#157 Papierowy Debiut

Ponad czteroletnie doświadczenie na blogu zaowocowało. W najnowszym, dwudziesty numerze magazynu Arigato możecie Drodzy Czytelnicy przeczytać moją recenzję anime Kill la kill, którą napisałem wspólnie z redaktorem naczelnym pisma Arkadiuszem Dzierżawskim. 

Magazyn możecie zamawiać na stronie wydawcy, sklepach specjalistycznych lub w Empiku.

Okładeczka magazynu
Fragment mojego papierowego debiutu

#156 Czy można zmienić przyszłość? Recenzja filmu X-Man: Przyszłość która nadejdzie.

UWAGA!!!
NA KOŃCU ARTYKUŁU ZNAJDUJE SIĘ KRÓTKIE WYJAŚNIENIE WYDARZEŃ ZE SCENY BONUSOWEJ. JEŻELI NIE CHCESZ PSUĆ SOBIE ZABAWY SKOŃCZ PRZEWIJANIE GDY ZOBACZYSZ TABELKĘ Z OCENĄ.

Jedną z pierwszych historii o podróżach w czasie jest pochodzący z VII w. p.n.e hinduski mit o królu Revaicie, który, po spotkaniu z bogiem Brahmą, powraca na Ziemię wiele lat po jej opuszczeniu, mimo, że sama rozmowa była dużo krótsza. Późniejsi pisarze wielokrotnie powracali do tego konceptu, jednak ich bohaterowie zawsze podróżowali przy pomocy nadprzyrodzonych mocy. Sytuacja ta zmieniła się w roku 1895 kiedy opublikowano Wehikuł czasu Herberta George’a Wellsa, który jako pierwszy zaproponował, aby bohaterowie przemieszczali się w czasie o własnych siłach. Pierwszym komiksem traktującym o podróżach w czasie był premierowy zeszyt New Fun Comics wydany w lutym 1935 roku przez National Allied Publications (później DC Comics). Od tego czasu kolejni (super)bohaterowie kolorowych zeszytów wielokrotnie odwiedzali lub byli odwiedzani przez przybyszy w innego czasu.

Czy zaryzykowałbyś spotkanie z samym sobą z przyszłości?
Chris Claremont, człowiek którego fanom mutantów nie trzeba przedstawiać. To właśnie on przez ponad szesnaście lat tworzył przygody X-Men, co daje mu tytuł amerykańskiego twórcy najdłużej pracującego nad jednym tytułem (na drugim miejscu jest Erik Larsen pracujący od 12 lat nad serią Savage Dragon). Jego najlepiej znanym komiksem jest Mroczna Phoenix, po którego zakończeniu mało kto wierzył, że w niedługim czasie powstanie równie dobry komiks o mutantach. Na szczęście stało się inaczej. Już cztery miesiące później Marvel wydał pierwszy zeszyt dwuczęściowej historii Days of Future Past, którego okładka informowała, że większość mutantów była martwa lub aresztowana. Wnętrze komiksu było równie intrygujące, co spowodowało, że do dziś nosi on miano kultowego. Nic więc dziwnego, że to właśnie ten tytuł stał się bazą scenariusza do najnowszego filmu z uniwersum X-Men.

Blink tworząca portal, podczas obrony sali w której znajduje się ciało Wolverine'a
Akcja Przyszłości która nadejdzie rozpoczyna się w mrocznej przyszłości rządzonej przez potężne roboty zwane Sentinelami. Zostały one stworzone w celu eksterminacji nosicieli genu X. Z czasem nauczyły się one również rozpoznawać homo sapiens, których potomstwo będzie mutantami. Po wieloletniej walce opór stawiają już tylko nieliczni. Zdają sobie oni jednak sprawę z tego, że ich szanse na zwycięstwo są coraz mniejsze. Postanawiają więc postawić wszystko na jedną kartę. Dowodzący ruchem oporu prof. Charles Xavier (Patrick Stewart) postanawia odbyć podróż w przeszłość, aby zapobiec zamordowaniu Bolivara Traska (Peter Dinklage), ponieważ właśnie to wydarzenie to stało się przyczynkiem do masowej produkcji robotów. Niestety plan ten ma kilka wad. Po pierwsze, tak daleka wycieczka w przeszłość niemal na pewno spowoduje ciężkie obrażenia mózgu podróżnika. Po drugie możliwa jest wyłącznie podróż jaźni, należy więc chronić ciało podróżnika. Po trzecie wreszcie, jedynym sposobem, aby przenieść się w przeszłość jest użycie mocy Kitty Pride (Ellen Page), a to na pewno zwabi Strażników. Mając to wszystko na uwadze w przeszłość zostaje wysłany Wolvernie, który musi przekonać młodego Xaviera do połączenia sił ze swoim największym wrogiem.

Sentinel z 1973 roku (u góry) i z przyszłości 
Logan trafia więc do roku 1973, ponad dziesięć lat po kryzysie kubańskim w którym to nieoficjalnie miała brać udział grupka mutantów (X-men: Pierwsza klasa). Swoje pierwsze kroki kieruje on do szkoły dla młodych talentów, gdzie ma nadzieję znaleźć młodego profesora. Niestety szkoła jest zamknięta, a sam Xavier (James McAvoy) zupełnie nie przypomina tego z przyszłości. To był ten moment kiedy po raz pierwszy (ale nie ostatni) na seansie powiedziałem cichutko "wow". Przywódca mutantów wreszcie przestał być postacią ikoniczną. Można wręcz śmiało powiedzieć, że się stoczył. Jego wiara w misję stworzenia świata przyjaznego zarówno dla ludzi jak i dla homo superior wyparowała. W tym momencie zrozumiałem również dlaczego znów tak dużą rolę dostał Hugh Jackman (poza ściągnięciem do kin przedstawicielek płci pięknej), Wolverine jest jedyną postacią która w sposób wiarygodny może wyciągnąć Xaviera z dołka.

Tyrion Lannister planujący eksterminację mutantów
W ogóle oglądając Przyszłość... miałem wrażenie, że śledzę fabułę przemyślaną od początku do końca. Przez sześć poprzednich części sagi w uniwersum nagromadziła się duża ilość postaci i to w obu liniach czasowych. W filmie występuje większość z nich, jednak nie czuje się przez to przeładowania postaciami. Każda z nich ma do odegrania swoją rolę i się jej trzyma, dzięki czemu widz nie ma wrażenia, że gdzieś któraś postać została wepchnięta na siłę. A przecież nie należy zapominać, że w filmie są i nowe postaci. Na największe słowa uznania zasługuje postać Quicksilvera (Evan Peters), którego imię zostało zmienione z Pietro na Peter. Sceny z jego udziałem są najlepszymi w całym filmie. Zwłaszcza ta dziejąca się w kuchni Pentagonu, która w mojej opinii wejdzie w poczet najlepszych scen w historii kina. Kolejną postacią zasługującą na uwagę jest postać Blink (Fan Bingbing). Od razu widać było, że jest ona zaprawiona w boju, bo tworzone przez nią portale zawsze pojawiały się w taktycznie pożądanych miejscach.


Akcja filmu odbywa się dwutorowo. Pierwsza linia fabularna przedstawia działania Wolverine'a mające na celu ocalenie Traska, druga opisuje ochronę jego ciała. Ta pierwsza jest o tyle ironiczna, że mutanci muszą w niej ochronić człowieka, który zaprojektuje roboty mające ich zabić. W drugiej poznajemy ich finalną wersję, która moim zdaniem zbyt mocno przypominała Destroyera z Thora. Na szczęście równowaga w pokazywaniu obu linii czasowych została zachowana. Ta pierwsza zdecydowanie przeważa, bo i dzieje się w niej więcej ciekawych rzeczy. Drugą tak naprawdę śledzimy tylko na początku i na końcu filmu.

Mimo tak dużej ilości bohaterów o zdolnościach bojowych w samym filmie scen walki jest niewiele. Przyszłość.. jest przede wszystkim opowieścią o akceptacji samego siebie i próbie znalezienia swojego miejsca w świecie. Pytanie to stawia sobie każdy z głównych bohaterów, no może poza Magneto, który wreszcie nie jest głównym antagonistą serii. Film zdecydowanie polecam obejrzeć do samego końca, bo bonusowa scena została umieszczona dopiero po całej liście płac, a naprawdę warto ją zobaczyć.




#155 Ostatni taki event. Recenzja komiksu Wojna Domowa

Seriale mają to do siebie, że po pewnej, skończonej liczbie odcinków ich popularność zamiast ciągle iść w górę, zaczyna gwałtownie opadać. Zjawisko to zachodzi najczęściej w momencie, gdy odbiorcy zaczynają dochodzić do wniosku, że istnieją lepsze sposoby na spędzenie wolnego czasu niż śledzenie po raz n-ty tych samych wydarzeń. Jest to też zwykle ten moment gdy twórcy muszą zdecydować, czy zamknąć produkcję, czy też zasiąść przy stole i wymyślić (wreszcie) coś nowego. W przypadku komiksowych uniwersów oznacza to zwykle stworzenie historii "po której nic nie będzie takie jak przedtem".


Droga do, chyba najlepiej rozpoznawalnego komiksu Marvela XXI wieku, rozpoczęła się na początku 2004 roku, kiedy to wydano pierwszy zeszyt miniserii Tajna Wojna. Zamieszanie jakie wywołał w niej Nick Fury spowodowało, że status superbohaterów na Ziemi-616 zaczął się gwałtownie zmieniać. Społeczeństwo amerykańskie, które do tej pory łaskawym okiem spoglądało na beztroskie niszczenie przez trykociarzy mienia publicznego, zaczęło dostrzegać, że pod zawalonymi, betonowymi blokami leżały również ciała mimowolnych świadków ich starć. Rząd postanowił więc zareagować. Zaproponowano wprowadzanie ustawy regulującej działalność superbohaterów. Spotkało się to jednak z ostrym sprzeciwem samych zainteresowanych, co doprowadziło do wstrzymania prac nad ustawą. Mimo to, Iron Man, Mr. Fantastic i czterech innych herosów postanowiło zaprowadzić porządek na własną rękę, powołując do życia grupę zwaną Illuminati. Początkowo odnosiła ona sukcesy, potrafiąc szybko reagować na wybryki Wolverine'a (Wróg publiczny), Hulka (Planeta Hulka) i Scarlet Witch (Upadek Avengers, Ród M), mimo to opinia publiczna nie ustępowała. Czarę goryczy przelała grupa New Warriors, której nalot na kryjówkę czterech uciekinierów z Raft zakończył się śmiercią ponad 600 cywili, rozpoczynając tym samym wojnę w której na przeciw siebie stanęli najpotężniejsi ziemscy superbohaterowie.

Jak widzicie, aby móc w pełni zrozumieć to co dzieje się w Wojnie domowej czytelnik musi znać całą masę wcześniejszych opowieści. Wyczerpujący opis tego co napisałem powyżej (i jeszcze paru innych istotnych zdarzeń które pominąłem) zająłby pewnie z tuzin stron Ech z przeszłości i jakością przypominałoby streszczenie Mody na sukces. Na szczęście wydawcy WKKM nie musieli iść tą drogą, bo polski czytelnik wiele z tych historii już poznał. Problemem jest natomiast wiedza o historiach dziejących się równolegle. Podczas trwania wojny, na Ziemi-616 działała ponad setka superbohaterów i niemal każdy z nich wziął w niej udział (a i kilku superłotrów sympatyzowało z każdą ze stron). Nic więc dziwnego, że historia ta objęła prawie czterdzieści serii wydawanych w tamtym okresie przez Marvela (z czego prawie połowa to miniserie z Civil War w tytule). Wydawać by się więc mogło, że jest to wystarczające odciążenie scenarzysty głównego wątku, który może skupić się militarnym aspekcie eventu. Pokazaniu w jaki sposób grupy prowadzone przez Kapitana Amerykę i Iron Mana planują swoje kolejne działania, jak wpadają w pułapki i w jaki sposób się z nich uwalniają oraz jakie ponoszą przy tym straty. Wątki przedstawione w innych seriach można było ograniczyć do wspomnienia w dialogach lub do kilku sprytnie wplecionych kadrów. Ja jednak odniosłem wrażanie, że Millar chciał, aby to w jego historii pojawiły się wszystkie najistotniejsze wątki wchodzące w skład eventu. Spowodowało to, że tempo akcji komiksu jest nie równe, co najmocniej odbiło się to na kreacjach głównych bohaterów.

Najważniejszymi postaciami Wojny domowej są Iron Man i Mr. Fantastic, którzy Ustawę o Rejestracji Superludzi poparli oraz Kapitan Ameryka, który wierzy, że żadne regulacje nie są superbohaterom potrzebne. Najgorzej została poprowadzona postać tego ostatniego. Zachowanie Steve Rogersa (który jest jedną z moich ulubionych postaci w uniwersum Marvela) przez większość komiksu przypomina działania tępego muła, który idzie na przód nie bacząc na konsekwencje. Zupełnie jak młody żołnierz, który po raz pierwszy dostał do rąk karabin z ostrą amunicją, a nie jak zaprawiony w bojach weteran. Do tego jego decyzja o nie poparciu ustawy w mojej opinii nie została wiarygodnie uzasadniona. Bardziej podobała mi się kreacja Steve'a w wydanym w Polsce przez Muchę New Avengers: Wojna Domowa. Kolejną dziwnie poprowadzoną postacią była Miriam Sharpe. Matka jednej z ofiar nieudanej akcji New Warriors i kobieta, która była inspiracją dla poparcia przez Iron Mana i spółki nowych regulacji. W komiksie widzimy jak jej pozycja stopniowo rośnie. Potrafi ona przekonać Amerykanów do swoich racji i nagle... znika. Szkoda, że Millar nie zdecydował się na większe upolitycznienie konfliktu. Miriam mogłaby wtedy być głównym rozgrywającym na politycznej scenie USA i postacią będącą przeciwwagą dla działającego z ukrycia Nicka Fury'ego. Niestety zaraz po wojnie Marvel z niej zrezygnował (istotną rolę odegrała jeszcze tylko w Fear Itself: The Home Front). 


Oczywiście w serii można znaleźć też postaci nieźle wykreowane. Najbardziej podobał mi się konflikt wewnątrz Fantastycznej Czwórki. Reed Richards, który staje się prawą ręką Tony'ego Starka, tak bardzo oddaje się badaniom nad wpływem superludzi na społeczeństwo, że całkowicie odseparowuje się od reszty grupy. Porzuca przy tym Johnny'ego, który staje się jedną z pierwszych ofiar wojny oraz Sue, co w istotny sposób wpływa na ich małżeństwo. Warto również zwrócić uwagę, że im dłużej trwa konflikt, tym dzieci Richardsów są bardziej zaniedbywane przez rodziców. Drugą świetnie wykreowaną postacią jest Punisher, który nie akceptuje wprowadzenia ustawy, ale też sam, ze względu na swoje działania, nie może być zaakceptowany w grupie Kapitana.

Za rysunki w Wojnie Domowej odpowiada Steve McNiven, znany polakom, ze wspomnianego już przeze mnie w tym artykule New Avengers (drugi tom). Tu poszło mu raczej średnio. Cała masa kadrów wygląda jakby była robiona w pośpiechu. Zdarza się też, że postaci stoją w dziwnych pozach, a ich twarze zastygają w nienaturalnych grymasach. Zupełnie jakby nad McNivenem stał z batem redaktor naczelny i ciągle go poganiał.

Gdy Mucha zapowiedziała, że wyda ten Wojnę Domową w Polsce, szybko znalazła się ona na szczycie mojej listy "muszę to mieć". Niestety z różnych względów musiałem zakup ten odłożyć w czasie. Później okazało się, że zostanie ona wydana w ramach WKKM, a jej cena ma być o połowę niższa. Postanowiłem więc poczekać. Nie żałuję tej decyzji. Wojnę Domową trzeba znać, gdyż bez tego ciężko będzie zrozumieć niektóre wątki w historiach po niej wydanych (np.: dlaczego w Pięciu koszmarach Thor tak jawnie gardzi Iron Manem). Warto jednak zaopatrzyć się w nią jak najmniejszym kosztem.


#154 "To tajemnica trwa, nie wyjaśnienie." Recenzja komiksu Wolverine: Geneza.

Wielu twórców pytanych o to w jaki sposób osiągnęli swój sukces zwykle odpowiada: "Nie wiem". Przez wiele lat nienawidziłem tej odpowiedzi, gdyż nie wierzyłem, że autor który dziś stoi na piedestale sam nie wie jak się tam znalazł. Uważałem, że jest to pewien sposób walki z konkurencją. Próba niedopuszczenia innych do owego tajemniczego czegoś i jak najdłuższego czerpania z niego profitów. Dziś gdy jestem trochę starszy zdaję sobie sprawę, że o sukcesie zwykle decyduje detal. Detal który w innym przypadku się po prostu nie sprawdza. Detal, który podczas tworzenia w oczach autora jest mało istotny. Detal, którym w przypadku Wolverine'a, była jego amnezja.


Jeden z bohaterów Sandmana Neila Gaimana, Kain powiedział kiedyś, że "dobra tajemnica może istnieć wiecznie". Ze stwierdzeniem tym nie zgadzał się Joe Queseda, który na początku XXI wieku doszedł do wniosku, że po dwudziestu sześciu latach wypadałoby wreszcie opowiedzieć historię o początkach jednego z najpopularniejszych mutantów Marvela. Jak łatwo się domyślić pomysł ten napotkał znaczący opór. Pozostali artyści zatrudnieni w tym czasie w Domu Pomysłów twierdzili, że wydanie takiej opowieści spowoduje, że Wolverine przestanie być atrakcyjny dla czytelników. Ówczesny szef Marvela, Bill Jemas wiedział jednak, że firma która pięć lat wcześniej była praktycznie bankrutem potrzebuje nowych pomysłów. Dał więc nowej miniserii zielone światło.

Akcja Genezy rozpoczyna się w momencie gdy do posiadłości państwa Howlettów przyjeżdża młoda dziewczyna imieniem Rose. Miejsce do którego trafia nie cieszy się dobrą sławą. Tuż po jego wybudowaniu, w młodym wieku umarł najstarszy syn pana domu, a kilka dni później pani Howlett została odwieziona do zakładu dla obłąkanych. Wydarzenia te spowodowały, że mieszkańcy wioski z której pochodzi Rose zaczęli nazywać rezydencję przeklętą. Nie mniej dziewczyna była dobrej myśli. Pracodawca zadawał się być miły, a młody panicz James, którym miała się zajmować szybko się z nią zaprzyjaźnił. Jedynym kłopotem było trzecie dziecko bawiące się u Howlettów, nazywane przez wszystkich Psem. Jego ojciec Logan będący w posiadłości ogrodnikiem, nienawidził ludzi dla których pracował i za wszelką cenę próbował wpoić to również synowi. Często przy pomocy pięści. Nic więc dziwnego, że dzięki takim naukom chłopak z dnia na dzień stawał się coraz dzikszy.

Niewiele postaci w popkulturze jest owiana takim woalem tajemnicy jak Wolverine. Nic więc dziwnego, że trudno było znaleźć ludzi gotowych ten woal zdjąć. Na szczęście znaleźli się odważni. Scenariusz powierzono Paulowi Jenkinsowi i był to strzał w dziesiątkę, bo autor ten podszedł do tematu trochę inaczej niż sugerowałby to tytuł komiksu. Oczywiście ujawnił on w nim kilka tajemnic Rosomaka, to z jakim imieniem się narodził, czy to gdzie się wychował, jednak równocześnie autor wplótł do historii bohatera kolejne sekrety. W tym miejscy można by zadać pytanie czy nie był to jednak strzał w stopę. Czy wprowadzanie takiej ilości istotnych dla postaci wątków nie spowoduje, że historia Wolverine'a przestanie trzymać się kupy. Dziś wiemy, że na szczęście tak się nie stało. Dzięki temu komiksowi Marvel dostał materiał nad którym mógł długo pracować i równocześnie mógł być pewien, że historie na nim oparte na pewno znajdą odbiorców. Nie musiał też wymyślać nieprawdopodobnych scenariuszy jak to dzieje się obecnie w Superior Spider-Manie. Jedyny problem, to dobrze je opowiedzieć.


Za rysunki w Genezie odpowiada Andy Kubert. Muszę, przyznać, że mnie osobiście jego styl bardzo odpowiada. Widać, że bardzo dużo czasu poświęcił on na pracę z materiałem źródłowym. Zarówno dworek w którym wychował się bohater jak i kamieniołom w którym musiał dorosnąć znacząco się od siebie różnią. Głównie ich mieszkańcami. Ci mieszkający u Howlletów są zadbani i czyści nawet jeśli tylko tam pracują (wyjątkiem są Loganowie). Ci drudzy natomiast już na pierwszy rzut oka wyglądają na dużo twardszych niż tamci. O sukcesie strony graficznej komiksu zadecydowała jednak praca jaką wykonał kolorysta Richard Isanove, którego nazwisko znalazło się na okładce tego tomu. Rysunki przez niego pokolorowane sprawiają wrażenie wykonanych przy pomocy tradycyjnych technik. Wrażenie to pogłębia cieniowanie niektórych kadrów przy pomocy ukośnych kresek. 

Fabularnie komiks nie jest równy. Jego pierwsza część dziejąca się w posiadłości wydaje się być dużo lepiej przemyślana niż ta dziejąca się w kamieniołomach. Postać kucharza Cookiego, nie wzbudza takich emocji jak Pies, który był autentycznie zły i którego charakter rozwijał się wraz z trwaniem opowieści. Zachowanie tego drugiego przypomina bardziej psoty (no może poza momentem gdy skraca lonty) przez co w żadnym momencie historii nie wydaje się on być godnym przeciwnikiem dla Wolverine'a. Nie podobała mi się również kreacja zarządcy kopali który pod koniec opowieści ni z tego ni z owego zmienił  swój charakter o sto osiemdziesiąt stopni.

Sięgając po Genezę byłem pełen obaw. Komiks opowiadający historię początków postaci której siła leżała w jej tajemnicy nie mógł być dobry. Mógł tylko wszystko zepsuć. Po jego przeczytaniu doszedłem jednak do wniosku, że wcale nie musi tak być. Stare tajemnice zastąpiono nowymi, przez co postać Rosomaka zyskała podwójnie. Z jednej strony uporządkowano podstawowe wiadomości na temat jego pochodzenia. Z drugiej nie obrócono w niwecz tego co było największą siłą postaci. Zdecydowanie polecam.


#153 Quo Vadis Spidey? Recenzja filmu Niesamowity Spider-Man 2.

Przyjacielski pająk z sąsiedztwa nie miał do tej pory szczęścia do ekranizacji swoich przygód. A to grający go aktor miał tendencje do robienia min à la mała, rozpłakana dziewczynka, a to jego przeciwnicy wyglądali jakby zostali wyciągnięci z zupełnie innego komiksu, a to... Zresztą co ja się tu Wam będę, Drodzy Czytelnicy rozpisywał, sami wiecie o co mi chodzi. Po takiej ilości błędów scenarzyści powinni wreszcie stworzyć poprawnego Ścianołaza, prawda?

Prawda! Spidey z drugiej części Niesamowitego Spider-Mana wreszcie jest taki, jakim być powinien. Po pierwsze jego kostium, który wreszcie przypomina ten klasyczny, który wyszedł spod ręki Steve'a Ditko. Bez złotych pajęczyn, które naszył na nim Ramini i ciemnych kolorów z części pierwszej. Po drugie jego sposób bycia. Za każdym razem gdy pojawia się on na ekranie, zachowuje się tak jakby nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Rzuca dennymi żarcikami i kpi sobie z bandytów, celujących w niego naładowanymi pistoletami. Po trzecie jest on nie tylko superbohaterem, ale i naukowcem o czym często zapominają nawet twórcy komiksu. Po czwarte wreszcie, zawsze ma on w pamięci ostatnią lekcję jakiej udzielił mu... kapitan Stacy. Tak, nie wujek Ben, ale własnie ojciec Gwen, który co jakiś czas objawia się Peterowi i nie pozwala mu zapomnieć o złożonej mu obietnicy. Napiszę szczerze: trochę mnie to śmieszyło. Zwłaszcza, że ciągle miałem w pamięci scenę z jedynki w której nasz bohater tę obietnicę zwyczajnie sobie olał.


Trzeba jednak oddać Webbowi, że film broni się jako całość. Jest w nim dużo humoru oraz akcji, przez co ogląda się go całkiem przyjemnie (jeżeli nie zna się oryginału, ale o tym za chwilę). Problem polega jednak na tym, że miała to być pierwsza część nowego uniwersum, a tego zupełnie się nie czuje. Tak naprawdę gdyby wydłużyć Niesamowitego... o godzinę Webb dałby radę wtłoczyć w jego fabułę jeszcze i zapowiedziane Sinister Six i Venoma i kolejne części nie byłby już potrzebne. Szkoda, bo cierpią na tym głównie kreacje bohaterów, które poza Gwen, Peterem i Electro zostały spłycone do granic absurdu. Przemiana Harry'ego w psychopatycznego mordercę trwała za krótko. Wątek jego przyjaźni z Peterem został skrócony do "no przecież znamy się od dawna", przez co główny antagonista Pająka zamiast stać się postacią porównywalną z Jokerem, znów będzie tylko kolejnym, niczym nie wyróżniającym się superłotrem. Najbardziej oberwało się jednak Rhino, którego w filmie równie dobrze mogłoby nie być. Marvel łączył swoje filmy poprzez drobiazgi takie jak tarcza Kapitana Ameryki w Ironmanie, Sony, zaś postawiło na dosłowność.

Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że w Niesamowity Spider-Manie 2 takich smaczków w ogóle nie ma. W filmie pojawia się np.: Felicia Hardy, która w komiksie była jedną z miłości Spider-Mana. Ucieszyłbym się gdyby ten wątek został rozwinięty w kolejnych częściach, bo Czarna Kotka ma potencjał. Pojawił się również dr. Ashley Kafka, który jak w Seksmisji, w oryginalnej historii był kobietą. Ja jednak zapytam dlaczego nie dr. Octavius, który najpewniej i tak w Sinister Six się pojawi. Można by wtedy oprzeć akcję tego filmu na pierwszym originie tej grupy, która została wymyślona właśnie przez Octopusa. Pozwoliłoby to na wymazanie ze scenariusza Green Goblina i skupienie się wyłącznie na Electro.


Tak naprawę nie umiem jednoznacznie ocenić kreacji tej postaci. Z jednej strony filmowa przemiana Maxa Dillona pokrywała się mniej więcej z tym co mogliśmy oglądać w serialu animowanym The Spectacular Spider-Man. Z drugiej, trudno mi było uwierzyć, że człowiek, który zaprojektował całą nowojorską sieć energetyczną nie jest rozpoznawalny w swoim miejscu pracy i nie siedzi na dyrektorskim stołku. Na szczęście dobrze przemyślano sposób w jaki Electro walczy. To w jaki sposób wykorzystuje on w potyczkach elektryczność wielu może zaskoczyć. W ogóle wielkie miasto wydaje się być terenem wręcz stworzonym dla władcy elektryczności. Szczególnie po deszczowym dniu, gdy całe miasto staje się naturalnym przewodnikiem. Na całe szczęście akurat ten detal Webb zauważył. Nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, że filmowy Electro jest wzorowany na dr. Manhattanie ze Strażników, Allana Moore'a. Szczególnie dobrze to widać w scenie gdy materializuje się on z przewodów elektrycznych.

Trochę pomarudziłem, czas więc na przyjrzenie się plusom tej serii. Na szczególną uwagę zasługuje muzyka. Mocne, elektroniczne brzmienia świetnie wpasowują się w opowieść o człowieku władającym elektrycznością. Dźwięki płynące z ekranu szczególnie dobrze komponują się z obrazem podczas ostatecznej potyczki Pająka z Dillonem. W ogóle walki wyglądają w filmie nieźle. No może poza ostatnią z Rhino, ale tę przemilczę.


Tak naprawdę nie umiem jednoznacznie ocenić najnowszego filmu o Spider-Manie. Z jednej strony oglądało mi się go dobrze. Z drugiej mam poczucie zmarnowanego potencjału. W mojej opinii seans najbardziej przypadnie do gustu osobom lubiącym akcje i nie znającym oryginalnych historii oraz tym które nie uważają, że wszystkie adaptacje komiksów o superherosach muszą wyglądać jak Batman: Mroczny Rycerz. Jeżeli jednak jakiś fan pajęczych opowieści postanowi pójść do kina to polecam scenę ze Stanem Lee. Genialna.


#152 Minirecenzja #7- Walkin' Butterfly #3

UWAGA!!! 
TEKST MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOJLERÓW!!!

To już trzeci tom jednego z moich ulubionych komiksów wydawanych obecnie w Polsce. Fakt nie ma w nim trykociarzy ratujących świat, ani tyrad na temat upadku społeczeństwa, które tak bardzo lubię. Jest za to prosta opowieść, która pozwala uwierzyć, że wystarczy tylko chcieć, aby spełnić swoje marzenia. 

Tym razem Michico wpada w nie lada tarapaty. Agencja modelek z którą do tej pory współpracowała w wyniku choroby właścicielki, zakończyła swoją działalność. Nasza bohaterka nie poddaje się jednak, gdyż pamięta o złożonej sobie i swojemu koledze obietnicy. Pogodzenie roli menadżerki, modelki i pracownicy stacji benzynowej na pół etatu wydaje się jednak ponad jej siły. Na szczęście czujne oko jednookiej Darumy dostrzega jej zaangażowanie i stawia na drodze Michico, Joanna. Czy nowa znajomość pozwoli naszej bohaterce inaczej spojrzeć na ciągle dla niej niedostępny świat modelingu?

Najnowszy tom mangi Walkin' Butterfly wydaje się być zupełnie inny niż dwa poprzednie. Michico za sprawą spotkania z Joannem staje się zupełnie inną kobietą, dużo radośniejszą i pewniejszą siebie niż dotychczas. Wrażenie to pogłębia fakt, że przestała ona być tak często rysowana w sposób karykaturalny. Zmienił się również jej image. Nie nosi ona już workowatych ciuchów mających zamaskować jej wzrost, ale dobrze dopasowane ubrania. Widać więc, że Michico powoli zaczyna akceptować samą siebie.


Fabularnie jest nieco gorzej niż poprzednio. Podczas lektury miałem wrażenie, że autorka na siłę stara się wydłużyć komiks, przez co zabrakło temu wszystkiemu spójności. Niemniej nadal jest to świetny komiks, który warto mieć na swojej półce.

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Taiga za udostępnienie komiksu do recenzji!


Grafika zamieszczona w artykule pochodzi ze strony wydawcy.

#151 Polej Tequile, przy komiksie miłe chwile. Recenzja komiksu Tequila: Władca marionetek.

Istnieje teoria mówiąca, że płacenie podatków jest oznaką skrajnego patriotyzmu. Wszak to właśnie te pieniądze sprawiają, że państwo może zapewnić nam świetną pracę za satysfakcjonującą nas płacę. Nasze dzieci mogą chodzić do szkoły, która naprawdę óczy (błąd ortograficzny zamierzony), a emeryci realizować ostatnie ze swoich niespełnionych marzeń. Szkoda tylko, że sami rządzący w to nie wierzą. Dowodem na to niech będzie fakt, że godzą się oni na przekazywanie 1% naszego podatku na organizacje pożytku publicznego. Wielu uznało, że to jednak za mało i stworzyło podwaliny pod nowy sposób finansowania, zwany dziś crowdfundingiem, czyli finansowaniem przez tłum.

Polskich komiksów wydaje się Polsce mało. Dużo mniej niż miało to miejsce w PRL-u, kiedy to wychodziły takie klasyki jak Tytus, Romek i A'Tomek, Kajtek i Koko, czy Kapitan Żbik. Nie mniej liczba osób gustujących w tym sposobie opowiadania historii wciąż (powoli) rośnie. Nic więc dziwnego, że również i nasi rodzimi twórcy próbują coś z tego torcika uszczknąć. Nie jest to jednak takie proste, gdyż trzeba u nas konkurować z Batmanami, Marvelami i innymi Thorgalami, nie mówiąc już o dużo lepiej sprzedających się mangach (tak, wiem, że Thorgal sprzedaje się lepiej od japońszczyzny). Nic więc dziwnego, że przed wydaniem swojego debiutanckiego komiksu Łukasz Śmigiel postanowił najpierw zbadać rynek. Oszacował ile mniej więcej będzie go kosztowało wydanie swojego rysunkowego dzieła, zamieścił ofertę na portalu Polak Potrafi i zebrał 122% wymaganej kwoty. Dzięki czemu legenda Tequili mogła zostać opowiedziana.

Naszą bohaterkę zastajemy na szczycie wodospadu w miejscu zwanym Edenem, będącym rajską wysepką pośród świata zniszczonego przez tajemnicze anomalie, zwane oknami. To właśnie przez nie na Ziemię wylał się żar, który spopielił większość planety. Ludzkość jednak, na przekór wszystkiemu (jak zwykle), nauczyła się w takich warunkach żyć. Gdy już wydawało się, że wszystko udało się względnie uporządkować, przez okna zaczęły wypełzać stwory zwane Serpentynami, które powoli wykańczały pozostałe przy życiu niedobitki. Ludzie nie stracili jednak nadziei. Wielu szamanów zaczęło wieszczyć, że oto z nieba spadnie bohater, który uratuje planetę. Jeden z nich niejaki Kabuki Joe, twierdził nawet, że go spotkał. Teraz Tequila trafiła do miejsca, które objawiło się jej w snach. Eden okazał się jednak dużo mniej przyjazny niż jego biblijny odpowiednik. Wszędzie czyhały dzikie bestie, a i o strzał w plecy nie było trudno. Na szczęście nasza bohaterka szybko trafiła na Adamaha, który zaproponował jej połączenie sił w celu odnalezienia tajemniczego artefaktu. Pytanie tylko, kto tak naprawdę potrzebuje pomocy.


Za stronę graficzną komiksu odpowiada Katarzyna Babis, jedna z najszybciej rozwijających się młodych, polskich rysowniczek. Jej pierwsze projekty głównej bohaterki zelektryzowały fandom i dały zapowiedź prawdziwej uczty dla oczu. Kasia jak nikt potrafi operować światłem i kolorem. Tworząc złudzenie disneyowskiego świata. Ona sama przyznaje jednak, że inspiruje się głównie twórczością Alessandro Barbucciego i Barbary Canepy, twórców W.I.T.C.H. i Sky Doll. W Tequili widać inspirację głównie tym drugim tytułem. Głównie z racji dużej dawki erotyki. Styl polki jest jednak dużo bardziej brudny. Niektóre kadry wyglądają jakby niedokładnie zmazano z nich ślady po ołówku. Jest to jednak zamierzony efekt. Prawdziwym problemem są sceny walki. Ciało ugodzonego ciosem nie zachowuje się tak jak powinno, przez co można odnieść wrażenie, że bohaterowie obijają jakieś gumowe lale. Można było również zwiększyć dynamizm scen poprzez wszelkiego rodzaju rozmazania, bo dwie, białe kreski to w wielu przypadkach zdecydowanie za mało. 

Tequila: Władca marionetek jest jednym z tych komiksów które, przed napisaniem recenzji, musiałem przeczytać dwa razy. Po pierwszym przeczytaniu stwierdziłem, że opowieść ta nie ma większego sensu, a jedynym wartym zapamiętania wątkiem są biusty bohaterek. Za drugim razem wiedziałem już czego mogę się spodziewać po fabule, więc zacząłem skupiać się na szczegółach, mimo to nadal czułem się zagubiony. Śmigiel zaplanował swoje dzieło jako projekt komiksowo-książkowy. Wygląda więc na to, że poznanie wszystkich wątków i bohaterów będzie wymagało od czytelnika znajomości ich wszystkich. Trochę przypomina to eventy w uniwersach Marvela czy DC. Szkoda tylko, że w pierwszej części cyklu nie dowiadujemy się czegoś więcej, jeżeli nie o świecie, to choćby o samej głównej bohaterce.

Jak we wstępie przyznają sami twórcy, Tequila jest dzieckiem kompromisu. Z jednej strony ogromny sukces marketingowy podsycił apetyty, z drugiej pośpiech, aby jak najszybciej zadowolić inwestorów, nie pozwolił wszystkiego dobrze przyprawić. W rezultacie otrzymujemy opowieść, która graficznie ze strony na stronę jest coraz gorsza, fabuła zaś podana jest tu w ilościach szczątkowych. Ja jednak wierzę, że kolejnym częścią komiksu autorzy poświęcą więcej czasu, dzięki czemu dostaniemy świetną historię, bo potencjał w tytule jest, trzeba go tylko dobrze wykorzystać.


#150 Wielka moc, wielka odpowiedzialność i wielka miłość. Recenzja komiksu Spider-Man: Niebieski.

Od prawie pięćdziesięciu lat, każdej walentynkowej nocy, na jednym z pylonów Mostu Brooklińskiego pojawia się tajemnicza postać. Z jego szczytu, spogląda ona na zakochanych, którzy tego dnia, w niezmierzonych ilościach przechadzają się ulicami Nowego Yorku. Niektórzy widzą w tym zjawisku omen, bo po każdej takiej wizycie do East River spadają róże. 

Spider-Man jest postacią z wielu powodów niezwykłą. Jako pierwszy z superbohaterów rozpoczął on swoją działalność już w wieku -nastu lat. Wcześniej twórcy komiksów uważali, że heros musi być osobą, która dorosła do roli do której aspiruje. Młokos mógł co najwyżej zbierać doświadczenie jako asystent którejś ze starszych postaci. Mimo to Stan Lee postanowił zaryzykować i obsadzić jako głównego bohatera swojej nowej serii supergołowąsa. Pomysł chwycił. Czytelnicy bardzo szybko polubili postać z którą z mogli się identyfikować, bo Ścianołaz w przeciwieństwie do wielu swoich ówczesnych kolegów po fachu, zmagał się z problemami, bliskimi potencjalnemu odbiorcy jego przygód. Zdawał on na studia, stawiał pierwsze kroki w życiu zawodowym oraz poszukiwał prawdziwej miłości. Wielu twierdzi, że był to dla Petera Parkera najlepszy okres. Nic więc dziwnego, że to właśnie on został wybrany przez Jepha Loeba jako jedna z części jego "kolorowej" trylogii (lub tetralogii, patrz Czy wiesz, że... na końcu posta).

Akcja komiksu Spider-Man: Niebieski rozpoczyna się od jednej z najważniejszych historii w pajęczej sadze, a mianowicie od starcia Pająka z Green Goblinem. Był to debiut John'a Romity Sr., jako rysownika The Amazing Spider-Man (dziś przez wielu uważanego za tego który zdefiniował styl graficzny serii). Stawką tego pojedynku było zachowanie tajemnicy o tym kto kryje się pod pajęczą maską. W ostatecznym rozrachunku Spidey nie uśmiercił swojego arcywroga, ba z różnych powodów nie posłał go nawet za kratki. Konsekwencje tej decyzji miały okazać się katastrofalne, gdyż miały doprowadzić do jednej z najtragiczniejszych opowieści w pajęczym uniwersum. Nie na tym jednak skupia się akcja tego komiksu.

Los Peter'a znów postanowił z niego zakpić i jak na złość zaczął mu sprzyjać. Z nielubianego przez nikogo (poza ciocią May i wiernymi czytelnikami) mola książkowego zaczął się on przeobrażać w prawdziwą gwiazdę kampusu. Gwiazda taka potrzebowała jednak towarzyszki, która wspierałaby jej blask. Tu znowu pojawiły się schody, bo los postawił przed nim nieliche zadanie. Mianowicie musiał on wybrać pomiędzy, ognistą pięknością Mary Jane Watson, a miss uniwersytetu Gwen Stacy. Jak trudne to zadanie najlepiej obrazuje moja ulubiona scena w komiksie, a mianowicie ta w której obie panie przejmują na siebie rolę osobistych pielęgniarek Parkera. Zapewne, tak właśnie zapewne wygląda raj.

Mimo, iż ten komiks to tak naprawdę romans, nie brakuje w nim również całej plejady superłotrów wprowadzanych w myśl starej zasady: jeden zeszyt, jeden przeciwnik. Jednak różnica pomiędzy Niebieskim, a pierwowzorem z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia polega na tym, że starcia te są ze sobą powiązane. Nie jest to jednak jedyna zmiana wprowadzona przez Loeba. W wielu miejscach pozmieniał on nieco starą historię w celu zachowania wewnętrznej spójności miniserii oraz dostosowując ją do współczesnych realiów (np.: wygląd sprzedawcy motocykli). Zresztą polski fan pajęczaka powinien część z tych zmian dość łatwo wychwycić, a to za sprawą drugiego tomu Essential Spider-Mana wydanego u nas jakiś czas temu przez Mandragorę.

Graficznie cud-miód. Tim Sale świetnie oddał realia minionej epoki posługując się przy tym stylem bardziej pasującym do plakatu, niż do komiksu. Widać to szczególnie po okładkach poszczególnych zeszytów serii. Nie mniej całość wygląda świetnie. Ciocia May ma na twarzy sieć zmarszczek, gęstszą niż warszawskie metro, Harry Osborn nie wygląda jak emo, a za M.J. i Gwen każdy z męskich czytelników oddałby duszę. Co więcej dziewczyny różnią się nie tylko charakterem, ale i stylem. Obie jednak wyglądają w swoich kreacjach naprawdę wystrzałowo. Na koniec wspomnę jeszcze, że w komiksie można znaleźć kadry będące cytatami z oryginalnych zeszytów i to nie tylko z tych na których opiera się ta miniseria.

Czytając niebieskiego Spider-Mana miałem wrażenie, że jego autor się ze mną bawi, ponieważ przedstawia mi historię, której zakończenie znam i jednocześnie nie znam. Znam, bo wiem jak zakończył się romans Petera z Gwen. Nie znam, gdyż opowieść ta zmierza w zupełnie innym kierunku. Poczucie tego rozdwojenia potęguje wyszczerzona w złowieszczym uśmiechu twarz Green Goblina, kończąca każdy rozdział komiksu. Osobiście uważam, że ostatni (najprawdopodobniej) tom przygód Pajęczaka wydany u nas w ramach WKKM powinien przeczytać każdy. Nie zależnie od tego, czy zna on oryginalną opowieść czy nie, bo jest to jeden z niewielu (jeżeli nie jedyny) komiks od Hachette, który autentycznie wzrusza i który pozostawia czytelnika sam na sam z pytaniem "Dlaczego?".





#149 Półka pełna komiksów 2.0

W tym roku 11 stycznia Półka pełna komiksów wyjątkowo NIE obchodziła kolejnych (czwartych już) urodzin. Stało się tak nie dlatego, że o nich zapomniałem, ale dlatego, że postanowiłem przestać już pisać o tym co mam zamiar zrobić, a zacząć wreszcie działać. 

To co najbardziej rzuca się w oczy to zupełnie nowa główna grafika. Dostawałem sporo maili które sugerowały mi jej zmianę, głównie dlatego, że była ona za duża, co znacznie wydłużało czas ładowania strony. Ponownie pojawia się na niej postać muzy komisu- Comix. Jej ubiór nawiązuje swoimi elementami do pięciu rudowłosych piękności znanych z kadrów różnych serii. Jednej japońskiej i czterech amerykańskich. Dywanik w kształcie pokeball'a nawiązuje do szóstego dziewczęcia, które zadebiutowało w grze na Game Boy'a. Pojawiła się ona jednak m.in. w wydanej w Polsce mandze Pokemon Adventures. Za plecami Comix umieściłem (wreszcie) półkę pełną komiksów. Większość z ustawionych tam woluminów może być czymkolwiek, jednak wprawione oko komiksiarza szybko zlokalizuje grzbiety nawiązujące do ośmiu znanych tytułów czy też serii komiksowych.

Ostatnią nowością w tej części bloga są wtyczki serwisów społecznościowych.




Pod grafiką pojawiło się menu mające na celu łatwiejszą nawigację po stronie. Kliknięcie w jakikolwiek z jego elementów odeśle was na odpowiednią podstronę. Nie będę ukrywał, że przez cztery lata w niektórych kategoriach nagromadziło się wiele tytułów, dlatego radzę korzystać ze skrótu ctrl+f.

Zmienił się również układ widgetów. O mnie i wcześniejsze posty spadły na sam dół. Loga współpracujących ze mną wydawnictw i portali zostały połączone w jedną animację. Dodałem również kalendarz premier w którym znajdziecie daty premier komiksów wydawanych przez wydawnictwa z którymi Półka... nawiązała współpracę. Pojawił się również licznik odwiedzin, którym jednak nie należy się póki co przejmować ponieważ liczy on wejścia począwszy od dnia dzisiejszego.


Mam nadzieję, że zmieni się również częstotliwość wpisów. Manga nad Wisłą będzie się teraz pojawiać zawsze gdy w polskim, mangowym półświatku zostanie ogłoszone coś wartego przytoczenia. Głównie będą to informacje o zapowiedziach i premierach nowych tytułów. Chciałbym również, aby nowe posty pojawiały w najgorszym wypadku co tydzień.

W tym roku nie będę snuł jakichś wielkich planów na 2014 rok. Jedyny cel jaki sobie stawiam do dotarcie do jak największego grona odbiorców. Mam nadzieję, że również dzięki waszej pomocy mi się to uda.

Serdeczne podziękowania dla Johanes'a Djogan'a za szablon na bazie którego zbudowałem nową stronę oraz dla Arka "SilverRat'a" R. który pomógł mi ten szablon przerabiać.

#148 Siła polskiego fandomu cz.2. Foto- i videorelacja z Pyrkonu 2014.

Wzorem lat poprzednich, również w tym roku wybrałem się na Pyrkon z aparatem. Niestety, ogarnięcie tak dużej imprezy okazało się dla mnie zadaniem wręcz karkołomnym. Na całe szczęście nie wybrałem się do Poznania sam. Towarzyszyli mi przyjaciele, którzy wsparli mnie swoją wiedzą, doświadczeniem i dużo nowocześniejszym sprzętem. Zrobili też coś czego absolutnie się nie spodziewałem, a mianowicie jeden z nich zmajstrował video z pyrkonowiczami w roli głównej.

A teraz drodzy widzowie usiądźcie, wygodnie w fotelu, nastawcie film na ful HD i podziwiajcie. Na koniec zaś nie zapomnijcie zaklaskać i dać łapki w górę.

#147 Siła polskiego fandomu jest wielka. Relacja z konwentu Pyrkon 2014.

Odkąd zacząłem regularnie jeździć na konwenty za początek wiosny zacząłem przyjmować przedostatni piątek marca. Tego właśnie dnia rok, rocznie startuje jeden z największych polskich konwentów. Choć po tym co wydarzyło się w tym roku powinienem napisać: na NAJWIĘKSZYM polskim konwencie.



Do Poznania przyjechałem w piątek ok. godziny 14.30 i od razu skierowałem swoje kroki w stronę Międzynarodowych Targów Poznańskich. Przed wejściem kolejek nie było, co mnie szczerze ucieszyło, gdyż oznaczało to, że uproszczenie sposobu odprawy uczestników przyniosło zamierzony efekt. Podszedłem, więc do pierwszej wolnej kasy, wręczyłem miłej pani swoje pieniążki, a ona w zamian dała mi identyfikator. Trochę mnie to zdziwiło, bo za tę cenę liczyłem na więcej. Wprawdzie spodziewałem się, że nie zostanę zaobrączkowany, co tak na marginesie zawsze uważałem za bezcelowe, powinienem jednak dostać jeszcze całą torbę dóbr. Na całe szczęście, szybko zostałem poinformowany, że otrzymam ją tuż przy bramkach. W torbie znalazłem, prócz standardowego informatora i skrótu programu, kod na 100 czaszek do jednej z gier na komórkę i limitowaną kostkę k6 z pyrkonowym motywem. 

# 146 Ludzkie oblicze superherosa. Recenzja komiksu Iron Man: Demon w butelce.

(recenzja obejmuje dwudziesty dziewiąty tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela)

Ciężko jest być superbohaterem. Co i rusz musisz się odrywać od swoich obowiązków i tracić kupę czasu na ciągłe przebieranie się, tylko po to aby złoić skórę komuś, kto postawił sobie za cel uprzykrzenie tego dnia innym. Pół biedy jeżeli tym kimś jest Galactus, czy inny Ultron, którego pobicie przyniesie (krótką) chwałę i zdjęcie na pierwszej stronie Daily Bugle. Gorzej, gdy tym kimś jest jakiś frajer z podrzędną mocą i zerowym wyczuciem mody. Wtedy choćbyś nie wiem jak się starał czeka cię tylko krew, pot, łzy i wierna butelka Jack'a Powers'a.

Stare amerykańskie komiksy, zawłaszcza te wydawane w srebrnej erze, mają swój niepowtarzalny klimat. Szczególnie ujmuje mnie w nich kreska wolna od mangowych naleciałości i nieudolnie nałożonych, za pomocą jednego z popularnych programów komputerowych, kolorów. Tak narysowani mężczyźni byli prawdziwymi twardzielami, a kobiety wolne od botoksu i sylikonu zniewalały ich swoją naturalną urodą. Nic więc dziwnego, że ucieszyłem się gdy doszła mnie wieść, że w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela zostanie wydany w Polsce komiks Demon w butelce, będący milowym krokiem, jeżeli nie w dziedzinie komiksu suprbohaterskiego, to na na pewno w życiu Tony'ego Stark'a.

#145 Minirecenzja #6- Walkin' Butterfly #2

UWAGA! SPOJLER!

Kwitną różne kwiaty.

Komiks Walkin' Butterfly to w mojej opinii największe objawienie 2013 roku. Co ciekawe, gdyby nie zawiązanie przeze mnie współpracy z wydawnictwem Taiga, nigdy bym do niego nie zajrzał, dochodząc do wniosku, że manga o świecie mody nie jest tym co kreci dużych chłopców. Jakiż błąd bym popełnił. 

W najnowszym tomie, Michiko wreszcie podejmuje decyzję, aby postawić swoje pierwsze kroki jako modelka. Dosłownie kroki, bo naukę zacznie ona od próby opanowania chodu po wybiegu. Oczywiście nie oznacza to, że od razu będzie jej wszystko wychodziło. Na jej drodze staną wybuchowy charakterek oraz apodyktyczna menadżerka Tago, której jedynym hobby wydają się być dręczenie Michiko oraz alkoholizm. Nie mniej zawsze może ona liczyć na wsparcie kolegów i matki, nawet jeżeli ta robi to tak nieumiejętnie. 

To co najbardziej spodobało mi się w drugim tomie Walkin' Butterfly to rozwinięcie wątku projektanta Mihary. W pierwszym tomie wydawał się on być głównym rozgrywającym w japońskim, modelingowym półświatku. Okazuje się jednak, że jest on jedynie rezerwowym. Firma Mihary popadła w kłopoty finansowe. Czy oznacza to, że nie dojdzie już do ponownej konfrontacji jego z Michiko? O tym dowiecie się tylko jeżeli sięgniecie po ten komiks. 

- Copyright © 2010-2014 Półka pełna komiksów - Ore no Imouto - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -