Napisane przez: Jarosław Przewoźniak 10 maj 2013

Wyobraźcie sobie sytuację w której jesteście superbohaterami. Nadludzkimi istotami o niemal nieograniczonych mocach walczących z hordą przeciwników. Wyobraźcie sobie, że gdy zdejmujecie swój kolorowy kostium przebieracie się w najwytworniejsze stroje i idziecie na bal. Taki prawdziwy, na którym błyszczycie jak najdoskonalszy diament, który przyciąga wzrok przedstawicieli płci przeciwnej, u pozostałych budząc zazdrość. Wyobraźcie sobie wreszcie, że posiadacie niemal nieograniczony budżet, nie musicie dla nikogo pracować, a to co zbudujecie jest wyłącznie wasze? Co czujecie? Dumę? Odpowiedzialność? Potrzebę utrzymania status quo, a może wszystko po trochu? Tony Stark ma to wszystko, a jedyne co czuje to strach.

Bitwa o Nowy York ostatecznie udowodniła, że nie jesteśmy w kosmosie sami. Prócz nas we wszechświecie egzystują również inne istoty. Kosmici oraz bogowie. Niektórzy z nich tylko obserwują, inni zbroją się do walki i prędzej czy później nas zaatakują. Na całe szczęście mamy po swojej stronie garstkę ludzi mogących stawić im czoło. Jednym z nich jest Iron Man, który nie tak dawno zadał decydujący cios flotylli obcych. Dziś świat wraca powoli do normalności. W wiadomościach coraz mniej kosmitów, a coraz więcej "swojskich" mudżahedinów wygrażających kałasznikami amerykańskiemu prezydentowi i jego świcie. W tym roku przewodzi im człowiek nazywający siebie Mandarynem. Ma on na swoim koncie, już kilka udanych zamachów bombowych o tyle tajemniczych, że nigdzie nie znaleziono szczątków ładunków wybuchowych. To jest jednak nieważne, bo po piętach już depcze mu Iron Patriot (przemalowany War Machine), który pewnie niebawem go złapie. Co z Tony'm Stark'iem, zapytacie? Otóż rzadko pojawia się on publicznie. Jego firmą zarządza obecnie jego wieloletnia asystentka Pepper Potts, a on sam podobno ciągle udoskonala swoją zbroję, aby mogła znów nas ochronić w chwili prawdziwego zagrożenia.

Dotychczasowe filmy z gatunku superhero przyzwyczaiły nas do tego, że to postać w kolorowym trykocie jest najważniejsza. Oczywiście bohater w cywilu również miał swoje przygody i problemy, ale w gruncie rzeczy były one albo przygotowaniami do roli herosa, albo misjami, które trzeba było wykonać niejako incognito. W najnowszym filmie Marvel'a proporcje te zostały odwrócone. Tym razem fabuła skupia się głównie na człowieku który siedzi w środku kostiumu. Wydarzenia przedstawione w filmie Avengers, odcisnęły mocne piętno na duszy Tony'ego Stark'a (Robert Downey Jr.). Zaczął on zdawać sobie sprawę z faktu, że bycie superbohaterem nie wiąże się jedynie z dobrą zabawą, ale również, jeśli nie przede wszystkim, z ogromnym niebezpieczeństwem, zwłaszcza teraz gdy porzucił życie playboya i skupił się na stałym związku z Pepper (Gwyneth Paltrow). Oczywiście może on przywdziać swoją zbroję i walczyć, ale co zrobi, gdy nie będzie miał do niej dostępu. Pozostali członkowie drużyny mają moce niejako wbudowane w siebie, a on jest uzależniony od swojego żelaznego ubranka. Myśl ta staje się obsesją Stark'a i powoduje, że większość czasu spędza on w garażu tworząc kolejne prototypy, które będą w stanie do niego przybyć, gdy tylko będzie ich potrzebował. Tony zapomniał jednak o fakcie, który umyka również wielu z nas. To nie zbroja, ale jej operator jest najważniejszy. Znakomicie opisuje to scena w której Stark ciągnie swoją zbroję przez zaśnieżone lasy Tennessee. Pokazuje to w jak dużym stopniu nasz bohater jest uzależniony od Iron Mana i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to zbroja kontroluje zachowania operatora, a nie odwrotnie. Na całe szczęście Tony spotyka na swojej drodze człowieka, który przypomina mu jak ta współpraca powinna wyglądać.

Oglądając trzecią część przygód Iron Man'a nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że Filmowe Universum Marvela zaczyna podążać swoimi ścieżkami. Dzięki wydaniu w naszym kraju Extremis i Pięciu Koszmarów wielu z widzów jest w stanie wychwycić kto jest kim i jakie panują między nimi zależności. Niestety w przypadku większości postaci pozostały tylko oryginalne nazwiska. Tak naprawdę jedyną postacią, która była w miarę wiernie pokazana był Tony Stark. W filmie na przykład nie pojawia się Mallen, który w komiksie jako pierwszy zażył Extremis zamiast niego pojawia się mały oddział ludzi zmienionych przez specyfik. To akurat na plus, bo uważam, że na potrzeby filmu wątek serum został rozpisany bardzo umiejętnie. Jednak skład grupy żołnierzy Extremis może ortodoksyjnych fanów wpędzić w zakłopotanie. Pierwsze skrzypce gra w niej Eric Savin (James Badge Dale), który w komiksie był cyborgiem działającym pod pseudonimem Coldblood-7, zaś w filmie jest notabene Mallen'em. Wystarczyło odpowiednio go nazwać i nie byłoby problemu. Innym z żołnierzy jest Jack Taggert (Ashley Hamilton), który w komiksie używał pseudonimu Firepower, co akurat pasowało do fabuły filmu, jednak w oryginale był on operatorem zbroi, która miała być rządową odpowiedzą na Iron Man'a. Grupie przewodzi dr Aldrich Killian (Guy Pearce), który w komiksie pojawił się jedynie na siedmiu (!) kadrach. Oglądając film nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że postać ta (po dodaniu kota do głaskania) byłaby doskonałym przeciwnikiem dla... James'a Bond'a. Killian jest maniakiem, ale z klasą, podobnie jak wielu przeciwników agenta 007. Przeciwwagą dla niego jest Mandaryn, który uosabia inną stronę zła tego świata, a mianowicie arabskich terrorystów. Tak naprawdę to w filmie pojawia się jeszcze kilku komiksowych superłotrów w nowych rolach. Zainteresowanych zachęcam do poszukiwań.

To co najbardziej ucieszyło mnie podczas seansu Iron Man'a 3 to fakt, że fabuła nie zginęła pod warstwą efektów specjalnych. Mieliśmy tu tak naprawdę wszystko czego oczekuję od opowieści o superbohaterach. Akcję, humor oraz rozterki bohatera na temat swojego super alter ego. Na całe szczęście zachowano przy tym wszystkim odpowiednie proporcje. Film trzyma w napięciu od początku. Zgrzyty pojawiają się jednak pod sam koniec ostatecznej rozgrywki. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że reżyser w tym momencie przekombinował, a szkoda, bo wcześniejsza scena ze zbrojami walczącymi z żołnierzami Extremis prowadziła pojedynek w dobrym kierunku. Jednak najlepsza w mojej opinii była gra aktorska... całej obsady. Tak naprawdę to na ich tle Robert Downey Jr, jakoś szczególnie się nie wyróżniał, ba w scenie w której Iron Man staje naprzeciw Mandaryna, to Ben Kingsley kradnie całą uwagę widza. Mnie jednak najbardziej urzekł James Badge Dale. Savin w jego interpretacji jest typowym człowiekiem sukcesu, który pewnego dnia zatracił się w swojej roli niegrzecznego chłopca. Również Stan Lee mimo, że na ekranie pojawia się jedynie przez kilka sekund świetnie odegrał swoją rolę. Podobała mi się również scena bonusowa, która pojawia się na samym końcu filmu już po przeleceniu wszystkich napisów. Dlatego nie popełniajcie błędu i zostańcie w sali, aż do samego końca, nie zawiedziecie się.

Filmowe Universum Marvela powoli przestaje być przyjaznym miejscem dla ortodoksyjnego fana komiksów o superbohaterach. Z drugiej jednak strony pojawia się pytanie, czy to oni są docelową grupą odbiorców. Komiksiarze na seansie na pewno się pojawią i większość z nich zdaje sobie sprawę, że film jest jednak odmiennym medium od ich ulubionych kolorowych zeszytów. Dlatego mimo, że jestem komiksiarzem na filmie bawiłem się naprawdę dobrze i z czystym sumieniem go polecam. Ja po prostu dostrzegłem więcej niż pozostali.

Tych którzy chcieliby poznać inny punkt widzenia na ten film odsyłam na bloga mojego kolegi Pitka.

{ 4 komentarze Dołącz do dyskusji i podziel się swoją opinią }

  1. Mi film również się bardzo spodobał. Szczególnie, że Iron men jest dużo bardziej zaawansowany technologicznie niż w poprzednich częściach. Mamy sztuczna inteligencje, biowszczepy, dużą ilość pancerzy wspomaganych. Jestem prawie gotów stwierdzić, ze to najlepszy cyberpunkowy film w ostatnim czasie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Urok Tony'ego powala. Świetny film. Dla mnie frajda +6

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma oceny 6+, bo skala jest 6 stopniowa :P.

      Usuń
  3. Urok Tony'ego był dość wymuszony :P a cała ta jego trauma i ataki paniki były słabo przedstawione... oczywiście gdyby chcieli to pogłębić to stracilibyśmy cały urok i konwencję filmu. Mam wrażenie, że całą tą traumę musieliśmy sobie sami dopowiedzieć.

    A co do recenzji: mam wrażenie, że trochę zbyt dużo mogłeś zdradzić odnośnie fabuły, ale zgadzam się co do Extremis: bardzo ładnie poprowadzony wątek. Ogólnie moją opinię już raczej znacie:)

    OdpowiedzUsuń

- Copyright © 2010-2014 Półka pełna komiksów - Ore no Imouto - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -