja obejmuje drugi tom komiksu)
Muszę przyznać Wam Drodzy Czytelnicy, że gdy zakładałem tego bloga to nie przypuszczałem, że będę recenzował jakąkolwiek serię tom, po tomie. Mimo to cieszę się, że coś takiego się stało. Tym bardziej, że padło na serię która bardzo mi się spodobała, przez co zadanie którego się podjąłem stało się nie przykrym obowiązkiem, ale przede wszystkim dobrą zabawą.
Pierwszy tom The Breaker zakończył się w momencie kiedy to na dachu Szkoły Dziewięciu Smoków rozpoczął się pojedynek pomiędzy, odstającym nieco od koreańskich standardów nauczycielem języka angielskiego, Han'em Chun-woon'em, a tajemniczą czarnowłosą pięknością. Przyznam szczerze, że spodziewałem się, jeżeli nie silnej wymiany ciosów, to choćby kilku ostrych zdań, nic takiego się jednak stało. Fakt ten zdziwił nie tylko mnie, ale również mimowolnego świadka tych wydarzeń, czyli młodego Lee Shi-woon'a, który gdy przyglądał się tej scenie, miał podobny do mojego wyraz twarzy. Co ważne jednak, wydarzenia te wprowadziły do serii nową postać: śliczną Lee Si-ho, pełniącą w szkolę rolę higienistki.
Przyznam szczerze, że do dziś nie wiem czemu Yumegari zdecydowało się na tą nazwę pełnionego przez nią zawodu, zamiast użyć potocznej, ale wydawało by się bardziej stosownej w tym miejscu "pielęgniarki". Zostawmy to jednak, bo pani higienistka z miejsca stała się moją ulubioną postacią w serii. Genialnie narysowane zmysłowe kształty bohaterki powodowały, że zdarzało mi się na dłużej zatrzymywać wzrok na kadrach z jej udziałem. Jednak nie tylko to zadecydowało o mojej sympatii do niej. Si-ho mimo, że jest postacią bardzo otwartą, to szybko okazuje się, że ma ona jakąś tajemnicę, co tylko czyni tę postać ciekawszą. Jedyną wadą scen z udziałem pięknej Si-ho może być duża ilość "cyckowego" humoru, który może odrzucić część potencjalnych czytelników. W mojej ocenie jednak wszystkie te sceny są autentycznie śmieszne, a ponętna pani która je aranżuje, tylko podnosi ich wartość.
#128 Gdzie są moje gacie? Recenzja filmu Człowiek ze Stali.
Ostatnimi czasy dziesiąta muza, niczym panna na wydaniu, coraz śmielej nęci nas komiksiarzy swoimi wdziękami. Początkowo szło jej nie najlepiej, kolejne odsłony skrawków jej cia..., to jest, kultowych dzieł światowego komiksu, zamiast przyciągać do niej śliniących się kawalerów skutecznie ich od niej odpędzały. Doszła więc do wniosku, że widocznie nie eksponowała tego co powinna. Zwolniła więc dotychczasowych wizażystów, czy innych scenarzystów i po dokładnych oględzinach jej walorów zaczęli od Początku. Strategia okazała się na skuteczna, bo dziś nawet i ja, mimo, iż do niedawna stroniłem od aktorskich wersji moich ulubionych opowieści, chętnie wpadam do Dziesiątej pooglądać to co ma mi do zaoferowania. Tym razem mój wzrok padł na Człowieka ze stali.
Mało kto dziś wie, że pierwsza filmowa adaptacja komiksu superbohaterskiego weszła na ekrany amerykańskich kin ponad sześćdziesiąt lat temu. Dokładnie miało to miejsce w 1951 roku, a filmem tym był Superman and the Mole Men w reżyserii Lee Sholem'a. Na kolejną ekranizację przygód Kal-El'a fani komiksu musieli czekać, aż do roku 1978, kiedy to w rolę człowieka ze stali wcielił się genialny Christopher Reeve, który odegrał tę postać, aż czterokrotnie, przez co wielu do dziś to właśnie z jego twarzą kojarzy Supermana. Po raz kolejny tego superbohatera mogliśmy oglądać na wielkim ekranie nie tak dawno temu, bo w 2006 roku przy okazji bardzo słabo odebranego Powrotu Supermana. Dziś historia zatocza koło i, podobnie jak to miało miejsce sześćdziesiąt dwa lata temu, znowu możemy oglądać przygody najpotężniejszego z superbohaterów na wielkim ekranie.
#127 Pierwsze wrażenia #12- 6000
(Recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Woda, twór pokrywający ponad 70% naszej planety z którego miliony lat temu na ląd wypełzło życie. Bardzo mu się tu spodobało dlatego też zaczęło ono systematycznie opanowywać nowe rejony, powoli zapominając o swojej wilgotnej kolebce. Sytuacja ta zaczęła się jednak zmieniać, w momencie gdy ta sucha kraina oddała swoim nowym panom już wszystko co miała im do zaoferowania. To właśnie wtedy w głowach niegdysiejszych dzieci oceanów narodził się pomysł, aby powrócić do głębin. Niestety w swojej pysze zapomnieli oni, że życie nigdy nie opuściło podmorskich toni. Co więcej, nie wzięli oni pod uwagę faktu, że władcy głębin mogą sobie nie życzyć odwiedzin swoich wysuszonych kuzynów.
#126 Manga nad Wisłą #17
Rynek mangowy w Polsce powoli zwalnia, a to bezsprzecznie oznacza, że zbliża się lato. Okres w którym wydawcy odpoczywają oraz rewidują swoje plany na drugą połowę roku, a czytelnicy mają okazję na dokarmienie swoich portfeli, które skutecznie odchudziła lawina nowości z początku roku. Oczywiście można pójść w inną stronę i wreszcie zakupić coś, co przez kilka miesięcy znajdowało się jedynie w sferze naszych marzeń. Zanim jednak do tego dojdzie przyjrzyjmy się jak przez ten ostatni miesiąc zmienił się nasz rynek.
Na początek uzupełnienie poprzedniej Mangi nad Wisłą. Otóż z przykrością donoszę, że w zeszłym miesiącu zapomniałem poinformować Was, Drodzy Czytelnicy o nowym wydawnictwie, które próbuje sił na naszym rynku. Na to wołające o pomstę do Nieba przeoczenie zwrócił mi uwagę w komentarzach amsterdream, za co chciałbym mu teraz serdecznie podziękować. Tak więc śpieszę was poinformować, że 14 kwietnia swoją działalność rozpoczęło wydawnictwo Taiga. Nazwa to oznacza Tygrysa o czym dość dobitnie informowało nas stare logo wydawnictwa. Tak, stare, ponieważ to które widzicie z boku to nowa wersja logotypu. W mojej opinii, dużo lepsza od poprzedniej. Na dzień dzisiejszy Taiga zapowiedziała trzy serie komiksowe. Pierwsza z nich, Strażniczka Orelianu autorstwa Rin Kouduki, swoją premierę ma mieć już 5 czerwca. Ta jednotomowa historia koncentruje się na postaci Airy, której zostaje powierzone stanowisko osobistego rycerza jego wysokości księcia Rudeiris'a. Służba ta rozpoczyna się dość niezwykle, gdyż książę ofiarowuje swojemu ochroniarzowi gorący pocałunek. Tych którzy spodziewają się, że młody następca tronu przejdzie po tym do rzeczy, muszę zmartwić, bo Strażniczka... jest romansem. Przykładowe plansze z tej serii znajdziecie na taigowym facebooku.
#125 Dzisiaj już nie wraca się z piekła. Recenzja komiksu Ostatnie dni Stefana Zweiga.
Niemcy, naród który skazał Europę na najbardziej krwawą z wojen. Naród, który oddał władzę w ręce potwora. Wreszcie, naród, który doprowadził lud mojżeszowy do granicy zagłady. Jednak, czy wszyscy Niemcy popierali politykę swojego wodza? Oczywiście, nie. Jednak walka z nim była z góry skazana na porażkę, zwłaszcza jeśli równocześnie było się Żydem. Dlatego też wielu z nich zdecydowało się na wieloletnią tułaczkę po świecie i opuszczenie kraju swoich ojców. Jedną z takich osób był, mało dziś znany w Polsce, austriacki pisarz i dramaturg, Stefan Zweig, którego historia w 2012 roku została przypomniana francuzom. Dziś, dzięki Wydawnictwu Komiksowemu, również i my możemy poznać historię tego wybitnego, żydowskiego humanisty.
Stefan Zweig urodził się 28 listopada 1881 roku w Wiedniu w domu Moritz Zweig, włoszki, której rodzina zarządzała żydowskimi bankami nad Tybrem. Głównym zainteresowaniem młodego Austriaka, były nauki humanistyczne, dlatego podjął on naukę na Uniwersytecie Wiedeńskim, na którym w 1904 roku obronił doktorat z filozofii. Dwadzieścia lat później był już jednym z najbardziej rozpoznawalnych austriackich pisarzy, który zasłynął miedzy innymi pacyfistyczną sztuką Jeremiasz, która powstała jako sprzeciw przeciwko I Wojnie Światowej. Zweig wyemigrował do Anglii w 1934 roku, gdy spostrzegł, że objęcie władzy przez Hitlera jest już jedynie kwestią czasu. Sześć lat później napięta sytuacja w Europie zmusiła go najpierw do ucieczki do Stanów Zjednoczonych, skąd kilka miesięcy później udał się do Brazylii, gdzie osiedlił się wraz ze swoją wieloletnią asystentką, a teraz również żoną, Lotte. Właśnie w tym momencie rozpoczyna się akcja komiksu stworzonego przez duet: Guillame Sorel (rysunki), Laurente Seksik (scenariusz).
#124 Groza symetrii. Recenzja komiksu Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena.
(recenzja obejmuje dziesiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Każdy z nas dąży do osiągnięcia doskonałości w tym co robi. Poeta pieści każdą napisaną przez siebie strofę tak długo, dopóki nie skruszy ona nawet najtwardszych serc. Kucharz doskonali swój popisowy strucel dopóty, dopóki każdy kto go skosztuje nie będzie chciał jeść już niczego innego. Ja również staram się doskonalić swoje teksty, tak aby "zatruły" one twoją duszę, drogi czytelniku i abyś z wypiekami na twarzy oczekiwał kolejnej notki. Także myśliwi dążą do doskonałości, chcąc udowodnić sobie i światu, że to właśnie oni są najdoskonalszą z bestii.
Widać który z superbohaterów Marvela najlepiej się sprzedaje. Dziesiąty tom Wielkiej Kolekcji... i już trzeci w całości poświęcony Spider-Man'owi, a przecież pojawił się on również gościnnie w Upadku Avengers. Tym razem jednak dostajemy historię niezwykłą. Przez wielu uważaną za najlepszą opowieść o Pająku w historii i, jak przyznaje we wstępie do polskiego wydania dyrektor Panini, Marco M. Lupoi, jedną z niewielu opowieści w stu procentach spełniającą wszystkie założenia mrocznej ery komiksu, która trwała przez ostanie dwie dekady XX wieku. Opowieść ta na pewno zadowoli również fanów tradycyjnych kryminałów i powieści noir, które koncentrują się głównie na przewodnim wątku fabularnym, maksymalnie marginalizując te które są zbędne dla całościowego ogarnięcia sytuacji. Siergiej Krawinow, figurujący w policyjnych aktach jako Kraven Łowca, umiera. Czuje on na swoich plecach oddech śmierci, ale nie chce jeszcze się z nią spotykać. Nie kiedy, wciąż nie zrealizował on swojego ostatecznego celu, upolowania najpotężniejszej z żyjących bestii. Jej głowa zawiśnie wkrótce na honorowym miejscu patrząc z góry na inne drapieżniki, zawstydzając je oraz ich słabość. Niestety Spider-Man nadal żyje, czym kpi sobie z talentów najbardziej utalentowanego myśliwego jakiego kiedykolwiek nosiła ta ziemia.
#123 Wystarczy jeden zły dzień. Recenzja komiksu Avengers: Upadek Avengers.
(recenzja obejmuje dziewiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Każdy z nas miewa takie chwile kiedy wydaje mu się, że wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko niemu. Rano samochód nie odpala, a autobus który w zamyśle miał być dla niego alternatywą spóźnił się. Szef w pracy wydał srogą reprymendę za coś czego nie zrobiliśmy, kochanka nie przyszła, a żona przypaliła obiad. Lepiej było nie wstawać z łóżka, prawda? Cóż, część z was zapewne odpowie "prawda", inni zaś powiedzą, że zawsze mogło być gorzej i również będą mieli rację. Zawsze mogliśmy się urodzić superbohaterami, ich ciężkie dni są sto razy gorsze od naszych.
Na początku XXI wieku Marvel przeżywał ciężkie chwile. Ilość czytelników systematycznie spadała, a firma znalazła się na krawędzi bankructwa. Misję zmiany tego stanu rzeczy otrzymał nowy redaktor naczelny Joe Queseda, który w 2000 roku zastąpił na tym stanowisku Bob'a Harras'a. Pomysł nowego szefa był prosty, wprowadzić do firmy jak najwięcej nowych twórców z nowymi pomysłami, którzy gruntownie przebudują nieco już skostniałe uniwersum. Jednak żeby coś zbudować trzeba najpierw coś zepsuć, a jeszcze lepiej wypalić do gołej ziemi. Dobrym pretekstem do tego może być jubileuszowy, pięćsetny numer jednej z najlepiej rozpoznawalnych serii komiksowych. Historia przedstawiona w Upadku Avengers rozpoczyna się w momencie gdy na terenie rezydencji Mścicieli pojawia się niedawno zmarły Jack Heart znany bardziej jako Walet Kier (ang. Jack of Hearts). Na spotkanie z nim wychodzi Scott Lang (Ant-Man), który czuje się winny śmierci przyjaciela, gdyż ten poświęcił życie dla ratowania jego córki. Rozmowa pomiędzy niegdysiejszymi przyjaciółmi jest krótka, Jack wypowiada tylko jedno słowo "Przepraszam" i wybucha Scott'owi w twarz zabierając go ze sobą przed oblicze niedoszłej kochanki Thanos'a. Na nieszczęście dla Avengers jest to dopiero początek całej serii dziwnych zdarzeń, które dla wielu będą odpowiedzią na pytanie: "Czy warto nadal to ciągnąć?".
#122 Bohater jest w środku. Recenzja filmu Iron Man 3.
Wyobraźcie sobie sytuację w której jesteście superbohaterami. Nadludzkimi istotami o niemal nieograniczonych mocach walczących z hordą przeciwników. Wyobraźcie sobie, że gdy zdejmujecie swój kolorowy kostium przebieracie się w najwytworniejsze stroje i idziecie na bal. Taki prawdziwy, na którym błyszczycie jak najdoskonalszy diament, który przyciąga wzrok przedstawicieli płci przeciwnej, u pozostałych budząc zazdrość. Wyobraźcie sobie wreszcie, że posiadacie niemal nieograniczony budżet, nie musicie dla nikogo pracować, a to co zbudujecie jest wyłącznie wasze? Co czujecie? Dumę? Odpowiedzialność? Potrzebę utrzymania status quo, a może wszystko po trochu? Tony Stark ma to wszystko, a jedyne co czuje to strach.
#121 W poszukiwaniu własnego dziedzictwa. Recenzja komiksu Thor: Odrodzenie.
(recenzja obejmuje ósmy tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Człowiek już taki jest, że chce wiedzieć skąd pochodzi. Teorie na ten temat zaczęliśmy snuć już na kilka chwil po tym jak zeszliśmy z drzew. Wiele z nich, na skutek małej ilości zwolenników, zaginęło w mrokach dziejów. Te zaś, które wydawały się dla większości z nas wiarygodne, zaczęły urastać do rangi mitów. Z czasem ludzkość stworzyła niezliczone panteony różnorakich bóstw. Na skutek naturalnej selekcji wiele z nich zostało bezpowrotnie utraconych. Inne zaś, są dziś ponownie odkrywane. Taki los spotkał m.in. bogów nordyckich, którzy, za sprawą dzisiejszych pop-twórców, ponownie skupiają wokół siebie rzesze wyznawców.
![]() |
| Okładka Thor #10 Nie zamieszonego w albumie, ale bardzo mi się spodobała dlatego tu jest |
#120 Manga nad Wisłą #16
W mijającym miesiącu, większość polskich wydawców mang, przystopowało nieco z zapowiedziami na ten rok. Nareszcie statystyczny fan będzie mógł przysiąść nad tabelą rachunkową i w spokoju rozplanować swoje wydatki na najbliższych kilka lat. Powiem szczerze, że ja osobiście mam mieszane uczucia, co do tej lawiny nowości. Z jednej strony dostajemy całą masę tytułów mających wielu fanów na całym świecie, a z drugiej ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Ambitne tytuły wydają u nas jedynie JPF i Hanami. Co niestety, nie wyszło na dobre temu ostatniemu. Cóż, tak to już jest, że większość z nas widzi w komiksie przede wszystkim rozrywkę, przez co nie opłaca się wydawać na nasz rynek mang pokroju Berserka, czy 20th Century Boys. Miejmy nadzieję, że za jakiś czas się to zmieni.
No dobra, koniec smęcenia, przejdźmy do konkretów. W miesiącu kwietniu najaktywniejszym wydawnictwem na naszym rynku było warszawskie Studio JG, które jakby korzystając z faktu, że najwięksi zapowiedzieli już raczej wszystko co planują na ten rok, postanowiło wypełnić po nich lukę. Na przełomie czerwca i lipca swoją premierę ma mieć pierwszy tom Prophecy autorstwa Tetsuya Tsutsui (Duds Hund). Jest to stosunkowo nowa seria, gdyż wystartowała ona w 2011 roku w magazynie Jump X. Do tej pory wydano w Japonii dwa tomy tej mangi i na pewno będą kolejne, gdyż jest ona nadal rysowana. Policja w Tokio została postawiona w stan najwyższej gotowości. Wszystko za sprawą tajemniczego mężczyzny noszącego na twarzy maskę z gazet. Od kilku dni informuje on świat o wszelkiej maści przestępstwach: pożarach, morderstwach, gwałtach, które mają się wydarzyć w najniższym czasie. Początkowo nikt nie traktuje tych informacji poważnie, jednak szybko okazuje się, że przepowiednie zamaskowanego człowieka spełniają się co do joty. Stróże miejskiego porządku muszą się spieszyć, bo internetowe filmiki niedomorosłego proroka cieszą się coraz większą popularnością, a ich autor, powoli przestaje być postrzegany jako przestępca. Drogie Studio właśnie dobrałoś się do mojego portfela i to już po raz drugi w tym roku. Kolejna nowość od tego warszawskiego wydawnictwa pojawi się na empikowych półkach na przełomie lipca i sierpnia. Mangą tą będzie Kokoro Connect autorstwa Sadanatsu Andy (scenariusz) i Cuteg'a (rysunki). Jak to często w Japonii bywa jest to adaptacja powieści, jednak najbardziej znane jest anime z 2012 roku, będące adaptacją komiksu. Manga opowiada historię piątki licealistów, skupionych wokół Klubu Badaczy Kultury. Pewnego dnia każde z nich budzi się w innym ciele, co dziwniejsze co kilka, kilkanaście minut dochodzi do kolejnej zamiany ciał. Odpowiedzialnym za ten cały bałagan jest istota zwana Fuusenkazura (imię to nawiązuje do nazwy tropikalnego pnącza, które botanikom znane jest bardziej jako Cardiospermum (zlepek greckich słów: cardio, czyli serce i spermum, nasiono)), której jedynym celem jest dostarczenie sobie rozrywki. W tym celu będzie ono w różny sposób uprzykrzać życie naszym bohaterom. Ten pobieżny opis kojarzy się wam zapewne z komedią, nic bardziej mylnego, gdyż w tej serii wszystko jest pisane na serio. Seria na dziś dzień liczy trzy tomy, a w planach, są kolejne.
#119 Gdy szare staje się zielonym (i odwrotnie). Recenzja komiksu Hulk: Niemy Krzyk.
(Recenzja obejmuje siódmy tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Przyznam szczerze, że osobiście nigdy nie czułem głębszej potrzeby zapoznawania się z komiksową historią Hulka. Pal licho, że koncepcja człowieka-demolki, w mojej opinii, nie dawała zbyt dużego pola do popisu scenarzystom. Dla mnie, była to postać w dużej mierze zahaczająca o plagiat, przez co długo nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że przy jej tworzeniu, Stan Lee poszedł na łatwiznę. Koncepcja wątłego naukowca zamieniającego się w "złego" pierwotnie wyszła spod pióra szkockiego pisarza Roberta Louis'a Stevenson'a w 1886 roku. To właśnie wtedy swoją premierę miała nowela Doktor Jekyll i pan Hyde. Różnica między tym utworem, a Hulk'iem polegała głównie na tym, że w Marvelowskiej wersji alter-ego doktora, był w gruncie rzeczy miłym gościem (jak powstały w 1818 roku tytułowy bohater Frankenstein'a). Czy tak bliskie podobieństwo do klasyków horroru może sprawić, że Hulk się od nich odetnie? Do czasu przeczytania Niemego Krzyku byłem pewny, że odpowiedź na tak postawione pytanie, może być tylko jedna. Dziś jednak wiem jak bardzo się myliłem.
Historia przedstawiona w siódmym tomie Wielkiej Kolekcji... rozpoczyna się w momencie, gdy, po rezygnacji z posady żołnierza jednej z organizacji przestępczych w Vegas, Hulk (działający teraz pod pseudonimem Joe Fixit) poszukuje żony Bruce'a Bunner'a, Betty. Niestety po raz kolejny coś go rozprasza. Tym razem jest to dziwna feria barw dobiegająca z okien jednego z nowojorskich budynków. Nasz bohater, gnany ciekawością, postanawia znów nadłożyć drogi i zajrzeć do owego mieszkania. Odnajduje w nim swojego dawnego kumpla, mistrza magii dr Strange'a walczącego właśnie z jedną z istot mających chrapkę na nasz wymiar. Obecność giganta na chwilę rozprasza uwagę maga, co niestety wystarcza, aby został on wciągnięty do obcego wymiaru. Niewiele myśląc, Hulk wskakuje za doktorem, w celu podania mu pomocnej dłoni (albo dwóch) oraz zrehabilitowania się za swoją lekkomyślność. Niestety, duża gęstość świata, do którego wkroczyli nasi bohaterowie utrudnia im poruszanie się oraz orientację na tym obcym terenie. Kto wie jak zakończyłaby się ta cała afera, gdyby swoich trzech groszy (i silnych ramion) nie wtrącił ostatni z członków oryginalnego składu Defenders, a prywatnie również książę mitycznej Atlantydy, Namor the Sub-Marriner.
#118 Dziecko światła i ciemności. Recenzja Uncanny X-men: Mroczna Phoenix.
(Recenzja obejmuje szósty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Wczoraj obchodziliśmy światowy dzień książki. Jak zwykle przy tej tej okazji "uświadamiano" nam, jacy to jesteśmy ułomni jeżeli chodzi o czytanie. Ponad 60% naszych rodaków deklaruje, że nie czyta nic, a przecież na początku wieku zakładano, że za dziesięć lat każdy gimnazjalista, będzie czytał powieści obrazkowe. Tak się niestety nie stało. Statystyk dotyczących czytania samych komiksów, nikt nie prowadzi, jednak powszechnie uważa się, że tylko około 10.000 naszych rodaków regularnie kupuje komiksy. Oznacza to, że czytelnictwo kolorowych zeszytów w Polsce wynosi mniej więcej 0,03%. Czy w takim kraju jest w ogóle możliwe ponowne wydanie tego samego tytułu? Okazuje się, że tak i to dwa razy.
Historia X-men, jako komiksu jest dość burzliwa. Jego pomysłodawcami były dwie legendy Marvela: Stan Lee i Jack Kirby. Ich kolejne dziecko zadebiutowało we wrześniu 1963. Tytuł ten się jednak nie przyjął i po siedmiu latach i sześćdziesięciu sześciu zeszytach serię zawieszono. Jednak z racji tego, że za jej powstanie odpowiadał Stan Lee, włodarze Domu Pomysłów nie bardzo chcieli go usuwać z listy publikacji. Tak więc wymyślili, że najlepiej będzie wydawać serię od początku. Doprowadziło to do tego, że zeszyty z numerami od 67 do 93 były jedynie przedrukami. Sytuacja ta zmieniła się w 1975 roku, kiedy to na łamach nowego miesięcznika Giant-size X-men zadebiutowała nowa grupa mutantów, która miała w swoim składzie między innymi Wolverine'a i Storm. Jednak prawdziwa rewolucja przyszła nieco później wraz z przejęciem głównego tytułu przez Chris'a Clermont'a. Człowiek ten, jako pierwszy zrezygnował z epizodyczności prowadzonej przez siebie serii. Od teraz dana przygoda miała trwać nawet po trzydzieści zeszytów. W tamtych czasach nikt tego nie próbował. Nawet dziś pojedyncze przygody (nie licząc mini serii i eventów) trwają maksymalnie pięć zeszytów. Pomysł jednak zaskoczył. Co więcej, spowodował prawdziwy wysyp serii z mutantami w roli głównej powodując, że dziś przygody X-men możemy śledzić, aż w dziesięciu tytułach. Co robi z nich najbardziej zapracowanych superbohaterów w historii.
#117 Mój wróg. Recenzja komiksu The Amazing Spider-man: Narodziny Venoma.
(Recenzja obejmuje piąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)
Każdy z komiksowych superherosów, podczas trwania swojej kariery, musi zmierzyć się z niezliczoną ilością superłotrów. Niektórzy uprzykrzają życie superbohatera średnio co pięć zeszytów, inni pojawiają się tylko raz i wszelki słuch po nich ginie. Jednak tylko jeden z nich, zapisuje się w umyśle fanów jako ten najgroźniejszy, ten który jest mrocznym odbiciem naszego ulubieńca. Dla Batmana, kimś takim jest Joker, dla Thora, Loki, a dla Ironmana, Mandaryn. Jednak żaden z nich nie miał tyle szczęścia, aby dorobić się, aż dwóch "głównych" wrogów. Udało się to tylko wielokrotnemu pogromcy Green Goblin'a.
Niewielu superłotrów w historii doczekało się takiej rzeszy fanów jak Eddy Brock, czyli Venom. Niewielu superherosów jest tak rozpoznawalnych jak Spiderman. Nic więc dziwnego, że wieść o wydaniu w naszym kraju opowieści, która zapoczątkowała "znajomość" tych dwóch jegomości, zelektryzowała polski fandom. Fakt, że zostanie on wydany już jako piąty z kolei tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, tylko podsycał apetyty. Co więcej, bardziej zorientowani fani ostrzyli sobie również ząbki na artystyczny powrót jednego z najlepszych rysowników w historii Marvela, twórcy postaci Spawna, czyli Todd'a McFarlane'a. Komiks rozpoczyna się na kilka minut po zakończeniu Tajnych Wojen. Pierwszego eventu Marvel'a, który zebrał w jednym miejscu wszystkich najważniejszych bohaterów i antybohaterów tego wydawnictwa. Miejsce w którym zniknęli najwięksi herosi Ameryki staje się celem pielgrzymek. Wszyscy zadają sobie pytanie, czy kiedykolwiek znowu zobaczą swoich idoli. Nagle ogrodzona polana w Central Parku wybucha oślepiającym światłem. Tłum wstrzymuje oddech. Ze światła wynurza się czarna postać taszcząca jakiegoś nieboraka na swoich plecach. Wszyscy są zdezorientowani. Wrażenie to pogłębia się gdy tajemnicza postać oznajmia, że jest Spiderman'em. Obecni na miejscu policjanci nie dają w to wiary, przecież Pająk ma niebiesko-czerwony kostium, a ta postać paraduje w czarnym. Otwarcie ognia jednak nie następuje, gdyż ze światła wyłaniają się kolejni herosi.











































