#152 Minirecenzja #7- Walkin' Butterfly #3

UWAGA!!! 
TEKST MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOJLERÓW!!!

To już trzeci tom jednego z moich ulubionych komiksów wydawanych obecnie w Polsce. Fakt nie ma w nim trykociarzy ratujących świat, ani tyrad na temat upadku społeczeństwa, które tak bardzo lubię. Jest za to prosta opowieść, która pozwala uwierzyć, że wystarczy tylko chcieć, aby spełnić swoje marzenia. 

Tym razem Michico wpada w nie lada tarapaty. Agencja modelek z którą do tej pory współpracowała w wyniku choroby właścicielki, zakończyła swoją działalność. Nasza bohaterka nie poddaje się jednak, gdyż pamięta o złożonej sobie i swojemu koledze obietnicy. Pogodzenie roli menadżerki, modelki i pracownicy stacji benzynowej na pół etatu wydaje się jednak ponad jej siły. Na szczęście czujne oko jednookiej Darumy dostrzega jej zaangażowanie i stawia na drodze Michico, Joanna. Czy nowa znajomość pozwoli naszej bohaterce inaczej spojrzeć na ciągle dla niej niedostępny świat modelingu?

Najnowszy tom mangi Walkin' Butterfly wydaje się być zupełnie inny niż dwa poprzednie. Michico za sprawą spotkania z Joannem staje się zupełnie inną kobietą, dużo radośniejszą i pewniejszą siebie niż dotychczas. Wrażenie to pogłębia fakt, że przestała ona być tak często rysowana w sposób karykaturalny. Zmienił się również jej image. Nie nosi ona już workowatych ciuchów mających zamaskować jej wzrost, ale dobrze dopasowane ubrania. Widać więc, że Michico powoli zaczyna akceptować samą siebie.


Fabularnie jest nieco gorzej niż poprzednio. Podczas lektury miałem wrażenie, że autorka na siłę stara się wydłużyć komiks, przez co zabrakło temu wszystkiemu spójności. Niemniej nadal jest to świetny komiks, który warto mieć na swojej półce.

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Taiga za udostępnienie komiksu do recenzji!


Grafika zamieszczona w artykule pochodzi ze strony wydawcy.

#151 Polej Tequile, przy komiksie miłe chwile. Recenzja komiksu Tequila: Władca marionetek.

Istnieje teoria mówiąca, że płacenie podatków jest oznaką skrajnego patriotyzmu. Wszak to właśnie te pieniądze sprawiają, że państwo może zapewnić nam świetną pracę za satysfakcjonującą nas płacę. Nasze dzieci mogą chodzić do szkoły, która naprawdę óczy (błąd ortograficzny zamierzony), a emeryci realizować ostatnie ze swoich niespełnionych marzeń. Szkoda tylko, że sami rządzący w to nie wierzą. Dowodem na to niech będzie fakt, że godzą się oni na przekazywanie 1% naszego podatku na organizacje pożytku publicznego. Wielu uznało, że to jednak za mało i stworzyło podwaliny pod nowy sposób finansowania, zwany dziś crowdfundingiem, czyli finansowaniem przez tłum.

Polskich komiksów wydaje się Polsce mało. Dużo mniej niż miało to miejsce w PRL-u, kiedy to wychodziły takie klasyki jak Tytus, Romek i A'Tomek, Kajtek i Koko, czy Kapitan Żbik. Nie mniej liczba osób gustujących w tym sposobie opowiadania historii wciąż (powoli) rośnie. Nic więc dziwnego, że również i nasi rodzimi twórcy próbują coś z tego torcika uszczknąć. Nie jest to jednak takie proste, gdyż trzeba u nas konkurować z Batmanami, Marvelami i innymi Thorgalami, nie mówiąc już o dużo lepiej sprzedających się mangach (tak, wiem, że Thorgal sprzedaje się lepiej od japońszczyzny). Nic więc dziwnego, że przed wydaniem swojego debiutanckiego komiksu Łukasz Śmigiel postanowił najpierw zbadać rynek. Oszacował ile mniej więcej będzie go kosztowało wydanie swojego rysunkowego dzieła, zamieścił ofertę na portalu Polak Potrafi i zebrał 122% wymaganej kwoty. Dzięki czemu legenda Tequili mogła zostać opowiedziana.

Naszą bohaterkę zastajemy na szczycie wodospadu w miejscu zwanym Edenem, będącym rajską wysepką pośród świata zniszczonego przez tajemnicze anomalie, zwane oknami. To właśnie przez nie na Ziemię wylał się żar, który spopielił większość planety. Ludzkość jednak, na przekór wszystkiemu (jak zwykle), nauczyła się w takich warunkach żyć. Gdy już wydawało się, że wszystko udało się względnie uporządkować, przez okna zaczęły wypełzać stwory zwane Serpentynami, które powoli wykańczały pozostałe przy życiu niedobitki. Ludzie nie stracili jednak nadziei. Wielu szamanów zaczęło wieszczyć, że oto z nieba spadnie bohater, który uratuje planetę. Jeden z nich niejaki Kabuki Joe, twierdził nawet, że go spotkał. Teraz Tequila trafiła do miejsca, które objawiło się jej w snach. Eden okazał się jednak dużo mniej przyjazny niż jego biblijny odpowiednik. Wszędzie czyhały dzikie bestie, a i o strzał w plecy nie było trudno. Na szczęście nasza bohaterka szybko trafiła na Adamaha, który zaproponował jej połączenie sił w celu odnalezienia tajemniczego artefaktu. Pytanie tylko, kto tak naprawdę potrzebuje pomocy.


Za stronę graficzną komiksu odpowiada Katarzyna Babis, jedna z najszybciej rozwijających się młodych, polskich rysowniczek. Jej pierwsze projekty głównej bohaterki zelektryzowały fandom i dały zapowiedź prawdziwej uczty dla oczu. Kasia jak nikt potrafi operować światłem i kolorem. Tworząc złudzenie disneyowskiego świata. Ona sama przyznaje jednak, że inspiruje się głównie twórczością Alessandro Barbucciego i Barbary Canepy, twórców W.I.T.C.H. i Sky Doll. W Tequili widać inspirację głównie tym drugim tytułem. Głównie z racji dużej dawki erotyki. Styl polki jest jednak dużo bardziej brudny. Niektóre kadry wyglądają jakby niedokładnie zmazano z nich ślady po ołówku. Jest to jednak zamierzony efekt. Prawdziwym problemem są sceny walki. Ciało ugodzonego ciosem nie zachowuje się tak jak powinno, przez co można odnieść wrażenie, że bohaterowie obijają jakieś gumowe lale. Można było również zwiększyć dynamizm scen poprzez wszelkiego rodzaju rozmazania, bo dwie, białe kreski to w wielu przypadkach zdecydowanie za mało. 

Tequila: Władca marionetek jest jednym z tych komiksów które, przed napisaniem recenzji, musiałem przeczytać dwa razy. Po pierwszym przeczytaniu stwierdziłem, że opowieść ta nie ma większego sensu, a jedynym wartym zapamiętania wątkiem są biusty bohaterek. Za drugim razem wiedziałem już czego mogę się spodziewać po fabule, więc zacząłem skupiać się na szczegółach, mimo to nadal czułem się zagubiony. Śmigiel zaplanował swoje dzieło jako projekt komiksowo-książkowy. Wygląda więc na to, że poznanie wszystkich wątków i bohaterów będzie wymagało od czytelnika znajomości ich wszystkich. Trochę przypomina to eventy w uniwersach Marvela czy DC. Szkoda tylko, że w pierwszej części cyklu nie dowiadujemy się czegoś więcej, jeżeli nie o świecie, to choćby o samej głównej bohaterce.

Jak we wstępie przyznają sami twórcy, Tequila jest dzieckiem kompromisu. Z jednej strony ogromny sukces marketingowy podsycił apetyty, z drugiej pośpiech, aby jak najszybciej zadowolić inwestorów, nie pozwolił wszystkiego dobrze przyprawić. W rezultacie otrzymujemy opowieść, która graficznie ze strony na stronę jest coraz gorsza, fabuła zaś podana jest tu w ilościach szczątkowych. Ja jednak wierzę, że kolejnym częścią komiksu autorzy poświęcą więcej czasu, dzięki czemu dostaniemy świetną historię, bo potencjał w tytule jest, trzeba go tylko dobrze wykorzystać.


#150 Wielka moc, wielka odpowiedzialność i wielka miłość. Recenzja komiksu Spider-Man: Niebieski.

Od prawie pięćdziesięciu lat, każdej walentynkowej nocy, na jednym z pylonów Mostu Brooklińskiego pojawia się tajemnicza postać. Z jego szczytu, spogląda ona na zakochanych, którzy tego dnia, w niezmierzonych ilościach przechadzają się ulicami Nowego Yorku. Niektórzy widzą w tym zjawisku omen, bo po każdej takiej wizycie do East River spadają róże. 

Spider-Man jest postacią z wielu powodów niezwykłą. Jako pierwszy z superbohaterów rozpoczął on swoją działalność już w wieku -nastu lat. Wcześniej twórcy komiksów uważali, że heros musi być osobą, która dorosła do roli do której aspiruje. Młokos mógł co najwyżej zbierać doświadczenie jako asystent którejś ze starszych postaci. Mimo to Stan Lee postanowił zaryzykować i obsadzić jako głównego bohatera swojej nowej serii supergołowąsa. Pomysł chwycił. Czytelnicy bardzo szybko polubili postać z którą z mogli się identyfikować, bo Ścianołaz w przeciwieństwie do wielu swoich ówczesnych kolegów po fachu, zmagał się z problemami, bliskimi potencjalnemu odbiorcy jego przygód. Zdawał on na studia, stawiał pierwsze kroki w życiu zawodowym oraz poszukiwał prawdziwej miłości. Wielu twierdzi, że był to dla Petera Parkera najlepszy okres. Nic więc dziwnego, że to właśnie on został wybrany przez Jepha Loeba jako jedna z części jego "kolorowej" trylogii (lub tetralogii, patrz Czy wiesz, że... na końcu posta).

Akcja komiksu Spider-Man: Niebieski rozpoczyna się od jednej z najważniejszych historii w pajęczej sadze, a mianowicie od starcia Pająka z Green Goblinem. Był to debiut John'a Romity Sr., jako rysownika The Amazing Spider-Man (dziś przez wielu uważanego za tego który zdefiniował styl graficzny serii). Stawką tego pojedynku było zachowanie tajemnicy o tym kto kryje się pod pajęczą maską. W ostatecznym rozrachunku Spidey nie uśmiercił swojego arcywroga, ba z różnych powodów nie posłał go nawet za kratki. Konsekwencje tej decyzji miały okazać się katastrofalne, gdyż miały doprowadzić do jednej z najtragiczniejszych opowieści w pajęczym uniwersum. Nie na tym jednak skupia się akcja tego komiksu.

Los Peter'a znów postanowił z niego zakpić i jak na złość zaczął mu sprzyjać. Z nielubianego przez nikogo (poza ciocią May i wiernymi czytelnikami) mola książkowego zaczął się on przeobrażać w prawdziwą gwiazdę kampusu. Gwiazda taka potrzebowała jednak towarzyszki, która wspierałaby jej blask. Tu znowu pojawiły się schody, bo los postawił przed nim nieliche zadanie. Mianowicie musiał on wybrać pomiędzy, ognistą pięknością Mary Jane Watson, a miss uniwersytetu Gwen Stacy. Jak trudne to zadanie najlepiej obrazuje moja ulubiona scena w komiksie, a mianowicie ta w której obie panie przejmują na siebie rolę osobistych pielęgniarek Parkera. Zapewne, tak właśnie zapewne wygląda raj.

Mimo, iż ten komiks to tak naprawdę romans, nie brakuje w nim również całej plejady superłotrów wprowadzanych w myśl starej zasady: jeden zeszyt, jeden przeciwnik. Jednak różnica pomiędzy Niebieskim, a pierwowzorem z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia polega na tym, że starcia te są ze sobą powiązane. Nie jest to jednak jedyna zmiana wprowadzona przez Loeba. W wielu miejscach pozmieniał on nieco starą historię w celu zachowania wewnętrznej spójności miniserii oraz dostosowując ją do współczesnych realiów (np.: wygląd sprzedawcy motocykli). Zresztą polski fan pajęczaka powinien część z tych zmian dość łatwo wychwycić, a to za sprawą drugiego tomu Essential Spider-Mana wydanego u nas jakiś czas temu przez Mandragorę.

Graficznie cud-miód. Tim Sale świetnie oddał realia minionej epoki posługując się przy tym stylem bardziej pasującym do plakatu, niż do komiksu. Widać to szczególnie po okładkach poszczególnych zeszytów serii. Nie mniej całość wygląda świetnie. Ciocia May ma na twarzy sieć zmarszczek, gęstszą niż warszawskie metro, Harry Osborn nie wygląda jak emo, a za M.J. i Gwen każdy z męskich czytelników oddałby duszę. Co więcej dziewczyny różnią się nie tylko charakterem, ale i stylem. Obie jednak wyglądają w swoich kreacjach naprawdę wystrzałowo. Na koniec wspomnę jeszcze, że w komiksie można znaleźć kadry będące cytatami z oryginalnych zeszytów i to nie tylko z tych na których opiera się ta miniseria.

Czytając niebieskiego Spider-Mana miałem wrażenie, że jego autor się ze mną bawi, ponieważ przedstawia mi historię, której zakończenie znam i jednocześnie nie znam. Znam, bo wiem jak zakończył się romans Petera z Gwen. Nie znam, gdyż opowieść ta zmierza w zupełnie innym kierunku. Poczucie tego rozdwojenia potęguje wyszczerzona w złowieszczym uśmiechu twarz Green Goblina, kończąca każdy rozdział komiksu. Osobiście uważam, że ostatni (najprawdopodobniej) tom przygód Pajęczaka wydany u nas w ramach WKKM powinien przeczytać każdy. Nie zależnie od tego, czy zna on oryginalną opowieść czy nie, bo jest to jeden z niewielu (jeżeli nie jedyny) komiks od Hachette, który autentycznie wzrusza i który pozostawia czytelnika sam na sam z pytaniem "Dlaczego?".





#149 Półka pełna komiksów 2.0

W tym roku 11 stycznia Półka pełna komiksów wyjątkowo NIE obchodziła kolejnych (czwartych już) urodzin. Stało się tak nie dlatego, że o nich zapomniałem, ale dlatego, że postanowiłem przestać już pisać o tym co mam zamiar zrobić, a zacząć wreszcie działać. 

To co najbardziej rzuca się w oczy to zupełnie nowa główna grafika. Dostawałem sporo maili które sugerowały mi jej zmianę, głównie dlatego, że była ona za duża, co znacznie wydłużało czas ładowania strony. Ponownie pojawia się na niej postać muzy komisu- Comix. Jej ubiór nawiązuje swoimi elementami do pięciu rudowłosych piękności znanych z kadrów różnych serii. Jednej japońskiej i czterech amerykańskich. Dywanik w kształcie pokeball'a nawiązuje do szóstego dziewczęcia, które zadebiutowało w grze na Game Boy'a. Pojawiła się ona jednak m.in. w wydanej w Polsce mandze Pokemon Adventures. Za plecami Comix umieściłem (wreszcie) półkę pełną komiksów. Większość z ustawionych tam woluminów może być czymkolwiek, jednak wprawione oko komiksiarza szybko zlokalizuje grzbiety nawiązujące do ośmiu znanych tytułów czy też serii komiksowych.

Ostatnią nowością w tej części bloga są wtyczki serwisów społecznościowych.




Pod grafiką pojawiło się menu mające na celu łatwiejszą nawigację po stronie. Kliknięcie w jakikolwiek z jego elementów odeśle was na odpowiednią podstronę. Nie będę ukrywał, że przez cztery lata w niektórych kategoriach nagromadziło się wiele tytułów, dlatego radzę korzystać ze skrótu ctrl+f.

Zmienił się również układ widgetów. O mnie i wcześniejsze posty spadły na sam dół. Loga współpracujących ze mną wydawnictw i portali zostały połączone w jedną animację. Dodałem również kalendarz premier w którym znajdziecie daty premier komiksów wydawanych przez wydawnictwa z którymi Półka... nawiązała współpracę. Pojawił się również licznik odwiedzin, którym jednak nie należy się póki co przejmować ponieważ liczy on wejścia począwszy od dnia dzisiejszego.


Mam nadzieję, że zmieni się również częstotliwość wpisów. Manga nad Wisłą będzie się teraz pojawiać zawsze gdy w polskim, mangowym półświatku zostanie ogłoszone coś wartego przytoczenia. Głównie będą to informacje o zapowiedziach i premierach nowych tytułów. Chciałbym również, aby nowe posty pojawiały w najgorszym wypadku co tydzień.

W tym roku nie będę snuł jakichś wielkich planów na 2014 rok. Jedyny cel jaki sobie stawiam do dotarcie do jak największego grona odbiorców. Mam nadzieję, że również dzięki waszej pomocy mi się to uda.

Serdeczne podziękowania dla Johanes'a Djogan'a za szablon na bazie którego zbudowałem nową stronę oraz dla Arka "SilverRat'a" R. który pomógł mi ten szablon przerabiać.

#148 Siła polskiego fandomu cz.2. Foto- i videorelacja z Pyrkonu 2014.

Wzorem lat poprzednich, również w tym roku wybrałem się na Pyrkon z aparatem. Niestety, ogarnięcie tak dużej imprezy okazało się dla mnie zadaniem wręcz karkołomnym. Na całe szczęście nie wybrałem się do Poznania sam. Towarzyszyli mi przyjaciele, którzy wsparli mnie swoją wiedzą, doświadczeniem i dużo nowocześniejszym sprzętem. Zrobili też coś czego absolutnie się nie spodziewałem, a mianowicie jeden z nich zmajstrował video z pyrkonowiczami w roli głównej.

A teraz drodzy widzowie usiądźcie, wygodnie w fotelu, nastawcie film na ful HD i podziwiajcie. Na koniec zaś nie zapomnijcie zaklaskać i dać łapki w górę.

#147 Siła polskiego fandomu jest wielka. Relacja z konwentu Pyrkon 2014.

Odkąd zacząłem regularnie jeździć na konwenty za początek wiosny zacząłem przyjmować przedostatni piątek marca. Tego właśnie dnia rok, rocznie startuje jeden z największych polskich konwentów. Choć po tym co wydarzyło się w tym roku powinienem napisać: na NAJWIĘKSZYM polskim konwencie.



Do Poznania przyjechałem w piątek ok. godziny 14.30 i od razu skierowałem swoje kroki w stronę Międzynarodowych Targów Poznańskich. Przed wejściem kolejek nie było, co mnie szczerze ucieszyło, gdyż oznaczało to, że uproszczenie sposobu odprawy uczestników przyniosło zamierzony efekt. Podszedłem, więc do pierwszej wolnej kasy, wręczyłem miłej pani swoje pieniążki, a ona w zamian dała mi identyfikator. Trochę mnie to zdziwiło, bo za tę cenę liczyłem na więcej. Wprawdzie spodziewałem się, że nie zostanę zaobrączkowany, co tak na marginesie zawsze uważałem za bezcelowe, powinienem jednak dostać jeszcze całą torbę dóbr. Na całe szczęście, szybko zostałem poinformowany, że otrzymam ją tuż przy bramkach. W torbie znalazłem, prócz standardowego informatora i skrótu programu, kod na 100 czaszek do jednej z gier na komórkę i limitowaną kostkę k6 z pyrkonowym motywem. 

# 146 Ludzkie oblicze superherosa. Recenzja komiksu Iron Man: Demon w butelce.

(recenzja obejmuje dwudziesty dziewiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Ciężko jest być superbohaterem. Co i rusz musisz się odrywać od swoich obowiązków i tracić kupę czasu na ciągłe przebieranie się, tylko po to aby złoić skórę komuś, kto postawił sobie za cel uprzykrzenie tego dnia innym. Pół biedy jeżeli tym kimś jest Galactus, czy inny Ultron, którego pobicie przyniesie (krótką) chwałę i zdjęcie na pierwszej stronie Daily Bugle. Gorzej, gdy tym kimś jest jakiś frajer z podrzędną mocą i zerowym wyczuciem mody. Wtedy choćbyś nie wiem jak się starał czeka cię tylko krew, pot, łzy i wierna butelka Jack'a Powers'a.

Stare amerykańskie komiksy, zawłaszcza te wydawane w srebrnej erze, mają swój niepowtarzalny klimat. Szczególnie ujmuje mnie w nich kreska wolna od mangowych naleciałości i nieudolnie nałożonych, za pomocą jednego z popularnych programów komputerowych, kolorów. Tak narysowani mężczyźni byli prawdziwymi twardzielami, a kobiety wolne od botoksu i sylikonu zniewalały ich swoją naturalną urodą. Nic więc dziwnego, że ucieszyłem się gdy doszła mnie wieść, że w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela zostanie wydany w Polsce komiks Demon w butelce, będący milowym krokiem, jeżeli nie w dziedzinie komiksu suprbohaterskiego, to na na pewno w życiu Tony'ego Stark'a.

#145 Minirecenzja #6- Walkin' Butterfly #2

UWAGA! SPOJLER!

Kwitną różne kwiaty.

Komiks Walkin' Butterfly to w mojej opinii największe objawienie 2013 roku. Co ciekawe, gdyby nie zawiązanie przeze mnie współpracy z wydawnictwem Taiga, nigdy bym do niego nie zajrzał, dochodząc do wniosku, że manga o świecie mody nie jest tym co kreci dużych chłopców. Jakiż błąd bym popełnił. 

W najnowszym tomie, Michiko wreszcie podejmuje decyzję, aby postawić swoje pierwsze kroki jako modelka. Dosłownie kroki, bo naukę zacznie ona od próby opanowania chodu po wybiegu. Oczywiście nie oznacza to, że od razu będzie jej wszystko wychodziło. Na jej drodze staną wybuchowy charakterek oraz apodyktyczna menadżerka Tago, której jedynym hobby wydają się być dręczenie Michiko oraz alkoholizm. Nie mniej zawsze może ona liczyć na wsparcie kolegów i matki, nawet jeżeli ta robi to tak nieumiejętnie. 

To co najbardziej spodobało mi się w drugim tomie Walkin' Butterfly to rozwinięcie wątku projektanta Mihary. W pierwszym tomie wydawał się on być głównym rozgrywającym w japońskim, modelingowym półświatku. Okazuje się jednak, że jest on jedynie rezerwowym. Firma Mihary popadła w kłopoty finansowe. Czy oznacza to, że nie dojdzie już do ponownej konfrontacji jego z Michiko? O tym dowiecie się tylko jeżeli sięgniecie po ten komiks. 

# 144 Minirecenzja #5- 6000 #2

UWAGA! SPOJLER!

Ludzie od wieków zastanawiali się co skrywają podmorskie głębiny. Ci inspirowani twórczością Platona twierdzili, że wykształciła się w nich podwodna rasa Atlantów. Silna i dumna ze swych osiągnięć. Inni, tacy jak H.P. Lovecraft uważali, że podmorskie głębiny skrywają swoje plugawe tajemnice. Tak okropne, że aż niepojęte dla ludzkiego umysłu. Obie te teorie w równym stopniu wpływały na twórczość autorów komiksów, a Nokuto Koike wybrał, tą najbardziej makabryczną.

W jednym z opuszczonych magazynów z żywnością nasz bohater, Kadokura Kengo wraz z panią inżynier Kusakabe Miwą odnajdują żywego człowieka. Okazuje się, że jest on jedynym członkiem załogi, który przeżył rzekomy pożar sprzed trzech lat. Może on więc być kluczem do rozwiązania zagadki serii tajemniczych wypadków na Cofdeece, które sukcesywnie zmniejszają morale załogi i przyczyniają się do ciągłego spadku zaufania do kolegów. Ponadto Kengo liczy, że tajemniczy mężczyzna powie mu coś więcej na temat makabrycznych wizji, które były udziałem jego i części załogi.

W najnowszym tomie serii 6000 fabuła skręca w dość nieoczekiwanym kierunku. Skupia się ona głównie na wydarzeniach, które doprowadziły do sprowadzenia demonów 6000 metrów pod powierzchnię morza. Powoduje to, że w tym tomie mamy mniej konfrontacji z plugastwami i co za tym idzie komiks mniej straszy. W poprzednim tomie mieliśmy dużo scen w których z ciemności wyłaniały się tajemnicze, nieokreślone kształty. W tym, autor postanowił pokazać jak gęstnieje atmosfera wśród załogi. Odniosłem jednak wrażenie, że chciał on pokazać zbyt wiele, na zbyt małej ilości kadrów, przez co w komiksie mamy całą masę niedopowiedzeń. Oczywiście taki zabieg jest wskazany w horrorach, tutaj jednak jest ich zbyt wiele, przez co czytelnik może się pogubić i zacząć odbierać historię jako papkę z pozszywanych, niepasujących do siebie elementów. Na całe szczęście końcówka nie zawodzi. Autor wraca w niej do schematów z pierwszego tomu. Trup ściele się gęsto, a atmosfera grozy narasta.

Osoby lubiące horrory raczej się na tej serii nie przejadą i mogą ją w ciemno kupować. Ja jednak jestem nieco zawiedziony, na całe szczęście końcówka mangi przekonała mnie do siebie i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Yumegari za udostępnienie komiksu do recenzji!


Grafika zamieszczona w artykule pochodzi ze strony wydawcy.

# 143 Minirecenzja #4- The Breaker #4

UWAGA! SPOJLER!

Głównym problemem wielu miast na świecie jest wysoki wskaźnik przestępczości. Przyczyniają się do tego głównie gangi znudzonej młodzieży nie mogącej znaleźć w życiu żadnego celu. Co ciekawe społeczeństwo nic z tym nie robi mimo, iż to ono jest za taki stan rzeczy odpowiedzialne, twierdząc, że tak po prostu musi być. Na całe szczęście raz na jakiś czas pojawiają się w naszym społeczeństwie jednostki, które chcą coś zmienić.

Przyznam Wam, szczerze Drodzy Czytelnicy, że czwarty tom manhwy The Breaker jest (wreszcie) tym na co czekałem. Rozpoczyna się on w momencie, gdy pościg gangu Rebels of the Storm dościga naszych bohaterów na moście Seohae. Jak łatwo się domyślić doprowadza to do całej serii pojedynków i (wreszcie) do uwolnienia mocy przez Shi-woon'a. To zaś skutkuje tym, że nasz bohater (wreszcie) przestaje być płaksą i zaczyna przeobrażać się w prawdziwego mężczyznę, którym żywi się kowadłami oraz krwią pokonanych wrogów. Trochę przesadzam, ale wiecie o co mi chodzi. W tym tomie rozpoczyna się również (wreszcie) jego porządny trening. Fajne też, że dochodzi (wreszcie) do zbliżenia naszych bohaterów do organizacji Murim, która przestała być Daenerys tej serii.

W czwartym tomie Łamacza wyraźnie widać poprawę komiksu pod względem graficznym. Pan Park Jin-Hwan zaserwował nam kilka kadrów w których wyraźnie chciał się pochwalić swoimi umiejętnościami w stosowaniu ujęć z różnych, nietypowych dla komiksu perspektyw. Szczególnie jest to widoczne w "pojedynku" Si-ho z jej niedawnym pracodawcą. Pani higienistka jest niezwykle hojnie obdarzona przez naturę, a scena ta, te atuty tylko uwypukla. 

Jeżeli ktoś jeszcze nie sięgnął po The Breaker niech się wstydzi i zakopie pod ziemią, a najlepiej niech w końcu stamtąd wyjdzie i pokieruje swoje kroki do najbliższej księgarni. Bo to wstyd nie znać tego komiksu. 

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Yumegari za udostępnienie komiksu do recenzji!

# 142 Rok dmuchania rysowanych balonów, czyli subiektywne podsumowanie tego co działo się w 2013 roku na polskim ryku mangi

Nasz skromy ryneczek rozpędza się niczym polska Luxtorpeda w latach '30 ubiegłego stulecia. Liczba mang jakie możemy kupić w lokalnych empikach już dawno przerosła najśmielsze oczekiwania ojców założycieli znanych z łamów Kawaii, czy Animegaido, a kolejny rok ma być jeszcze lepszy. Co oznacza tylko tyle, że żaden z nas, ani ja, ani ty Drogi Czytelniku nie kupi w 2014 roku wszystkiego czego by chciał. Skupmy się jednak na roku 2013 i na spokojnie go podsumujmy. 

Zeszły rok obrodził w azjatyckie komiksy jak gmina Wilków w truskawki. W roku 2012 na nasz rynek wydano siedemnaście nowości, co uważałem za rekord nie do podbicia. Amaterasu, jakiż ja byłem naiwny. W 2013 roku mieliśmy, aż dwadzieścia siedem premierowych mang, trzy manhwy (komiksy rodem z tej dobrej Korei), dwa polskie komiksy stylizowane na dzieło Japończyków i jedną manhuę (komiks chiński). Daje nam to zawrotną liczbę trzydziestu trzech (lub trzydziestu jeden, jeżeli wyłączymy polskie produkcje) premier. Oznacza to, że średnio co półtora tygodnia wydawano w Polsce nowy, nie znany jeszcze nikomu (ta, jasne) tytuł, rodem z Azji lub jej okolic. Najlepszy pod tym względem był lipiec, w którym, do tej pory, rok rocznie, działo się niewiele, a tu siedem premier. Najgorszy był kwiecień, czyli jedyny miesiąc w 2013 roku w którym nic nowego u nas nie wydano.

# 141 Minirecenzja #3- Pet Shop of Horrors #2

UWAGA! SPOJLER!

Witaj Drogi Kliencie! Szukasz czegoś konkretnego, czy tylko z ciekawości zajrzałeś do mojego sklepu? Czujesz się odrzucony? Nie martw się. Właśnie przyszła nowa dostawa i myślę, że znajdzie się coś dla ciebie. Zobacz, przekartkuj. Czujesz ten zapach świeżego druku? Gwarantuję ci, że fabuła też cię zaskoczy. Zanim jednak zabierzesz go ze sobą, musisz podpisać umowę. Pamiętaj jednak, że sklep nie bierze odpowiedzialności za konsekwencje wynikające z jej nieprzestrzegania.

W drugim tomie Pet Shop of Horrors poznajemy kolejne mistyczne zwierzaki ze sklepu hrabiego D. Tym razem osamotnieni mieszkańcy Los Angeles zaopatrzą się w nim m.in. w koty i smoki. Swoje pięć minut będzie miał również tygrys szablastozębny. Tak jak w poprzednim tomie część z nich będzie miała swoje ludzkie wcielenia, które będą widzieć wyłącznie ich właściciele. Ci z kolei, będą musieli się zdrowo namęczyć, aby dotrzymać warunków umowy kupna-sprzedaży zwierzęcia. Jednak to nie wszystko. Śledztwo prowadzone przez detektywa Ortona w sprawie serii morderstw w okolicach Chinatown, będzie wymagało od niego częstych wizyt w tamtejszym sklepie zoologicznym. Spowoduje to, że część fabuły niniejszego tomu skupi się na wzajemnej relacji obu bohaterów. Części z czytelników może się to jednak nie spodobać, gdyż D jest zdecydowanie zbyt mało męski. Maluje on usta i w ogóle zachowuje się tak trochę ą, ę. Dotąd nie mogę zrozumieć dlaczego autorka, pani Akino Matsuki, nie zdecydowała się na zmianę jego płci, albo chociaż stylu bycia. Gdyby zdecydowała się na to pierwsze, moglibyśmy mieć do czynienia z ciekawym wątkiem romantyczny, w którym podejrzanego i śledczego zaczyna coś łączyć. W drugim, moglibyśmy dostać prawdziwą męską przyjaźń znaną z seriali z lat '80. Zamiast tego otrzymujemy coś po środku, co nie jest dobre.

#140 Pierwsze wrażenia #16- Over eyes

Przyznam szczerze, że sięgając po dzieła polskich autorów zawsze mam mieszane uczucia. Z jednej strony naprawdę cieszę się, że w naszej kulturze coś drga i, że są ludzie gotowi tworzyć i rozjaśniać nam szarą codzienność. Niestety często okazuje się, że twory te są kopią (i to marną) tego co stworzyli inni. Oczywiście przy takiej ilości utworów, wtórność jest nieunikniona, ale kiedy ostatnio spotkaliście się z naprawdę oryginalnym polskim utworem, nie będącym manifestem narodowościowców. Żeby była jasność tytuły takie w naszej kulturze funkcjonują, niestety Over Eyes do nich nie należy.

Po takim ponurym wstępie wypadałoby zacząć od jakiegoś pozytywu, abyście nie nabrali Drodzy Czytelnicy mylnego pojęcia o najnowszym komiksie Moniki Sąsiadek, a jest nim całkiem zgrabna fabuła. Zaczyna się ona w momencie gdy Kenta Sugisaki zostaje wysłany przez swoją siostrę San, po wodę do podlania ogródka. Nad pobliskim strumykiem znajduje on nagiego jegomościa obgryzanego przez czerwie. Niewiele się zastanawiając nasz bohater zabiera rannego do domu, aby opatrzyć mu rany. Niestety w ślad za nim podążyły również robaki, które mimo gabarytów osiemnastokołowej ciężarówki i tak miały być najlepszym co się miało rodzeństwu Sugisaki przydarzyć.

# 139 Minirecenzja #2- The Breaker #3

UWAGA! SPOJLER!

Czytając kolejny, trzeci już tom serii The Breaker, odniosłem wrażenie, że autorzy wreszcie zdecydowali się w jakim kierunku ma ona iść. Wątki zaczynają się wreszcie rozwijać, a tajemnice odsłaniać. 

Po zażyciu panaceum Il-wol w ciele Shi-woo, zaczynają zachodzić rewolucyjne zmiany. I nie chodzi tu o taką rewolucję jaką ma się po zjedzeniu nieświeżej ryby, czy kalarepy. Temperatura ciała naszego bohatera powoli, lecz nieustannie wzrasta. Do tego jago ki zaczyna szaleć. W opanowaniu tego stanu nie pomagają mu tabuny pięknych kobiet przechadzających się po korytarzach Szkoły Dziewięciu Smoków. Nie pomaga to również jego mistrzowi, który po ostatniej walce nie ma dość mocy, aby pomóc młodemu adeptowi.

Fabuła w trzecim tomie The Breaker wreszcie się zdecydowała i zaczęła zmierzać w jakimś konkretnym kierunku. Okazuje się, że wydarzenia z ostatniego tomu komiksu nie były jedynie nic nie znaczącym epizodem w życiu bohaterów, ale czymś co miało zainicjować dość istotnie wydarzenia. Kradzież panaceum i zabicie jednego z członków Murim, spowodowały, że palce tej organizacji coraz mocniej zaciskają się wokół szyj naszych bohaterów. Wzrosła również rola seksownej higienistki, która przestała być jedynie obiektem "cyckowych" żartów autorów tej opowieści. Okazuje się, że ma ona swoje własne plany, a jej zbliżenie się do Dziewięciogłowego Smoka, miało jej tylko ułatwić ich realizację.

# 138 Baśnie po raz wtóry. Recenzja komiksu Grimms Manga.

Na przełomie XVIII i XIX wieku bracia Wilhelm i Jacob Grimm rozpoczęli szeroko zakrojone badania mające na celu spisanie ludowych bajań, które miały uczyć małe dzieci moralności. Zaowocowały one powstaniem dwutomowego zbioru, zawierającego ponad dwieście opowiadań. Po raz pierwszy został on wydany w 1812 (tom pierwszy) i 1815 (tom drugi) roku. Kolejne wydanie pojawiło się już cztery lata później, a do śmierci  młodszego z braci w 1863 zrobiono to jeszcze pięciokrotnie. Od tego czasu Baśnie... zinterpretowano w literaturze, filmie i komiksie na tysiące różnych sposobów . W 2007 roku postanowiła ta zrobić również Kei Ishiyama.

Z Grimms Manga wiąże się pewien problem. Mianowicie nie do końca wiem, czy można go nazywać "pełnoprawną mangą". Z jednej strony autorka Kei Ishiyama urodziła się w Japonii, z drugiej komiks ten został pierwotnie wydany przez niemiecki oddział Tokyopop'u. Nie mniej jednak zbiór ten ma w tytule manga, a nie został wydany w Japonii pewnie jedynie dlatego, że Baśnie... w Kraju Kwitnącej Wiśni są po prostu nieznane. Co więcej, autorzy oryginału byli przecież Niemcami, więc gdzie, jak nie w ojczyźnie Goethego, tytuł ten powinien najlepiej się sprzedać. Dla mnie osobiście nie ma to jednak większego znaczenia, bo nie jestem zwolennikiem "teorii stylu mangowego", dlatego w tym miejscu zakończę te dywagacje i przejdę do konkretów. 

# 137 Pierwsze wrażenia #15- Savage Garden

(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Temat zmiany płci jest obecny w azjatyckim komiksie już od czasów Osamu Tezuki. Nic więc dziwnego, że problem ten jest już dość mocno wyeksploatowany. Nie mniej jednak, jest on mało znany przez polskich otaku. Być może właśnie dlatego Yumegari postanowiło zaryzykować i wydać jedną z tego typu manhw u nas. 

W szkole dla młodych angielskich arystokratów zwanej Savage Garden pojawił się nowy uczeń, Jeremy. Na pierwszy rzut oka nie różni się on niczym od innych chłopców którzy do niej uczęszczają. Różnice tkwią jednak w szczegółach. Jeremy wydaje się nieco wrażliwszy od innych. Nie lubi również przebierać się w obecności kolegów. Co więcej, szybko okazuje się, że jego pobyt w tej elitarnej placówce jest opłacany przez tajemniczego darczyńcę. Nic więc dziwnego, że po szkole szybko rozniosła się plotka, że może on być w jakiś sposób związany z królewskim rodem, albo innymi arystokratami wśród arystokracji. Domysły te są jednak mocno nietrafione, bo Jaremy ma tak naprawdę na imię Gabriela i jest stuprocentową kobietą. Momentami jednak wydaje się ona dużo bardziej męska niż większość jej kolegów ze szkoły.


# 136 Pierwsze wrażenia #14- Walkin' Butterfly

(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Kupując komiks z gołą babą na okładce, konsument ma wobec niego określone wymagania. Spodziewa się mianowicie, że w środku znajdzie kilka kolejnych, jej podobnych. No, ewentualnie może też znaleźć się tam jakiś chłop, co by je ogrzał, bo to się już nieco zimno za oknem robi. Jakież jest jego zdziwienie (konsumenta nie chłopa), gdy po kilku stronach lektury okazuje się, że główną bohaterką jest kobieta, której ostatnim zmartwieniem jest to z kim pójdzie dziś do łóżka. 



#135 Pierwsze wrażenia #13- Pet Shop of Horrors

(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Czy Wy też Drodzy Czytelnicy macie wrażenie, że w ostatnim czasie biurokracja rozrosła się do poziomu wręcz absurdalnego? Ostatnio nawet w sklepach wymagają od nas zapoznania się z całą masą dokumentacji. Nic więc dziwnego, że wielu z nas, aby zaoszczędzić nieco czasu, po prostu kartkuje wszystkie te papierzyska i składa podpis. W większości przypadków obędzie się to bez żadnych konsekwencji. Jednak jak wszystkie, również i ta reguła, posiada potwierdzający ją wyjątek.

Każde z dużych miast rozsianych po naszym globie posiada dzielnicę ciszącą się złą sławą. W Los Angeles takim miejscem jest Chinatown. To właśnie tam znajduje się tytułowy sklep zoologiczny. Prowadzi go młody mężczyzna, który każe nazywać siebie D i który, wbrew napisowi na szyldzie, nie jest hrabią. Tytuł szlachecki należy do jego dziadka, który nieustannie przemierza dalekie kraje w celu odnalezienia rzadkich okazów, które będzie można później z zyskiem sprzedać. Wiele z tych zwierząt jest tak niespotykane, że nie znajdziemy ich w żadnym spisie gatunków zagrożonych. Jednak nie to zainteresowało Leona Orcot'a, detektywa miejskiej policji. Od kilku lat w okolicy Chinatown dochodzi do serii tajemniczych zgonów. Większość z nich w toku śledztwa okazała się być wypadkiem lub śmiercią w wyniku nagłej choroby. Jest jednak coś co wiąże te sprawy. Wszystkie ofiary przed śmiercią odwiedziły sklep D i kupiły tam egzotyczne zwierze.

#134 Zakoloruj się w Marvelu. Recenzja komiksu Marvels.

(recenzja obejmuje trzynasty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Liczba trzynaście większości ludzi kojarzy się pechowo. Może właśnie dlatego na przekór tym insynuacjom wydawnictwo Hachette zdecydowało, że to właśnie oznaczony tym numerem tom Wielkiej Kolekcji, będzie zawierał najlepszą opowieść w całym dorobku Domu Pomysłów. 

Muszę się Wam przyznać Drodzy Czytelnicy, że zabierając się do tej recenzji stanąłem przed nie lada dylematem. Z jednej strony obiecałem sobie, że zrecenzuję wszystkie tomy Wielkiej Kolekcji... . Z drugiej zaś, część z tych historii została już w Polsce wydana i w rezultacie opisana przeze mnie już wcześniej, a nie bardzo mam ochotę oceniać drugi raz tego samego. Na szczęście w przypadku Marvels, problem ten rozwiązał się niejako sam z racji dużej ilości dodatków dodanych do tego wydania. Dlatego też zamiast standardowej recenzji skupię się tylko i wyłącznie na tej części komiksu. Jeżeli jednak mimo wszystko Drogi Czytelniku chciałbyś dowiedzieć się czegoś więcej o tej niesamowitej historii klikaj tutaj.

Zanim rysownik postawi pierwszą kreskę, która stanie się częścią składową wiekopomnego dzieła musi on najpierw zebrać odpowiednią ilość materiałów. W przypadku Marvels scenarzysta Kurt Busiek i rysownik Alex Ross musieli przekopać całą masę archiwalnych zeszytów o przygodach Marvel'owskich trykociarzy i znaleźć sieć powiązań między nimi. Wbrew pozorom nie było to, aż takie trudne, bo uniwersum Domu Pomysłów z założenia jest wewnętrznie spójne. Nie mniej jednak zdarzają się w nim pewne nieścisłości. O tym jak poradzili sobie z tym twórcy przeczytacie w ich komentarzach znajdujących się pomiędzy kolejnymi rozdziałami komiksu. Jednak nie tylko oni postanowili napisać coś od siebie odnośnie tego dzieła. Prócz nich dokonali tego również Stan Lee, człowiek który w dużej mierze odpowiada za sukcesy wydawnictwa w srebrnej erze komiksu oraz John Romita, przez wielu uważany za najlepszego rysownika, przygód Spider-Mana w historii. Wszystkie te materiały zawierają całą masę przemyśleń na temat serii i pozwalają dojrzeć więcej na kolejnych kadrach komiksu.

#133 Boska interwencja. Recenzja komiksu Avengers: Impas.

(Recenzja obejmuje dwunasty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

I nastał czas kiedy to bóg zstąpił na Ziemię. Przemierzał on martwe pola lodowej pustyni w poszukiwaniu herosa z dawnych czasów. Nie był jednak sam. Towarzyszyli mu nowi bohaterowie tej planety. Wśród nich był człowiek o słabym ciele, który, aby móc walczyć z silniejszymi od siebie przywdział szkarłatno-złotą zbroję. Był on dla boga wikingów sprzymierzeńcem, jak również bliskim przyjacielem. Obaj wiedzieli jednak, że nic nie trwa wiecznie i przyjaźń dwóch tak różnych istot musi w końcu zostać wystawiona na próbę.

Potężny Odyn nie żyje. Jego wielowiekowe rządy zakończył cios Surtura, ognistego giganta, odwiecznego wroga Asów. Wydarzenie to spowodowało, że na tronie zasiadł nowy Wszechojciec, Thor. Jedną z jego pierwszych decyzji było przeniesienie Asgardu do Midgardu, aby unosił się on nad najwspanialszym miastem ludzi, Nowym Yorkiem. Decyzja ta wynikała z potrzeby ponownego zbliżenia się bogów do ludzi. Cel ten został osiągnięty, bo liczba wyznawców Thora zaczęła szybko rosnąć. Tymczasem na Ziemi rada ONZ wydała rezolucję na mocy której grupa Avengers stała się światowym mocarstwem, niezależnym od jakiegokolwiek państwa. Posiadłość drużyny stała się Ambasadą wszystkich zamaskowanych herosów prowadzących swoją działalność na Ziemi. Niestety nawet to nie poprawiło sytuacji wewnątrz drużyny. Ant-Man i Walet Kier nadal kroczą wojenną ścieżką. Co gorsza każdy z nich boryka się z trudnymi problemami osobistymi. Pierwszy z nich walczy o prawo opieki nad swoją córką. Drugi nie może się pogodzić z faktem, że jego ciało stało się niestabilną bombą atomową, która bez długotrwałego leczenia może w każdej chwili wybuchnąć.

#132 Nigdy nie siej kwiatków w piwnicy. Recenzja komiksu Basement.

Pamiętam, że jak byłem mały to lubiłem jeździć do moich dziadków. Nie, nie mieszkali oni na wsi, ani nawet na przedmieściach. Oni mieszkali w centrum miasta . Nie mniej jednak ich dom posiadał ogromną piwnicę składającą się z kilku pomieszczeń. W jednym z nich były konfitury, w innym mały warsztat dziadka, a w kolejnym zwykła graciarnia. Było także jedno pomieszczenie w którym dziadek trzymał sadzonki, które potem przesadzał do ogródka. Dobrze robił, bo zaniedbana roślina potrafi być naprawdę groźna.

Każdy komiksiarz miał w swoim życiu taki okres kiedy marzył, że sam zacznie tworzyć. Narysuje parę kadrów i niczym Stan Lee stanie się wzorem dla młodych twórców. Szybko jednak okazuje się, że nie jest to takie łatwe jak się początkowo wydaje. Po pierwsze trzeba znaleźć kogoś komu spodoba się to co stworzymy i w konsekwencji nas wyda. Po drugie trzeba znaleźć też kogoś kto będzie chciał tą naszą historię czytać. Najłatwiejszym sposobem na spełnienie obu tych warunków, wydaje się być znalezienie wydawcy, który ma już ugruntowaną pozycję na rynku. Wydawcy którego logo na naszym dziele będzie tylko zachęcać potencjalnych czytelników. W PRL-u taką rolę pełniły czasopisma np.: Świat Młodych. Dziś publikuje się swoje rysowane opowieści na Deviantarcie, czy na innych tego typu portalach, jednak ich duża popularność sprawia, że nasze prace giną gdzieś w gąszczu bylejakości. Na całe szczęście w naszym kraju ciągle są wydawnictwa, które nie boją się ryzykować i wydają kolejnych "młodych-zdolnych". Ostatnio do ich grona dołączyło poznańskie Yumegari.

#131 Pałacowe romanse. Recenzja mangi Strażniczka Orelianu.

Pałacowe korytarze niezależnie od miejsca i czasu zawsze skrywały niezliczone ilości tajemnic. Czasem były to rzeczy błahe jak na przykład przepis na popisową jajecznicę jednej z kucharek trzeciej córki króla, czy też spór pomiędzy dwoma mniej ważnymi szlachcicami, o którym i tak wszyscy wiedzieli. Zdarzały się jednak sprawy o których wiedzieli jedynie nieliczni, sprawy o których bezpieczniej było nie wiedzieć.

Aira Welban różni się od większości swoich rówieśniczek. Jej nie kręcą piękne stroje i wielkie bale, ona woli walczyć mieczem. Opowieści o jej niezwykłych umiejętnościach i czystym sercu dotarły, aż do pałacu królewskiego. Nic więc dziwnego, że pewnego dnia do jej rodzinnej posiadłości przybył posłaniec z wiadomością od samego księcia Rudilisa, który zaproponował naszej wojowniczce stanowisko jego osobistego ochroniarza. Aria nie wiele się zastanawiając przyjęła propozycję, bo jakby nie patrzeć jest to stanowisko niezwykle prestiżowe, nawet jeżeli książę ma przypiętą łatkę kobieciarza. Niestety, wszystkie nieprzychylne plotki o następcy tronu znalazły swoje potwierdzenie już na kilka chwil po oficjalnym objęciu przez Arię stanowiska, kiedy to młody następca tronu obdarzył dziewczynę gorącym pocałunkiem. 

#130 Manga nad Wisłą #18

Wakacje!!! Wreszcie nastał czas na plażę albo góry lub też na góry na plaży, o ile wiecie co mam na myśli. Ale zaraz, wygląda na to, że śliczna pogoda, również wzięła sobie wolne i póki co jest "tylko zimno i pada". Prawdziwego komiksiarza jednak, nie powinno to zrazić, gdyż tak naprawdę to dopiero teraz ma on czas na to, aby to wszystko przeczytać, a brzydka pogoda powinna mu w tym tylko sprzyjać. Tym bardziej szkoda, że większość wydawnictw również wybiera się na wakacje, ale czy na pewno...?

Akira Toriyama powraca! W listopadzie JPF wyda długo oczekiwany 26 tom Dr. Slumpa. Ale zaraz, jak to, przecież seria ta zamknęła się w Japonii w 18 tomach. Cóż, po prostu każdy tom polskiego wydania to 50% oryginału oznacza to, że nad Wisłą Aralka zagości, aż 36 razy. Wydarzenie to wiąże się również z promocją. Otóż, wszystkie wydane już w naszym kraju tomy tego komiksu można kupić w sklepie wydawcy za jedyne 5,50, wyjątkiem jest tom 25, który można zakupić za 8,90. Teraz czekamy już tylko na wznowienie Oh! My Goddess. Toriyama wraca jednak nie tylko w Polsce, ale i w Japonii. Już za dwa tygodnie, czyli 13 lipca w Weekly Shonen Jumpie wystartuje Ginga Patrol Jako (Galaktyczny Patrol Jako). Mam nadzieję, że oznacza to, że kończy się któryś z popularnych dżampowych tasiemców najlepiej Naruto, które powoli już zjada własny ogon. 

#129 Minirecenzja #1- The Breaker #2

(Recenzja obejmuje drugi tom komiksu) 

Muszę przyznać Wam Drodzy Czytelnicy, że gdy zakładałem tego bloga to nie przypuszczałem, że będę recenzował jakąkolwiek serię tom, po tomie. Mimo to cieszę się, że coś takiego się stało. Tym bardziej, że padło na serię która bardzo mi się spodobała, przez co zadanie którego się podjąłem stało się nie przykrym obowiązkiem, ale przede wszystkim dobrą zabawą. 

Pierwszy tom The Breaker zakończył się w momencie kiedy to na dachu Szkoły Dziewięciu Smoków rozpoczął się pojedynek pomiędzy, odstającym nieco od koreańskich standardów nauczycielem języka angielskiego, Han'em Chun-woon'em, a tajemniczą czarnowłosą pięknością. Przyznam szczerze, że spodziewałem się, jeżeli nie silnej wymiany ciosów, to choćby kilku ostrych zdań, nic takiego się jednak stało. Fakt ten zdziwił nie tylko mnie, ale również mimowolnego świadka tych wydarzeń, czyli młodego Lee Shi-woon'a, który gdy przyglądał się tej scenie, miał podobny do mojego wyraz twarzy. Co ważne jednak, wydarzenia te wprowadziły do serii nową postać: śliczną Lee Si-ho, pełniącą w szkolę rolę higienistki. 

Przyznam szczerze, że do dziś nie wiem czemu Yumegari zdecydowało się na tą nazwę pełnionego przez nią zawodu, zamiast użyć potocznej, ale wydawało by się bardziej stosownej w tym miejscu "pielęgniarki". Zostawmy to jednak, bo pani higienistka z miejsca stała się moją ulubioną postacią w serii. Genialnie narysowane zmysłowe kształty bohaterki powodowały, że zdarzało mi się na dłużej zatrzymywać wzrok na kadrach z jej udziałem. Jednak nie tylko to zadecydowało o mojej sympatii do niej. Si-ho mimo, że jest postacią bardzo otwartą, to szybko okazuje się, że ma ona jakąś tajemnicę, co tylko czyni tę postać ciekawszą. Jedyną wadą scen z udziałem pięknej Si-ho może być duża ilość "cyckowego" humoru, który może odrzucić część potencjalnych czytelników. W mojej ocenie jednak wszystkie te sceny są autentycznie śmieszne, a ponętna pani która je aranżuje, tylko podnosi ich wartość. 

#128 Gdzie są moje gacie? Recenzja filmu Człowiek ze Stali.

Ostatnimi czasy dziesiąta muza, niczym panna na wydaniu, coraz śmielej nęci nas komiksiarzy swoimi wdziękami. Początkowo szło jej nie najlepiej, kolejne odsłony skrawków jej cia..., to jest, kultowych dzieł światowego komiksu, zamiast przyciągać do niej śliniących się kawalerów skutecznie ich od niej odpędzały. Doszła więc do wniosku, że widocznie nie eksponowała tego co powinna. Zwolniła więc dotychczasowych wizażystów, czy innych scenarzystów i po dokładnych oględzinach jej walorów zaczęli od Początku. Strategia okazała się na skuteczna, bo dziś nawet i ja, mimo, iż do niedawna stroniłem od aktorskich wersji moich ulubionych opowieści, chętnie wpadam do Dziesiątej pooglądać to co ma mi do zaoferowania. Tym razem mój wzrok padł na Człowieka ze stali.


Mało kto dziś wie, że pierwsza filmowa adaptacja komiksu superbohaterskiego weszła na ekrany amerykańskich kin ponad sześćdziesiąt lat temu. Dokładnie miało to miejsce w 1951 roku, a filmem tym był Superman and the Mole Men w reżyserii Lee Sholem'a. Na kolejną ekranizację przygód Kal-El'a fani komiksu musieli czekać, aż do roku 1978, kiedy to w rolę człowieka ze stali wcielił się genialny Christopher Reeve, który odegrał tę postać, aż czterokrotnie, przez co wielu do dziś to właśnie z jego twarzą kojarzy Supermana. Po raz kolejny tego superbohatera mogliśmy oglądać na wielkim ekranie nie tak dawno temu, bo w 2006 roku przy okazji bardzo słabo odebranego Powrotu Supermana. Dziś historia zatocza koło i, podobnie jak to miało miejsce sześćdziesiąt dwa lata temu, znowu możemy oglądać przygody najpotężniejszego z superbohaterów na wielkim ekranie.

#127 Pierwsze wrażenia #12- 6000

(Recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)

Woda, twór pokrywający ponad 70% naszej planety z którego miliony lat temu na ląd wypełzło życie. Bardzo mu się tu spodobało dlatego też zaczęło ono systematycznie opanowywać nowe rejony, powoli zapominając o swojej wilgotnej kolebce. Sytuacja ta zaczęła się jednak zmieniać, w momencie gdy ta sucha kraina oddała swoim nowym panom już wszystko co miała im do zaoferowania. To właśnie wtedy w głowach niegdysiejszych dzieci oceanów narodził się pomysł, aby powrócić do głębin. Niestety w swojej pysze zapomnieli oni, że życie nigdy nie opuściło podmorskich toni. Co więcej, nie wzięli oni pod uwagę faktu, że władcy głębin mogą sobie nie życzyć odwiedzin swoich wysuszonych kuzynów. 

Ostatnie wydarzenia na naszym rodzimym rynku mangowym pozwalają wysnuć teorię, że Polacy lubią się bać. Wydawane od niedawna rysowane horrory spadły na podatny grunt i cieszą się w naszym kraju coraz większym wzięciem. Nic więc dziwnego, że kolejni wydawcy próbują swoich sił na tym polu. Jednym z nich jest poznańskie Yumegari, które niedawno wypuściło pierwszy tom mangi 6000, autorstwa Nokuto Koike. Tytuł komiksu może wydawać się nieco dziwaczny, jednak, wbrew pozorom nie jest on przypadkowy, gdyż akcja komiksu dzieje się właśnie na takiej głębokości. W tym momencie można zadać sobie pytanie: "skąd tyle japońskich opowieść grozy koncentrujących się na zagrożeniu pochodzącym z morskich otchłani?", bo przecież nieobcy jest polskiemu czytelnikowi inny horror którego akcja jest blisko związana z morzem, czyli Gyo, Junji Ito. Otóż należy pamiętać, że Japończycy to przede wszystkim wyspiarze, dlatego właśnie na otaczających ich wodach opierają swoją stabilność ekonomiczną oraz bezpieczeństwo. Wyraźnie było to odczuwalne w latach 1636-1854, gdy to dość skutecznie odizolowali się oni od Europejczyków i Amerykanów. Nic więc dziwnego, że Japończycy dobrze rozumieją jakie zagrożenia może nieść ze sobą ten, słabo przecież poznany przez człowieka żywioł. Dodajmy do tego jeszcze talent potomków samurajów do wymyślania najbardziej wykręconych stworów i mamy gotowy przepis na horror.

#126 Manga nad Wisłą #17

Rynek mangowy w Polsce powoli zwalnia, a to bezsprzecznie oznacza, że zbliża się lato. Okres w którym wydawcy odpoczywają oraz rewidują swoje plany na drugą połowę roku, a czytelnicy mają okazję na dokarmienie swoich portfeli, które skutecznie odchudziła lawina nowości z początku roku. Oczywiście można pójść w inną stronę i wreszcie zakupić coś, co przez kilka miesięcy znajdowało się jedynie w sferze naszych marzeń. Zanim jednak do tego dojdzie przyjrzyjmy się jak przez ten ostatni miesiąc zmienił się nasz rynek.

Na początek uzupełnienie poprzedniej Mangi nad Wisłą. Otóż z przykrością donoszę, że w zeszłym miesiącu zapomniałem poinformować Was, Drodzy Czytelnicy o nowym wydawnictwie, które próbuje sił na naszym rynku. Na to wołające o pomstę do Nieba przeoczenie zwrócił mi uwagę w komentarzach amsterdream, za co chciałbym mu teraz serdecznie podziękować. Tak więc śpieszę was poinformować, że 14 kwietnia swoją działalność rozpoczęło wydawnictwo Taiga. Nazwa to oznacza Tygrysa o czym dość dobitnie informowało nas stare logo wydawnictwa. Tak, stare, ponieważ to które widzicie z boku to nowa wersja logotypu. W mojej opinii, dużo lepsza od poprzedniej. Na dzień dzisiejszy Taiga zapowiedziała trzy serie komiksowe. Pierwsza z nich, Strażniczka Orelianu autorstwa Rin Kouduki,  swoją premierę ma mieć już 5 czerwca. Ta jednotomowa historia koncentruje się na postaci Airy, której zostaje powierzone stanowisko osobistego rycerza jego wysokości księcia Rudeiris'a. Służba ta rozpoczyna się dość niezwykle, gdyż książę ofiarowuje swojemu ochroniarzowi gorący pocałunek. Tych którzy spodziewają się, że młody następca tronu przejdzie po tym do rzeczy, muszę zmartwić, bo Strażniczka... jest romansem. Przykładowe plansze z tej serii znajdziecie na taigowym facebooku.

#125 Dzisiaj już nie wraca się z piekła. Recenzja komiksu Ostatnie dni Stefana Zweiga.

Niemcy, naród który skazał Europę na najbardziej krwawą z wojen. Naród, który oddał władzę w ręce potwora. Wreszcie, naród, który doprowadził lud mojżeszowy do granicy zagłady. Jednak, czy wszyscy Niemcy popierali politykę swojego wodza? Oczywiście, nie. Jednak walka z nim była z góry skazana na porażkę, zwłaszcza jeśli równocześnie było się Żydem. Dlatego też wielu  z nich zdecydowało się na wieloletnią tułaczkę po świecie i opuszczenie kraju swoich ojców. Jedną z takich osób był, mało dziś znany w Polsce, austriacki pisarz i dramaturg, Stefan Zweig, którego historia w 2012 roku została przypomniana francuzom. Dziś, dzięki Wydawnictwu Komiksowemu, również i my możemy poznać historię tego wybitnego, żydowskiego humanisty.  

Stefan Zweig urodził się 28 listopada 1881 roku w Wiedniu w domu Moritz Zweig, włoszki, której rodzina zarządzała żydowskimi bankami nad Tybrem. Głównym zainteresowaniem młodego Austriaka, były nauki humanistyczne, dlatego podjął on naukę na Uniwersytecie Wiedeńskim, na którym w 1904 roku obronił doktorat z filozofii. Dwadzieścia lat później był już jednym z najbardziej rozpoznawalnych austriackich pisarzy, który zasłynął miedzy innymi pacyfistyczną sztuką Jeremiasz, która powstała jako sprzeciw przeciwko I Wojnie Światowej. Zweig wyemigrował do Anglii w 1934 roku, gdy spostrzegł, że objęcie władzy przez Hitlera jest już jedynie kwestią czasu. Sześć lat później napięta sytuacja w Europie zmusiła go najpierw do ucieczki do Stanów Zjednoczonych, skąd kilka miesięcy później udał się do Brazylii, gdzie osiedlił się wraz ze swoją wieloletnią asystentką, a teraz również żoną, Lotte. Właśnie w tym momencie rozpoczyna się akcja komiksu stworzonego przez duet: Guillame Sorel (rysunki), Laurente Seksik (scenariusz).

#124 Groza symetrii. Recenzja komiksu Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena.

(recenzja obejmuje dziesiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Każdy z nas dąży do osiągnięcia doskonałości w tym co robi. Poeta pieści każdą napisaną przez siebie strofę tak długo, dopóki nie skruszy ona nawet najtwardszych serc. Kucharz doskonali swój popisowy strucel dopóty, dopóki każdy kto go skosztuje nie będzie chciał jeść już niczego innego. Ja również staram się doskonalić swoje teksty, tak aby "zatruły" one twoją duszę, drogi czytelniku i abyś z wypiekami na twarzy oczekiwał kolejnej notki. Także myśliwi dążą do doskonałości, chcąc udowodnić sobie i światu, że to właśnie oni są najdoskonalszą z bestii.

Widać który z superbohaterów Marvela najlepiej się sprzedaje. Dziesiąty tom Wielkiej Kolekcji... i już trzeci  w całości poświęcony Spider-Man'owi, a przecież pojawił się on również gościnnie w Upadku Avengers. Tym razem jednak dostajemy historię niezwykłą. Przez wielu uważaną za najlepszą opowieść o Pająku w historii i, jak przyznaje we wstępie do polskiego wydania dyrektor Panini, Marco M. Lupoi, jedną z niewielu opowieści w stu procentach spełniającą wszystkie założenia mrocznej ery komiksu, która trwała przez ostanie dwie dekady XX wieku. Opowieść ta na pewno zadowoli również fanów tradycyjnych kryminałów i powieści noir, które koncentrują się głównie na przewodnim wątku fabularnym, maksymalnie marginalizując te które są zbędne dla całościowego ogarnięcia sytuacji. Siergiej Krawinow, figurujący w policyjnych aktach jako Kraven Łowca, umiera. Czuje on na swoich plecach oddech śmierci, ale nie chce jeszcze się z nią spotykać. Nie kiedy, wciąż nie zrealizował on swojego ostatecznego celu, upolowania najpotężniejszej z żyjących bestii. Jej głowa zawiśnie wkrótce na honorowym miejscu patrząc z góry na inne drapieżniki, zawstydzając je oraz ich słabość. Niestety Spider-Man nadal żyje, czym kpi sobie z talentów najbardziej utalentowanego myśliwego jakiego kiedykolwiek nosiła ta ziemia.

#123 Wystarczy jeden zły dzień. Recenzja komiksu Avengers: Upadek Avengers.

(recenzja obejmuje dziewiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Każdy z nas miewa takie chwile kiedy wydaje mu się, że wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko niemu. Rano samochód nie odpala, a autobus który w zamyśle miał być dla niego alternatywą spóźnił się. Szef w pracy wydał srogą reprymendę za coś czego nie zrobiliśmy, kochanka nie przyszła, a żona przypaliła obiad. Lepiej było nie wstawać z łóżka, prawda? Cóż, część z was zapewne odpowie "prawda", inni zaś powiedzą, że zawsze mogło być gorzej i również będą mieli rację. Zawsze mogliśmy się urodzić superbohaterami, ich ciężkie dni są sto razy gorsze od naszych.

Na początku XXI wieku Marvel przeżywał ciężkie chwile. Ilość czytelników systematycznie spadała, a firma znalazła się na krawędzi bankructwa. Misję zmiany tego stanu rzeczy otrzymał nowy redaktor naczelny Joe Queseda, który w 2000 roku zastąpił na tym stanowisku Bob'a Harras'a. Pomysł nowego szefa był prosty, wprowadzić do firmy jak najwięcej nowych twórców z nowymi pomysłami, którzy gruntownie przebudują nieco już skostniałe uniwersum. Jednak żeby coś zbudować trzeba najpierw coś zepsuć, a jeszcze lepiej wypalić do gołej ziemi. Dobrym pretekstem do tego może być jubileuszowy, pięćsetny numer jednej z najlepiej rozpoznawalnych serii komiksowych. Historia przedstawiona w Upadku Avengers rozpoczyna się w momencie gdy na terenie rezydencji Mścicieli pojawia się niedawno zmarły Jack Heart znany bardziej jako Walet Kier (ang. Jack of Hearts). Na spotkanie z nim wychodzi Scott Lang (Ant-Man), który czuje się winny śmierci przyjaciela, gdyż ten poświęcił życie dla ratowania jego córki. Rozmowa pomiędzy niegdysiejszymi przyjaciółmi jest krótka, Jack wypowiada tylko jedno słowo "Przepraszam" i wybucha Scott'owi w twarz zabierając go ze sobą przed oblicze niedoszłej kochanki Thanos'a. Na nieszczęście dla Avengers jest to dopiero początek całej serii dziwnych zdarzeń, które dla wielu będą odpowiedzią na pytanie: "Czy warto nadal to ciągnąć?".

#122 Bohater jest w środku. Recenzja filmu Iron Man 3.

Wyobraźcie sobie sytuację w której jesteście superbohaterami. Nadludzkimi istotami o niemal nieograniczonych mocach walczących z hordą przeciwników. Wyobraźcie sobie, że gdy zdejmujecie swój kolorowy kostium przebieracie się w najwytworniejsze stroje i idziecie na bal. Taki prawdziwy, na którym błyszczycie jak najdoskonalszy diament, który przyciąga wzrok przedstawicieli płci przeciwnej, u pozostałych budząc zazdrość. Wyobraźcie sobie wreszcie, że posiadacie niemal nieograniczony budżet, nie musicie dla nikogo pracować, a to co zbudujecie jest wyłącznie wasze? Co czujecie? Dumę? Odpowiedzialność? Potrzebę utrzymania status quo, a może wszystko po trochu? Tony Stark ma to wszystko, a jedyne co czuje to strach.

Bitwa o Nowy York ostatecznie udowodniła, że nie jesteśmy w kosmosie sami. Prócz nas we wszechświecie egzystują również inne istoty. Kosmici oraz bogowie. Niektórzy z nich tylko obserwują, inni zbroją się do walki i prędzej czy później nas zaatakują. Na całe szczęście mamy po swojej stronie garstkę ludzi mogących stawić im czoło. Jednym z nich jest Iron Man, który nie tak dawno zadał decydujący cios flotylli obcych. Dziś świat wraca powoli do normalności. W wiadomościach coraz mniej kosmitów, a coraz więcej "swojskich" mudżahedinów wygrażających kałasznikami amerykańskiemu prezydentowi i jego świcie. W tym roku przewodzi im człowiek nazywający siebie Mandarynem. Ma on na swoim koncie, już kilka udanych zamachów bombowych o tyle tajemniczych, że nigdzie nie znaleziono szczątków ładunków wybuchowych. To jest jednak nieważne, bo po piętach już depcze mu Iron Patriot (przemalowany War Machine), który pewnie niebawem go złapie. Co z Tony'm Stark'iem, zapytacie? Otóż rzadko pojawia się on publicznie. Jego firmą zarządza obecnie jego wieloletnia asystentka Pepper Potts, a on sam podobno ciągle udoskonala swoją zbroję, aby mogła znów nas ochronić w chwili prawdziwego zagrożenia.

#121 W poszukiwaniu własnego dziedzictwa. Recenzja komiksu Thor: Odrodzenie.

(recenzja obejmuje ósmy tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Człowiek już taki jest, że chce wiedzieć skąd pochodzi. Teorie na ten temat zaczęliśmy snuć już na kilka chwil po tym jak zeszliśmy z drzew. Wiele z nich, na skutek małej ilości zwolenników, zaginęło w mrokach dziejów. Te zaś, które wydawały się dla większości z nas wiarygodne, zaczęły urastać do rangi mitów. Z czasem ludzkość stworzyła niezliczone panteony różnorakich bóstw. Na skutek naturalnej selekcji wiele z nich zostało bezpowrotnie utraconych. Inne zaś, są dziś ponownie odkrywane. Taki los spotkał m.in. bogów nordyckich, którzy, za sprawą dzisiejszych pop-twórców, ponownie skupiają wokół siebie rzesze wyznawców.

Okładka Thor #10
Nie zamieszonego w albumie,
ale bardzo mi się spodobała dlatego tu jest
To musiało w końcu nadejść. Łodzie pełne olbrzymów dobiły do brzegów Asgardu, rozpoczynając przepowiadany od wieków Ragnarok, ostateczną bitwę, w której mieli zginąć wszyscy bogowie. Tak też się stało. W wojennym ogniu polegli Odyn i Heimdall, poległ Loki oraz Sif, poległ wreszcie Thor, syn Odyna, a prywatnie członek sławetnej grupy amerykańskich superbohaterów, Avengers. Wśród ofiar nie znalazł się jednak, Donald Blake, alter-ego boga grzmotów, który teraz nieustannie zakłóca spokój martwego bóstwa. Jak łatwo się domyślić Thor w końcu ulega namowom człowieka i decyduje się powrócić, aby odbudować dawne królestwo swojego ojca. Swoją nową siedzibę postanawia założyć on w... Oklahomie. Niestety świat podczas jego nieobecności zmienił się. Układ sił wśród superbohaterów został zmieniony. Wszystko za sprawą niedawnej Wojny Domowej, która doprowadziła do obsadzenia Tony'ego Stark'a na stanowisku naczelnika SHIELD. Bóg gromów ma jednak własne zmartwienia. Dusze poległych podczas Ragnaroku bogów zagnieździły się ciałach zamieszkujących Ziemię ludzi. Thor nie jest jednak tak wspaniałomyślny jak mogłoby się wydawać. Nie ma on w planach przebudzenia wszystkich dawnych mieszkańców Asgardu, ponieważ chce on uniknąć konfrontacji z przeciwnikami swoich nowych idei. Gromowładny musi się jednak spieszyć, bo nie jest do końca pewny, czy nagła śmierć nosiciela, nie zniszczy przypadkiem duszy zamieszkałego w nim bóstwa.

- Copyright © 2010-2014 Półka pełna komiksów - Ore no Imouto - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -