Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania pierwsze wrażenia, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
#156 Czy można zmienić przyszłość? Recenzja filmu X-Man: Przyszłość która nadejdzie.
UWAGA!!!
NA KOŃCU ARTYKUŁU ZNAJDUJE SIĘ KRÓTKIE WYJAŚNIENIE WYDARZEŃ ZE SCENY BONUSOWEJ. JEŻELI NIE CHCESZ PSUĆ SOBIE ZABAWY SKOŃCZ PRZEWIJANIE GDY ZOBACZYSZ TABELKĘ Z OCENĄ.
Jedną z pierwszych historii o podróżach w czasie jest pochodzący z VII w. p.n.e hinduski mit o królu Revaicie, który, po spotkaniu z bogiem Brahmą, powraca na Ziemię wiele lat po jej opuszczeniu, mimo, że sama rozmowa była dużo krótsza. Późniejsi pisarze wielokrotnie powracali do tego konceptu, jednak ich bohaterowie zawsze podróżowali przy pomocy nadprzyrodzonych mocy. Sytuacja ta zmieniła się w roku 1895 kiedy opublikowano Wehikuł czasu Herberta George’a Wellsa, który jako pierwszy zaproponował, aby bohaterowie przemieszczali się w czasie o własnych siłach. Pierwszym komiksem traktującym o podróżach w czasie był premierowy zeszyt New Fun Comics wydany w lutym 1935 roku przez National Allied Publications (później DC Comics). Od tego czasu kolejni (super)bohaterowie kolorowych zeszytów wielokrotnie odwiedzali lub byli odwiedzani przez przybyszy w innego czasu.
![]() |
| Czy zaryzykowałbyś spotkanie z samym sobą z przyszłości? |
Chris Claremont, człowiek którego fanom mutantów nie trzeba przedstawiać. To właśnie on przez ponad szesnaście lat tworzył przygody X-Men, co daje mu tytuł amerykańskiego twórcy najdłużej pracującego nad jednym tytułem (na drugim miejscu jest Erik Larsen pracujący od 12 lat nad serią Savage Dragon). Jego najlepiej znanym komiksem jest Mroczna Phoenix, po którego zakończeniu mało kto wierzył, że w niedługim czasie powstanie równie dobry komiks o mutantach. Na szczęście stało się inaczej. Już cztery miesiące później Marvel wydał pierwszy zeszyt dwuczęściowej historii Days of Future Past, którego okładka informowała, że większość mutantów była martwa lub aresztowana. Wnętrze komiksu było równie intrygujące, co spowodowało, że do dziś nosi on miano kultowego. Nic więc dziwnego, że to właśnie ten tytuł stał się bazą scenariusza do najnowszego filmu z uniwersum X-Men.
Akcja Przyszłości która nadejdzie rozpoczyna się w mrocznej przyszłości rządzonej przez potężne roboty zwane Sentinelami. Zostały one stworzone w celu eksterminacji nosicieli genu X. Z czasem nauczyły się one również rozpoznawać homo sapiens, których potomstwo będzie mutantami. Po wieloletniej walce opór stawiają już tylko nieliczni. Zdają sobie oni jednak sprawę z tego, że ich szanse na zwycięstwo są coraz mniejsze. Postanawiają więc postawić wszystko na jedną kartę. Dowodzący ruchem oporu prof. Charles Xavier (Patrick Stewart) postanawia odbyć podróż w przeszłość, aby zapobiec zamordowaniu Bolivara Traska (Peter Dinklage), ponieważ właśnie to wydarzenie to stało się przyczynkiem do masowej produkcji robotów. Niestety plan ten ma kilka wad. Po pierwsze, tak daleka wycieczka w przeszłość niemal na pewno spowoduje ciężkie obrażenia mózgu podróżnika. Po drugie możliwa jest wyłącznie podróż jaźni, należy więc chronić ciało podróżnika. Po trzecie wreszcie, jedynym sposobem, aby przenieść się w przeszłość jest użycie mocy Kitty Pride (Ellen Page), a to na pewno zwabi Strażników. Mając to wszystko na uwadze w przeszłość zostaje wysłany Wolvernie, który musi przekonać młodego Xaviera do połączenia sił ze swoim największym wrogiem.
Logan trafia więc do roku 1973, ponad dziesięć lat po kryzysie kubańskim w którym to nieoficjalnie miała brać udział grupka mutantów (X-men: Pierwsza klasa). Swoje pierwsze kroki kieruje on do szkoły dla młodych talentów, gdzie ma nadzieję znaleźć młodego profesora. Niestety szkoła jest zamknięta, a sam Xavier (James McAvoy) zupełnie nie przypomina tego z przyszłości. To był ten moment kiedy po raz pierwszy (ale nie ostatni) na seansie powiedziałem cichutko "wow". Przywódca mutantów wreszcie przestał być postacią ikoniczną. Można wręcz śmiało powiedzieć, że się stoczył. Jego wiara w misję stworzenia świata przyjaznego zarówno dla ludzi jak i dla homo superior wyparowała. W tym momencie zrozumiałem również dlaczego znów tak dużą rolę dostał Hugh Jackman (poza ściągnięciem do kin przedstawicielek płci pięknej), Wolverine jest jedyną postacią która w sposób wiarygodny może wyciągnąć Xaviera z dołka.
W ogóle oglądając Przyszłość... miałem wrażenie, że śledzę fabułę przemyślaną od początku do końca. Przez sześć poprzednich części sagi w uniwersum nagromadziła się duża ilość postaci i to w obu liniach czasowych. W filmie występuje większość z nich, jednak nie czuje się przez to przeładowania postaciami. Każda z nich ma do odegrania swoją rolę i się jej trzyma, dzięki czemu widz nie ma wrażenia, że gdzieś któraś postać została wepchnięta na siłę. A przecież nie należy zapominać, że w filmie są i nowe postaci. Na największe słowa uznania zasługuje postać Quicksilvera (Evan Peters), którego imię zostało zmienione z Pietro na Peter. Sceny z jego udziałem są najlepszymi w całym filmie. Zwłaszcza ta dziejąca się w kuchni Pentagonu, która w mojej opinii wejdzie w poczet najlepszych scen w historii kina. Kolejną postacią zasługującą na uwagę jest postać Blink (Fan Bingbing). Od razu widać było, że jest ona zaprawiona w boju, bo tworzone przez nią portale zawsze pojawiały się w taktycznie pożądanych miejscach.
Akcja filmu odbywa się dwutorowo. Pierwsza linia fabularna przedstawia działania Wolverine'a mające na celu ocalenie Traska, druga opisuje ochronę jego ciała. Ta pierwsza jest o tyle ironiczna, że mutanci muszą w niej ochronić człowieka, który zaprojektuje roboty mające ich zabić. W drugiej poznajemy ich finalną wersję, która moim zdaniem zbyt mocno przypominała Destroyera z Thora. Na szczęście równowaga w pokazywaniu obu linii czasowych została zachowana. Ta pierwsza zdecydowanie przeważa, bo i dzieje się w niej więcej ciekawych rzeczy. Drugą tak naprawdę śledzimy tylko na początku i na końcu filmu.
Mimo tak dużej ilości bohaterów o zdolnościach bojowych w samym filmie scen walki jest niewiele. Przyszłość.. jest przede wszystkim opowieścią o akceptacji samego siebie i próbie znalezienia swojego miejsca w świecie. Pytanie to stawia sobie każdy z głównych bohaterów, no może poza Magneto, który wreszcie nie jest głównym antagonistą serii. Film zdecydowanie polecam obejrzeć do samego końca, bo bonusowa scena została umieszczona dopiero po całej liście płac, a naprawdę warto ją zobaczyć.
![]() |
| Blink tworząca portal, podczas obrony sali w której znajduje się ciało Wolverine'a |
![]() |
| Sentinel z 1973 roku (u góry) i z przyszłości |
![]() |
| Tyrion Lannister planujący eksterminację mutantów |
Akcja filmu odbywa się dwutorowo. Pierwsza linia fabularna przedstawia działania Wolverine'a mające na celu ocalenie Traska, druga opisuje ochronę jego ciała. Ta pierwsza jest o tyle ironiczna, że mutanci muszą w niej ochronić człowieka, który zaprojektuje roboty mające ich zabić. W drugiej poznajemy ich finalną wersję, która moim zdaniem zbyt mocno przypominała Destroyera z Thora. Na szczęście równowaga w pokazywaniu obu linii czasowych została zachowana. Ta pierwsza zdecydowanie przeważa, bo i dzieje się w niej więcej ciekawych rzeczy. Drugą tak naprawdę śledzimy tylko na początku i na końcu filmu.
Mimo tak dużej ilości bohaterów o zdolnościach bojowych w samym filmie scen walki jest niewiele. Przyszłość.. jest przede wszystkim opowieścią o akceptacji samego siebie i próbie znalezienia swojego miejsca w świecie. Pytanie to stawia sobie każdy z głównych bohaterów, no może poza Magneto, który wreszcie nie jest głównym antagonistą serii. Film zdecydowanie polecam obejrzeć do samego końca, bo bonusowa scena została umieszczona dopiero po całej liście płac, a naprawdę warto ją zobaczyć.
#140 Pierwsze wrażenia #16- Over eyes
Przyznam szczerze, że sięgając po dzieła polskich autorów zawsze mam mieszane uczucia. Z jednej strony naprawdę cieszę się, że w naszej kulturze coś drga i, że są ludzie gotowi tworzyć i rozjaśniać nam szarą codzienność. Niestety często okazuje się, że twory te są kopią (i to marną) tego co stworzyli inni. Oczywiście przy takiej ilości utworów, wtórność jest nieunikniona, ale kiedy ostatnio spotkaliście się z naprawdę oryginalnym polskim utworem, nie będącym manifestem narodowościowców. Żeby była jasność tytuły takie w naszej kulturze funkcjonują, niestety Over Eyes do nich nie należy.
Po takim ponurym wstępie wypadałoby zacząć od jakiegoś pozytywu, abyście nie nabrali Drodzy Czytelnicy mylnego pojęcia o najnowszym komiksie Moniki Sąsiadek, a jest nim całkiem zgrabna fabuła. Zaczyna się ona w momencie gdy Kenta Sugisaki zostaje wysłany przez swoją siostrę San, po wodę do podlania ogródka. Nad pobliskim strumykiem znajduje on nagiego jegomościa obgryzanego przez czerwie. Niewiele się zastanawiając nasz bohater zabiera rannego do domu, aby opatrzyć mu rany. Niestety w ślad za nim podążyły również robaki, które mimo gabarytów osiemnastokołowej ciężarówki i tak miały być najlepszym co się miało rodzeństwu Sugisaki przydarzyć.
# 137 Pierwsze wrażenia #15- Savage Garden
(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Temat zmiany płci jest obecny w azjatyckim komiksie już od czasów Osamu Tezuki. Nic więc dziwnego, że problem ten jest już dość mocno wyeksploatowany. Nie mniej jednak, jest on mało znany przez polskich otaku. Być może właśnie dlatego Yumegari postanowiło zaryzykować i wydać jedną z tego typu manhw u nas.
W szkole dla młodych angielskich arystokratów zwanej Savage Garden pojawił się nowy uczeń, Jeremy. Na pierwszy rzut oka nie różni się on niczym od innych chłopców którzy do niej uczęszczają. Różnice tkwią jednak w szczegółach. Jeremy wydaje się nieco wrażliwszy od innych. Nie lubi również przebierać się w obecności kolegów. Co więcej, szybko okazuje się, że jego pobyt w tej elitarnej placówce jest opłacany przez tajemniczego darczyńcę. Nic więc dziwnego, że po szkole szybko rozniosła się plotka, że może on być w jakiś sposób związany z królewskim rodem, albo innymi arystokratami wśród arystokracji. Domysły te są jednak mocno nietrafione, bo Jaremy ma tak naprawdę na imię Gabriela i jest stuprocentową kobietą. Momentami jednak wydaje się ona dużo bardziej męska niż większość jej kolegów ze szkoły.
# 136 Pierwsze wrażenia #14- Walkin' Butterfly
(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Kupując komiks z gołą babą na okładce, konsument ma wobec niego określone wymagania. Spodziewa się mianowicie, że w środku znajdzie kilka kolejnych, jej podobnych. No, ewentualnie może też znaleźć się tam jakiś chłop, co by je ogrzał, bo to się już nieco zimno za oknem robi. Jakież jest jego zdziwienie (konsumenta nie chłopa), gdy po kilku stronach lektury okazuje się, że główną bohaterką jest kobieta, której ostatnim zmartwieniem jest to z kim pójdzie dziś do łóżka.
#135 Pierwsze wrażenia #13- Pet Shop of Horrors
(recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Czy Wy też Drodzy Czytelnicy macie wrażenie, że w ostatnim czasie biurokracja rozrosła się do poziomu wręcz absurdalnego? Ostatnio nawet w sklepach wymagają od nas zapoznania się z całą masą dokumentacji. Nic więc dziwnego, że wielu z nas, aby zaoszczędzić nieco czasu, po prostu kartkuje wszystkie te papierzyska i składa podpis. W większości przypadków obędzie się to bez żadnych konsekwencji. Jednak jak wszystkie, również i ta reguła, posiada potwierdzający ją wyjątek.
#127 Pierwsze wrażenia #12- 6000
(Recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Woda, twór pokrywający ponad 70% naszej planety z którego miliony lat temu na ląd wypełzło życie. Bardzo mu się tu spodobało dlatego też zaczęło ono systematycznie opanowywać nowe rejony, powoli zapominając o swojej wilgotnej kolebce. Sytuacja ta zaczęła się jednak zmieniać, w momencie gdy ta sucha kraina oddała swoim nowym panom już wszystko co miała im do zaoferowania. To właśnie wtedy w głowach niegdysiejszych dzieci oceanów narodził się pomysł, aby powrócić do głębin. Niestety w swojej pysze zapomnieli oni, że życie nigdy nie opuściło podmorskich toni. Co więcej, nie wzięli oni pod uwagę faktu, że władcy głębin mogą sobie nie życzyć odwiedzin swoich wysuszonych kuzynów.
#108 Pierwsze wrażenia #11- The Breaker
(Recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Liceum. Miejsce, które przez wielu z nas jest wspominane jako najlepsze co mogło się wydarzyć w naszym życiu. Koleżanki w krótkich spódniczkach, wycieczki na których w jednych krzakach pili uczniowie, a w drugich nauczyciele, a oficjalnie nie pił nikt. Pierwsze miłości oraz przyjaźnie na całe życie. No i oczywiście fajne laski w obcisłych dżinsach. Są jednak nieliczni, którzy mają kompletnie inne zdanie na temat szkół średnich. Dla nich ogólniak to niekończące się pasmo nieszczęść i upokorzeń. Miejsce, które najchętniej wymazaliby ze swoich wspomnień. Nie mogą jednak tego uczynić, gdyż odwiedzają je noc w noc, podczas powtarzających się koszmarów. Jednym z takich dzieciaków jest Shi-woon.
#106 Trzecie urodziny
Minął rok.
Przełomy kolejnych lat, tradycyjnie już, przebiegają pod znakiem całej masy wszelkiego rodzaju posumowań i plebiscytów na najlepszego "cosia" mijającego roku. Bardzo ładnie w to wszystko wpisuje się mój blog, który wystartował własnie w tym okresie. Dzięki czemu mam pretekst do stworzenia swego rodzaju rachunku sumienia i pochwalenia się tym co przez ostatni rok osiągnąłem. Oczywiście nie spijam jedynie śmietanki, ale również dokopuje się do tej przysłowiowej łyżki dziegciu i posypuję głowę popiołem, a w tym roku mam, niestety, za co przepraszać.
Najbardziej chciałbym przeprosić za tak małą liczbę postów w mijającym roku. Tylko dwadzieścia sześć postów, co wygląda naprawdę blado, przy tych trzydziestu dziewięciu, w 2010, i czterdziestu, postach w 2011 roku. Oczywiście powodów takiego stanu rzeczy było bez liku, praca, szkoła (inżynierka) i, coś co przytrafiło mi się po raz pierwszy, odkąd zacząłem redagować bloga, czyli niemal kompletne "wypalenie zawodowe". Mniej więcej w czerwcu moja chęć do kontynuowania kariery blogera była naprawdę nikła i dość poważnie zacząłem rozważać zawieszenie bloga. Zawieszenie, bo nigdy tak naprawdę nie pomyślałem o jego całkowitym zamknięciu. Porządnego kopa w tyłek dostałem od jednego z czytelników (który, niestety, określił się jako "anonimowy"), który pod postem (D)Oda do komiksu #4 zapytał, kiedy napiszę kolejny artykuł z cyklu Manga nad Wisłą (w którym podsumowuję i komentuję ostatnie wydarzenia z polskiego ryku mangi). Przyznam szczerze, że gdyby nie ten wpis, cykl mógłby nigdy się nie odrodzić, bo podobnie jak to było z "podsumowaniami miesiąca", zatraciłem wiarę w sens jego kontynuowania. Na dzień dzisiejszy mogę jednak napisać, że cykl ten na pewno będzie kontynuowany. Jak już przy artykułach cyklicznych jesteśmy. W 2012 roku napisałem pięć postów z cyklu Pierwsze wrażenia, w którym opisuję serie dopiero co rozpoczęte. Opisałem w nich trzy startujące serie komiksowe, jeden serial animowany i jeden słodycz (kto nie wierzy niech kliknie tutaj). Dodałem również kolejną garść piosenek (być może) inspirowanych komiksem w czwartej części wspomnianej już (D)Ody do komiksu. W zeszłym roku zacząłem, również uczestniczyć w konwentach. W 2012 zaszczyciłem cztery, a zrelacjonowałem dwa. Pisałem jednak nie tylko na blogu. Moje recenzje można znaleźć również na portalu a-g-w.info. Próbowałem również napisać coś dla magazynu Otaku, jak na razie jednak z mizernym skutkiem.
Pierwsze wrażenia #10- Welcome to NHK
(Recenzja obejmuje pierwszy tom komiksu)
Witajcie w świecie wszelkiej maści maniaków i zboczeńców. W świecie ludzi, którzy świadomie i dobrowolnie porzucili swoje dotychczasowe życie w społeczeństwie. W świecie ludzi, którzy zamknęli się w ciasnych czterech ścianach własnych pokojów, sam na sam ze swoimi grzesznymi myślami. W świecie ludzi, którzy zagubili się we współczesnym świecie. W świecie współczesnych pustelników. Witajcie w świecie hikikomori!

Japonia to kraj wielu sprzeczności. Z jednej strony znajduje się ona w czołówce najbardziej rozwiniętych państw świata. Z drugiej, zaś jej mieszkańcy, są bardzo mocno związani z tradycją swoich przodków. Niektórzy mieszkańcy tego kraju spędzają w pracy po 12 godzin dziennie, inni postanowili resztę swojego życia spędzić w pokoju, żerując na zdrowej tkance społeczeństwa. Zjawisko to, zwane hikikomori (jap. społeczne wycofanie), jest sporym problemem japońskiego społeczeństwa (występuje jednak również w innych krajach Azji). Zapadają na nie głównie osoby dopiero wchodzące w dorosłe życie, głównie mężczyźni, bojący się sprostać wyzwaniom jakie stawia przed nimi współczesne społeczeństwo. Zamykają się oni na kilka miesięcy lub nawet kilka lat we własnych pokojach, opuszczając je tylko wtedy gdy na 100% są pewni, że nikogo po drodze nie spotkają. Komunikują się oni ze światem wyłącznie za pomocą internetu, który jest ich jedynym źródłem informacji i rozrywki. Właśnie takim człowiekiem jest Tatsuhiro Satō, 22 letni chłopak, który 4 lata temu postanowił zerwać swoje kontakty ze światem zewnętrznym, główny bohater nowej propozycji od wydawnictwa Waneko, mangi Welcome to the NHK.
Pierwsze wrażenia #9- Wielka kolekcja komiksów Marvela
(Recenzja obejmuje dwa pierwsze tomy polskiego wydania)
Każdy młody chłopak ma w swoim życiu taki okres w którym marzy o tym, aby zostać superbohaterem i bronić z całych sił rzeczy dla niego najważniejszych. Mamy, czy ulubionych zabawek. Z czasem odkrywamy, że super moce przydałyby się nam również do imponowania dziewczynom, jednak one przychodzą później. Najpierw chcielibyśmy pochwalić się nimi naszym najlepszym kumplom i wraz z nimi zbawiać świat. Po latach wielu z tych fantazji wyrasta. Stwierdza, że w dorosłym życiu super moce na niewiele mogą się zdać. Inni zaś do końca wierzą, że obudzą w sobie Wolverine'a, Ironaman'a, czy innego Spiderman'a.
Pierwsze wrażenia #8- Mega Spider man
(Recenzja obejmuje pierwsze pięć odcinków serialu Mega Spiderman)
Spiderman, jeden z najbardziej rozpoznawalnych super bohaterów na naszej planecie, bawi już trzecie pokolenie czytelników. Tak, tak, Drodzy Państwo, ścianołaz w zeszłym miesiącu świętował swoje 50 urodziny. Zastanawiacie się pewnie, jak to możliwe, że przez tyle czasu, wciąż jest w świetnej formie i jak udało mu się zaskarbić miłość, aż tylu czytelników. Cóż, kiedyś wystarczały świetne rysunki i nietuzinkowe scenariusze. Dziś o popularności danego tytułu decyduje ilość sprzedanych gadżetów oraz wielkość widowni filmów z danym bohaterem. Ostatnio szczególnie ci ostatni mają duży wpływ na sprzedaż komiksów. Co, niestety, zaczyna powoli doprowadzać do różnorakich absurdów np.: wygląd niektórych komiksowych postaci upodabniany jest do swojego filmowego odpowiednika (sic!). My jednak wróćmy do pajęczaka.
Pierwsze wrażenia #7- Resident Evil: Marhawa Desire
(recenzja obejmuje pierwszy tom polskiego wydania)
Wraz z premierą filmowej adaptacji książki Stephenie Meyer pt: Zmierzch, rozpoczął się w popkulturze boom na opowieści o stworach nocy. Wysportowane ciała wampirów, wilkołaków oraz im podobnych, wylewające się z ekranów telewizorów, komputerów i telefonów, pobudzają wyobraźnie nastolatek oraz skutecznie psują prasę ich krwiożerczych kuzynów z dawnych opowieści. Na całe szczęście, los łagodniej obszedł się zombie. Mimo sporej popularności żywe trupy występują wyłącznie w historiach z pogranicza postapokalipsy i horroru. Póki co, nie przybierając formy przystojnych truposzy, łamiących niewieście serca.
8 czerwca 2012 roku to dla polskiego rynku komiksowego data przełomowa. Pierwszy raz bowiem zdarzyło się, żeby premiera zagranicznego komiksu odbyła się tego samego dnia w Polsce i na świecie. Stało się to możliwe dzięki staniom wydawnictwa JPF, które sprowadziło na nasz rodzimy rynek mangę Resident Evil: Marhawa Desire. Za scenariusz tej opowieści odpowiada firma CAPCOM. Powinno to przypaść do gustu zwłaszcza zapalonym fanom serii gier spod szyldu RE. Inni czytelnicy zaś, nie powinni mieć złudzeń. Marhawa Desire jest częścią kampanii promocyjnej gry Resident Evil: Operation Racoon City, co skutecznie uniemożliwia tchnięcie w tą opowieść czegoś oryginalnego. Bohaterami opowieści są profesor Doug Wright, specjalista w dziedzinie bioterroryzmu, wykładający na Uniwersytecie Bennett w Singapurze oraz jeden z jego studentów Ricky Tozawa, prywatnie siostrzeniec profesora. Owa dwójka zostaje zaproszona do najbardziej elitarnej uczelni w Azji, tytułowej Marhawy, w celu zbadania przypadku zombifikacji. Szkole tej przewodzi demoniczna matka Garcia, niegdysiejsza ukochana naszego profesora, która pilnie strzeże tajemnic placówki, którą zarządza.
Nie wszystko jest tym czym się zdaje. Recenzja anime Nisemonogatari.
Bakemonogatari był jednym z tych seriali, który podzielił fanów japońskiej animacji. Wielu wskazywało, że jest to anime przegadane, bardziej koncentrujące się na biustach bohaterek niż na, bądź co bądź, ciekawie zawiązanej fabule. Inni chwalili autorów za odważną zabawę animacją, będącą małą rewolucją, na skostniałym rynku anime. Wszyscy jednak podkreślali, że jest to seria którą należy znać, choćby po to, aby wyrobić sobie własne zdanie. Nic więc dziwnego, że animatorzy ze studia SHAFT postanowili pójść za ciosem i podjęli się kontynuacji tego dzieła.
(podobnie jak w przypadku recenzji Bakemonogatari, towarzyszyć mi będzie moje alter ego (A.E.))
![]() | |
| Tsukihi i Karen dwie nowe dziewczyny do kolekcji |
A.E. Oh, jaka szkoda. Jakby co, to ja mogę go zastąpić.
J.P. Po dokładniejszych oględzinach miejsca swojego zniewolenia, nasz ex-wampir dochodzi do zaskakującego wniosku. Otóż okazuje się, że jest on przypięty kajdankami do stery krzeseł i szkolnych ław, a całej tej scenie przygląda się jego dziewczyna, Hitagi Senjougahara. Adeptka szkoły przybory-biurowe-ryo, która oznajmia, że będzie go tu więzić dopóki...
A.E. Zawsze wiedziałem, że ta dziewczyna, prędzej czy później zaproponuje takie zabawy.
J.P. ... dopóki miasta nie opuści niejaki Deishū Kaiki, który jako pierwszy podjął się zadania wypędzenia z jej ciała nawiedzającego ją ducha. Jak wszyscy wiemy, misja ta zakończyła się fiaskiem, jednak przedtem niedomorosły łapiduch, doprowadził do rozpadu rodziny Hitagi. Teraz, gdy znów się pojawił, dziewczyna pragnie się zemścić.
A.E. Bardzo rozsądnie.
J.P. Znając jednak szlachetny sposób myślenia swojego chłopaka, postanowiła przedtem go uwięzić, aby nie wchodził jej w drogę. Teraz przed Araragi'm stoi naprawdę trudne zadanie. Po pierwsze, musi on przekonać swoją demoniczną dziewczynę, że jest w stanie jej pomóc. Po drugie nie dopuścić do zbytniego uszkodzenia Kaiki'ego. Po trzecie, jak by tego było mało, wszystko wskazuje na to, że w całą tę sprawę zamieszane są Ogniste Siostry, prywatnie (a jakże!) siostry głównego bohatera, które dość mocno podpadły tajemniczemu egzorcyście.
Pierwsze wrażenia #6- Pocky (czekoladowe)
Każdy człowiek niezależnie od tego gdzie mieszka, lubi dobrze zjeść. Problem jednak w tym, że różne szerokości geograficzne oferują różne okazy fauny i flory, które po wrzuceniu do garnka w przypadkowej kolejności tworzą tzw. potrawy. Niektóre z owych tworów, są tak popularne, że uzyskują status "narodowych" i stają się chlubą ludzi, którzy mają najłatwiejszy dostęp do tworzących je składników. Właśnie w ten sposób powstały: francuski crème brûlée, chińskie lap cheong czy tureckie köfte. Czy jednak któreś z nich możne liczyć na taką reklamę?
![]() |
| Mmmmniam... |
Pierwsze wrażenia #5- Battle Royale
(Recenzja obejmuje pierwszy tom polskiego wydania)Totalitaryzm. Czym on tak naprawdę różni się od demokracji? Ludzie żyjący w tym systemie, tak samo jak my, jedzą i oddychają. Kochają i nienawidzą. Żyją i w końcu umierają. Być może rzadziej muszą słuchać polityków. Ale wszak, czy ci "inni" również, nie starają się przekonać swoich współobywateli, aby dzieli razem z nimi swoje myśli.
Tak właśnie myślał Shuuya Nanahara, uczeń ostatniej klasy liceum, jednej ze szkół średnich leżących na terytorium Republiki Dalekowschodniej Azji. Jedynym co mu przeszkadzało w systemie był zakaz grania rocka. Ten szczegół, nie przeszkadzał jednak naszemu bohaterowi w doskonaleniu swoich umiejętności w tym zakresie. Nanahara, był do tego stopnia bezczelny, że nie bał się dawać kameralnych koncertów swoim znajomym (również na świeżym powietrzu). Shuuya od małego wychowywał się w sierocińcu Jikeikan, gdzie to poznał swojego najlepszego przyjaciela Yoshitokiego Kuninobu. Jedno z jego najdawniejsze wspomnień dotyczy przysięgi złożonej przez nich ich opiekunce, którą poprzysięgli bronić. Dziś jednak może ją sobie odpuścić. Dziś jedzie wraz z całą klasą na szkolną wycieczkę. Co więc może pójść nie tak?
Drugie urodziny
Minął rok.
Uff, ale ten czas leci. To już dwa lata, odkąd zdecydowałem się rozpocząć karierę blogera. Wiele osób w takich okolicznościach pisze, coś w stylu: "długo się wahałem/am czy zakładać bloga, bo myślałem/am, że nie będę miał/a/o o czym pisać". W moim przypadku było inaczej. Od samego początku wiedziałem, że tematów do opisywania, nie będzie mi brakować. Bardziej bałem się tego, że w pewnym momencie, mogę się wypalić i stracić chęć do dalszego aktualizowania bloga. Co ostatecznie parę razy się zdarzało. Na całe szczęście, chwile niemocy były dość krótkie i szybko wracałem do roli aktywnego komentatora. W dniu dzisiejszym Półka pełna komiksów obchodzi swoje drugie urodziny.
Pierwsze wrażenia #4- Ikigami
(Recenzja obejmuje tomy od 1- 5 polskiego wydania)
Życie mnie nie oszczędzało. Wychowany w wielodzietnej rodzinie musiałem toczyć bezwzględną walkę o każde przychylne spojrzenie rodziców. Sytuacja ta nie zmieniła się nawet, gdy poszedłem na studia. Duża konkurencja spowodowała, że młodsi wybrali łatwiejsze kierunki. Efekt jest taki, że nawet ucząc się tyle co oni wszyscy razem wzięci i jeszcze więcej, nie byłem w stanie osiągnąć takich wyników jak oni. Na szczęście, czasy te już minęły, udało mi się znaleźć pracę, która pozwoliła mi wyprowadzić się z domu. Poznałem również wspaniałą dziewczynę. Mamy zamiar się pobrać. Oboje wierzyliśmy, że może być tylko lepiej. Dziś jednak, do moich drzwi zapukał doręczyciel.
Życie mnie nie oszczędzało. Wychowany w wielodzietnej rodzinie musiałem toczyć bezwzględną walkę o każde przychylne spojrzenie rodziców. Sytuacja ta nie zmieniła się nawet, gdy poszedłem na studia. Duża konkurencja spowodowała, że młodsi wybrali łatwiejsze kierunki. Efekt jest taki, że nawet ucząc się tyle co oni wszyscy razem wzięci i jeszcze więcej, nie byłem w stanie osiągnąć takich wyników jak oni. Na szczęście, czasy te już minęły, udało mi się znaleźć pracę, która pozwoliła mi wyprowadzić się z domu. Poznałem również wspaniałą dziewczynę. Mamy zamiar się pobrać. Oboje wierzyliśmy, że może być tylko lepiej. Dziś jednak, do moich drzwi zapukał doręczyciel.
Komiks Ikigami, to jedna z niewielu mang, która pojawiała się w zeszłorocznych zestawieniach najlepszych komiksów wydanych w Polsce w 2010 roku. Docenili ją jednak, nie tylko Polacy. W ciągu ostatnich kilku lat, została ona wyróżniona wieloma prestiżowymi nagrodami i wyróżnieniami (m.in. na festiwalach: Festival International de la Bende Dessinee d'Angouleme, Japan Expo czy Le Festival du Voyageur)1. Nic więc dziwnego, że już przed zakupem, miałem nadzieję, że w moje ręce ma trafić tytuł nieprzeciętny. Akcja komiksu przenosi nas do alternatywnej Japonii, której rząd, po zapaści gospodarczej spowodowanej przegraną w II Wojnie Światowej, wprowadza w życie "Dekret o nieustannym rozwoju kraju". Na mocy którego, każdy młody Japończyk, rozpoczynający swoją edukację, ma obowiązek, przyjąć "szczepionkę rozwoju kraju" (w skrócie roz-kraj). W części z nich zawarta jest nanokapsuła, która wraz z krwiobiegiem przedostaje się do pnia płucnego, gdzie się zatrzymuje i już pozostaje. Taką kapsułę posiada, co tysięczny, młody obywatel Kraju Kwitnącej Wiśni. Gdy nosiciel znajdzie się w wieku pomiędzy 18, a 24 rokiem, życia kapsuła zostaje zdetonowana, powodując zgon. To, przypominające rosyjską ruletkę prawo, ma na celu zmuszenie młodych ludzi, aby już od samego początku, zdawali sobie sprawę z wartości życia. Na chwilę obecną wydaje się, że zamierzenia te zostały zrealizowane, bo wszystkie współczynniki rozwojowe Japonii (wzrost PKB, liczba samobójstw, itd.) utrzymywane są na świetnym poziomie.
Pierwsze wrażenia #3- Highschool of the dead
(recenzja obejmuje tomy 1 i 2 polskiego wydania)
Wszyscy jesteśmy zaskoczeni atakiem żywych trupów. Przed chwilą widzieliśmy jak uczniowie jednego z liceów, zorganizowali się w małą grupkę i wspólnymi siłami próbują odeprzeć ich atak. Niestety, nie jest to takie łatwe, gdyż plaga rozprzestrzenia się w niewiarygodnym tempie. Każdy ugryziony, niezależnie od ciężkości obrażeń, umiera i powraca do życia, infekując kolejnych ludzi. Policja i Siły Samoobrony nie są w stanie zapanować nad sytuacją, na całe szczęście media starają się nie wywoływać paniki. Dla wielu z nas jest już jednak jasne, że świat jaki znaliśmy, właśnie się skończył. Sakura, co ci jest? Sakura? Sakuraaa!!!
Wszyscy jesteśmy zaskoczeni atakiem żywych trupów. Przed chwilą widzieliśmy jak uczniowie jednego z liceów, zorganizowali się w małą grupkę i wspólnymi siłami próbują odeprzeć ich atak. Niestety, nie jest to takie łatwe, gdyż plaga rozprzestrzenia się w niewiarygodnym tempie. Każdy ugryziony, niezależnie od ciężkości obrażeń, umiera i powraca do życia, infekując kolejnych ludzi. Policja i Siły Samoobrony nie są w stanie zapanować nad sytuacją, na całe szczęście media starają się nie wywoływać paniki. Dla wielu z nas jest już jednak jasne, że świat jaki znaliśmy, właśnie się skończył. Sakura, co ci jest? Sakura? Sakuraaa!!!
![]() |
| Kolorowe strony, dają mnóstwo frajdy |
Jednym z ostatnich tytułów jakie Waneko zaczęło wydawać jest seria Highscool of the dead, braci Daisuke (scenariusz) i Shouji'ego (rysunki) Sato. Akcja komiksu rozpoczyna się w momencie gdy trójka licealistów: Takashi Komuro, Hisashi Igo i Rei Miyamoto, stawia prowizoryczną barykadę, na schodach prowadzących na dach szkoły. Schronili się oni tam, gdyż fala spanikowanych uczniów oraz hordy nieumarłych odcięły im drogę do wyjścia z budynku. Wiedzą jednak, że nie będą mogli tkwić tam w nieskończoność. Ich zapasy są mocno ograniczone, co gorsze jedno z nich zostało ugryzione przez zombie. Prócz nich infekcji uniknęło jeszcze kilku uczniów: mistrzyni Japonii w kendo, Saeko Busujima, genialna Saya Takagi oraz nieustępujący jej na krok, maniak militariów Kouta Hirano. Dodatkowo masakrę przetrwała hojnie obdarzona przez naturę pielęgniarka Shizuka Marikawa. Od tej chwili ludzie ci, aby przeżyć będą zmuszeni połączyć swe siły.
Pierwsze wrażenia #2- magazyn Akiba
Rynek komiksu japońskiego rozwija się nad Wisłą nader prężnie. Mamy już trzy wydawnictwa o silnie ugruntowanej pozycji. Wprawdzie bardzo często zdarza się im nie dotrzymywać terminów wydawniczych (z winy Japończyków, oczywiście), ale summa summarum, wydają one wszystko co sobie zaplanują (przykładem niech będzie niesławny Uzumaki). Nic więc dziwnego, że pojawia się coraz więcej osób chcących uszczknąć co nieco z mangowego tortu.
![]() |
| Jak dotąd, cycki, były kojarzone głównie z magazynem Arigato |
Twórcy magazynu już na starcie mieli utrudnione zadanie. Po pierwsze: duża konkurencja (a, jak!). Po drugie: duża niechęć fan(atyk)ów do nowego pisma. Wydawać by się mogło, że czynniki te wymuszą na redakcji duże zaangażowanie i stworzenie czegoś oryginalnego na względnie wysokim poziomie. Sztuka ta udała się redakcji Akiby tylko połowicznie. Z jednej strony położono duży nacisk na tematy, którym konkurencja nie poświęcała za dużo uwagi lub w ogóle je pomijała. Z drugiej, trudno oprzeć się wrażeniu, że magazyn był robiony w dużym pośpiechu, ale po kolei.
Pierwsze wrażenia #1- Pluto
(Tym wpisem chciałbym zainicjować cykl artykułów w których będę recenzował serie komiksowe, których wydawanie nie zostało jeszcze w Polsce zakończone.)
(recenzja obejmuje tomy 1 i 2 polskiego wydania)
7 kwietnia 2003 to data narodzin Atoma. Została ona ustalona przez samego autora jego przygód, Osamu Tezukę, zwanego "bogiem mangi". Człowiek ten miał wpływ na twórczość wielu dzisiejszych artystów. Nic więc dziwnego, że postanowili oni w sposób szczególny uczcić "narodziny" jego najsłynniejszego dziecka. Na pomysł przypomnienia publiczności epizodu Największy robot na Ziemi wpadł Naoki Urasawa, autor takich hitów jak Monster czy 20th Century Boys. Początkowo przeciwny temu pomysłowi był Macoto Tezuka, najstarszy syn Osamu, który stwierdził, że jest jeszcze za wcześnie na robienie remake'ów dzieł jego ojca. Urasawa pozostawał jednak nieugięty i przygotował serię szkiców, które miał zamiar pokazać pierworodnemu "boga mangi". Jego upór został nagrodzony i Macoto Tezuka postanowił zgodzić się na wydanie komiksu, postawił jednak jeden warunek: Urasawa nie ma naśladować stylu Tezuki, ma stanąć z nim w szranki i udowodnić, że potrafi opowiedzieć tę historię lepiej.
(recenzja obejmuje tomy 1 i 2 polskiego wydania)
Atom Żelaznoręki, powszechnie znany szerszej publiczności jako Astro Boy, zadebiutował w kwietniu 1952 roku, to właśnie wtedy w Japonii wydano pierwszy tom jego przygód. Atom został stworzony przez profesora Tenmę, jako pierwszy robot o ludzkim sercu. Miał on zastąpić naukowcowi jego tragicznie zmarłego syna. Niestety, nawet najbardziej ludzka, technologiczna zabawka, nie jest w stanie zapełnić pustki w sercu rodzica. Robot został sprzedany do cyrku, gdzie miał zabawiać beztroskie tłumy do końca swoich dni. To właśnie tam został zauważony przez profesora Ochanomizu, który pożałował biedaka i postanowił stworzyć mu w Japonii prawdziwy dom z mechanicznymi rodzicami i siostrą, Uran. Od tego czasu Atom stał się superbohaterem w świecie w którym ludzie i roboty żyją obok siebie.
![]() |
| Uwspółcześniony Atom |













.jpg)













